niedziela, 26 sierpnia 2007

Co rok wodotok

O dwóch wodospadach już pisałem. Pierwszy był na Łotwie w 2005 roku, drugi w Słowacji w 2006 roku.

Pora na trzeci. 2007 rok, Słowenia.


Wodospad Boka (po słoweńsku slap Boka) leży w północno-zachodniej Słowenii, w pobliżu miasta Bovec. Region nazywa się Przymorze (Primorska). Dość paradoksalnie, bo do morza jest stąd daleko, można powiedzieć, że Adriatyk jest na drugim końcu kraju. No, ale jak może nazywać się historyczna kraina Słowenii, która jako jedyna ma dostęp do morza? I żeby jeszcze bardziej skomplikować dodajmy, że znajdujemy się w Alpach Julijskich.


Całkowita wysokość wodospadu wynosi 144 metry i jest to największy wodospad w Słowenii. Te 144 metry biorą się z dwóch progów, z których dłuższy ma 106 metrów. Całkiem spory prysznic. Wezmę to pod uwagę w czasie remontu łazienki...


Ile właściwie jest tej wody? Przy szerokości sięgającej 18 metrów w każdej sekundzie przepływa tędy od dwóch do 100 metrów sześciennych.


Wody wodospadu biorą się z potoku Boka i zasilają rzekę Socza (Soča). Marne 140 kilometrów, ale jakże malownicze. Za pośrednictwem Soczy wodospad Boka kończy w Zatoce Weneckiej.


I to wszystko można oglądać bez łażenia po górach, prosto z szosy. Przyroda tak poszła na rękę obywatelom!

sobota, 25 sierpnia 2007

Bardzo niehonorowa śmierć

Słowenia to małe państwo, ale ma wiele atrakcji (góry, morze, jaskinie) i bogatą historię, która zostawiła swe ślady w postaci takich choćby ewenementów jak Predjamski Grad.


Predjamski Zamek pochodzi z XII wieku, ale obecny kształt nadano mu pod koniec XVI stulecia. Od początku swe obronne właściwości zawdzięczał umiejętnemu i efektownemu wkomponowaniu w liczącą ponad 100 metrów skałę wapienną należącą do płaskowyżu Kras (który dał nazwę zjawisku kras czyli w uproszczeniu mówiąc - rozpuszczaniu skał przez wodę).


Integralną częścią zamku są jaskinie, które nie tylko dawały dodatkowe schronienie, ale wykorzystywane były również jako potajemna droga komunikacyjna.


Jaskinia znajdująca się pod Predjamskim Gradem została wyrzeźbiona przez rzekę Lokvę mającą ujście w Adriatyku. Znajdująca się 9 km od zamku słynna jaskinia Postojna zawdzięcza natomiast swe istnienie rzece Pivce, należącej do zlewiska Morza Czarnego.


Najbardziej znanym mieszkańcem zamku był Erazm Lügger czyli słoweński Janosik, a może bardziej, z racji dobrego urodzenia, słoweński Robin Hood. Erazm był bowiem baronem, co podobno nie przeszkadzało mu rabować bogatych (czyli przejeżdżających w pobliżu kupców) i rozdawać biednym (czyli okolicznym mieszkańcom). Propagandowo bardzo dobre posunięcie, z potencjalnym elektoratem zawsze trzymać dobrze, a nuż wymyślą kiedyś demokrację…


W 1483 roku zamek wraz z Erazmem został oblężony przez wojska austriackie. Nie miało to jednak związku z jego fiskalnymi zamiłowania, było przyczyną konfliktu austriacko-węgierskiego, w którym baron opowiedział się po stronie Węgrów.


Jaskinie dawały załodze Erazma możliwość przedostawania się na zewnątrz i stałego zaopatrzenia. Baron tak się czuł pewnie, że oblegających zamek Austriaków obrzucał świeżą żywnością.


A babcia mówiła, że jedzenia trzeba szanować... Po roku dzielnej obrony Erazm Lügger poległ we własnej toalecie. Nie, nie z przejedzenia. Dosięgła go tam austriacka kula armatnia, której drogę do celu wskazał zdrajca, zapalając w odpowiednim czasie i miejscu lampę.


Po przebudowie zamku tajemne przejście zostało zamurowane w XVII wieku, bo zaczęło służyć w odwrotnym kierunku (posługiwali się nim złodzieje, ogałacając zamek z czego się dało).


Erazm przetrwał w legendzie jako dzielny rycerz. Pod zamkiem odbywają się obecnie festyny, w których można zobaczyć Erazma jak żywego. Siedziałem nawet naprzeciwko niego w restauracji popijając colę, ale nie miałem odwagi skierować aparatu w stronę faceta wyglądającego jak skrzyżowanie Terminatora z Rumcajsem.


Gdy Erazm beknął i sobie poszedł, mogłem wyciągnąć aparat i nagrać film:

piątek, 24 sierpnia 2007

Od morza do morza

Nigdy jej nie przekroczyłem. Dowiedziałem się oficjalnie o jej istnieniu z młodzieżowego tygodnika „Razem”, będącego, o ile pamiętam, organem Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. O tym, że jestem po jej mniej fajnej stronie, tygodnik już nie wspominał...
„Razem” opisywało żelazną kurtynę w 40. rocznicę jej zaciągnięcia przez Winstona Churchilla.
Od Szczecina nad Bałtykiem do Triestu nad Adriatykiem zapadła żelazna kurtyna dzieląc Europę. Poza tą linią leżą wszystkie stolice dawnej Europy Środkowej i Wschodniej. Warszawa, Berlin, Praga, Wiedeń, Budapeszt, Belgrad, Bukareszt i Sofia, wszystkie te słynne miasta i całe narody wokół nich leżą w czymś, co muszę nazwać sowiecką strefą i wszystkie razem są poddane, w tej czy w innej formie, nie tylko sowieckim wpływom, ale także wysokiej i rosnącej kontroli Moskwy.

W Szczecinie nie byłem, za to w Trieście trzy razy. Do Triestu chwilowo się nie wybieram, ale szczecińskie zaległości zamierzam odrobić.

1996. Pierwszy raz w drodze z Wenecji do Słowenii. Chcemy przekroczyć granicę włosko-słoweńską w Trieście. Nikt mi w to nie wierzy, ale na przebiegającej przez Triest autostradzie musiałem wyciągnąć latarkę, by odnaleźć drogę. Gdy w końcu docieramy do granicy, słoweńscy celnicy deliberują nad naszą wiarygodnością finansową. Nawet ich rozumiem. Oni, cztery lata po uzyskaniu (po raz pierwszy w historii) niepodległości nazywani są drugą Szwajcarią, a my podjeżdżamy im na granicę 23-letnią skodą 102. I cóż, że od strony Włoch. I cóż, że po kontroli na granicy austriackiej, po której pomyślnym przejściu wartość samochodu wzrosła dwukrotnie.

1999. Historia lubi się powtarzać. Ta sama trasa, te same kłopoty ze znalezieniem drogi ku granicy. GPS był wówczas jeszcze drogim gadżetem. Poznajemy właściwe znaczenia słowa „deviacione”. Co chwila trafiamy na jakieś małe wioseczki pod Triestem, gdzie ludność mówi na przemian po włosku, po słoweńsku, a czasem i po niemiecku. Od tego krążenia kończy się nam powoli benzyna, a stacji benzynowych nie widać.
Samochód lepszy i młodszy, ale celnicy słoweńscy nadal nieprzychylni Polakom nadjeżdżającym od strony Italii. Może to przez Cypka, który 100 metrów przed szlabanem przypomniał sobie, że ma paszport w bagażniku. Celnikom to wystarczyło, by nabrać podejrzeń. I jeszcze CB w środku samochodu (Komu ukradliście?), wypasiony aparat Cypka (Komu ukradliście?).


2007. Zupełnie inaczej. Do Triestu jedziemy ze Słowenii. Granicy w zasadzie już nie ma, za pół roku wejdzie w życie układ z Schengen. Samochód luksusowy, z klimatyzacją, zawodowy kierowca nie błądzi. W Trieście budzimy sensację, gdy ruszamy w harcerskich mundurach na tamtejszy zamek, gdzie Kasia A. będzie składać zobowiązanie instruktorskie.


Triestem rządzili Rzymianie, Włosi, Niemcy, Austriacy, Słoweńcy. To widać.


Na oświetleniu w Trieście nie oszczędzają.


Chociaż mają euro. Zupełnie jak Słoweńcy. Zupełnie jak Słowacy...


Co się właściwie stało z żelazną kurtyną? W 1946 roku zapadła. Po 1989 roku się podniosła. Wisi nadal?

czwartek, 23 sierpnia 2007

Olomouc, czyli Olmütz, czyli Ołomuniec

Słowianie weszli późno na arenę dziejów, choć przecież nie ostatni… Pierwsze znane państwo słowiańskie powstało za naszą dzisiejszą południową granicą. Założył je trochę niechcący niejaki Samon, z pochodzenia Frank z Burgundii. Samon był kupcem i w 623 roku przybył z wyprawą handlową na tereny dzisiejszych Czech i Moraw, gdzie w 624 roku wybuchło powstanie osiadłych tam raptem od wieku Słowian przeciwko Awarom, którzy ostro mieszali w środkowo-wschodniej Europie od VI do początku IX wieku (aż się w końcu zasymilowali z ludnością słowiańską i madziarską).
Samon widać dobrze zasłużył się w powstaniu, skoro po zwycięstwie wybrano go królem. Państwo Samona zajmowało przede wszystkim Morawy oraz (patrząc na współczesną mapę polityczną) wschodnią Austrię, pogranicze polsko-niemieckie, Węgry, może nawet Słowenię. Samon był może dobrym kupcem i pewnie dzielnym wojem, ale mężem stanu żadnym, bo jego państwo upadło wraz z jego śmiercią ok. 660 roku. Może dlatego, że miał 12 żon, 22 synów i 15 córek. Jak to w średniowieczu, pewnie się rozdrobnili…
Nie jest do końca pewne jakie państwo wyrosło na gruzach Państwa Samona. Być może było to państwo czeskie, ale bardziej prawdopodobne jest, że było to państwo wielkomorawskie (Wielkie Morawy lub też Rzesza Wielkomorawska). Istniało od około 820 do 907 roku, zajmowało dzisiejsze Czechy i Słowację, południową Polskę, Węgry, zachodnią Ukrainę i wschodnie Niemcy. Upadło w 907 roku pod naporem Madziarów, którzy wpadli nad Dunaj i Cisę założyć sobie państwo.
Wiek później po Morawy sięgnął Bolesław Chrobry, który zajął je w 1003 roku. Długo się nimi nie nacieszyliśmy, bo odebrano je nam w 1031 roku.
Jednym z głównych miast Moraw jest Ołomuniec, który był stolicą regionu w latach 1187-1641.

Kolumna Trójcy Przenajświętszej (Sloup Nejsvětější Trojice). Najbardziej znane miejsce w Ołomuńcu, największa rzeźba w Czechach (35 metrów). Kolumnę wzniesiono w latach 1716-1754 jako wotum dziękczynne za ocalenie z epidemii panującej na Morawach w latach 1714-1716. 9 września 1754 kolumna została poświęcona, a uroczystość uświetniła sama cesarzowa Maria Teresa i jej mąż Franciszek I Stefan. W 2000 roku kolumnę wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO.


Od tyłu kolumna wygląda równie okazale, udało mi się jej nie zasłonić...


Katedra św. Wacława. 4 sierpnia 1306 roku został tu zamordowany król Wacław III, w Polsce zwany Czeskim. Ostatni władca z rządzącej Czechami i okolicą sześć wieków dynastii Przemyślidów był również od 1305 roku królem Polski, ale jego władza w Polsce bardzo się skurczyła. Gdy w Ołomuńcu szykował się do wyprawy na Polskę, by podporządkować sobie niesfornych książąt, został zabity przez niemieckiego najemnika Konrada z Botenštejnu. Kto stał za zbrodnią, nie udało się ustalić, bo zamachowiec został szybko zabity. Podejrzenie padło między innymi na Władysława Łokietka (wówczas jeszcze księcia).


Božena Němcová (czeska pisarka, 1820-1862) nie była związana z Ołomuńcem, ale ma tu swój pomnik.


Ratusz z zegarem astronomicznym (czyli olomoucká radnice s orlojem).


Ołomuniec to miasto fontann...


...i odważnych kobiet...


A może jednak fontann?


Miasto jest naprawdę bardzo czyste...


Chyba wiem dlaczego:


Mimo tego, że miasto odwiedza rocznie ponad 100 tysięcy turystów zawsze znajdzie się zaciszny zakątek...


Zawsze można pójść do parku lub ogrodu...


...i zrelaksować się...