czwartek, 2 kwietnia 2009

Świeckie kartki świąteczne, czyli dzień sacrum, dzień profanum

2 kwietnia 2005. Sobota.Niedzielne wydanie „Naszego Olsztyniaka” jest gotowe od piątkowego wieczoru, ale wstrzymuję druk, bo sobota może zmienić wszystko.
Po południu cały zespół jest w redakcji. Każdy wie, że będzie to jedyny taki dzień w pracy dziennikarskiej.
Co robiłem o 21.37? Rozmawiałem z drukarnią. Ora et labora. Może częściej „labora”.

Finis coronat opus...

2 kwietnia 2009. Czwartek.
Wychodzę trochę wcześniej z pracy, bo jadę do lekarza. Samochody nie pamiętają, co dziś za dzień. Standardowe wyprzedzanie, przyspieszanie, wymuszanie. Jadący przede mną dostawczak otwiera się i na ulicę wysypują się kartony z sokiem. Hamuję, ale nie daję rady ominąć pudeł. Przykro mi, lekarz czeka.

Nie tak prędko. Najpierw rejestracja. Dawno nie byłem, zmiany, zmiany, zmiany. Frontem do klienta. Front to bardzo dobre słowo. Zamiast kontuaru mamy stoiska z krzesełkami. Całości dopełnia żółta kartka w celofanie PODCHODZIMY POJEDYNCZO (lub jakoś tak). Wiadomo, że nikt nie podchodzi pojedynczo. Ale na szczęście jest przed 17 i ludzi mniej (to oczywista oczywistość, że do lekarza chodzi się w godzinach pracy). Dzielna recepcjonistka nadrabia jednak brak ludzi swoim żółwim tempem. Żółwie tempo to zbyt mało. Z ratunkiem przychodzi jakaś dziewczyna. Ładuje się do recepcji i wszczyna z recepcjonistką dyskusję o paznokciach. Niczego nie zmyślam. Klasyka. Takich okazji nie przepuszczam, ale nauczyłem się komentować spokojnie i bez wyrazów.

To nie koniec.

Idę do lekarza. Mam kilka pytań i kilka sugestii, ale lekarz załatwia mnie w mniej niż minutę. Może i mnie słyszy, ale NIE SŁUCHA. Idę do pielęgniarki na badanie. Przyrząd jest zepsuty.
Macie dobry? – pytam.
Mamy, ale jest spakowany, bo mamy remont – wyjaśnia pielęgniarka i przystępuje do ataku (widziała mnie w akcji w recepcji). – Ale pan to jest niemiły. Ludzi trzeba rozumieć, a pan zaraz ma pretensje.
Budzi się we mnie dydaktyk i fan wolnego rynku. Próbuję przekonać panią, że klient nasz pan. Owszem, przyznaje, że miała ekonomię na studiach pielęgniarskich („I to piątkę, proszę pana!”), ale święcie wierzy, że klient ma się dostosować do nastrojów personelu, a nie odwrotnie. Rozstaję się w poczuciu porażki wychowawczej.

To nie koniec.

Idę do pobliskiej apteki, bo przecież pan doktor w 30 sekund zdążył wydrukować receptę („Nie ma żadnych skutków ubocznych, proszę pana”).
Lekarstwo jest drogie, więc nie dziwi mnie, że go nie mają. Widać, że studiowali ekonomię i wiedzą, co to cash flow. Usiłuję się dowiedzieć, czy i kiedy będą mieli dla mnie pigułeczki, ale pani postanawia wytłumaczyć mi do końca, czemu nie mają. A gwarancji, że jutro będzie i tak nie da.
Jest tyle pięknych aptek w mieście, więc pozwoli pani, że ją pożegnam – mówię i zabieram receptę.

To nie koniec.

Zachodzę na pocztę. Przede mną stoi starsza pani.
Chciałabym kartki świąteczne – zagaja standardowo do pani w okienku. – Ale wie pani, żeby były świeckie...

I to mógłby być koniec, ale nie!

W domu żona mówi, że w sklepie dopadł ją właściciel i przeprosił za sprzedane tydzień temu zepsute pierogi. A przecież nie składaliśmy reklamacji... Zwrot pieniędzy to podstawa. Dodatkowo gratisowa czekolada.

Od sklepu do przychodni jest jakieś 500 metrów. A wygląda jak 20 lat.