piątek, 8 maja 2009

Nie jadę do Oviedo, czyli odcinek nie dla dzieci

A do Barcelony? To się okaże w sierpniu. Na razie musiał mi wystarczyć najnowszy film Pedro... Przepraszam, Woody’ego Allena. „Vicky Cristina Barcelona”:


Dwóch ulubionych reżyserów w jednym. Woody Allen w sosie Pedro Almodovara.
Almodovar? Przez cały film stawiałem sobie mało ambitne pytanie: Kto z kim pójdzie do łóżka. A możliwości jest sporo...
Policzmy. Owszem, studiowałem matematykę, ale tylko pół roku, więc będę improwizował... Do kombinatoryki nie dotrwałem, ale przecież każdy młody matematyk obliczał kiedyś prawdopodobieństwo trafienia szóstki.

Głównych bohaterów jest ośmioro (cztery kobiety, czterech mężczyzn):
- Cristina (Scarlett Johansson)
- Vicky, przyjaciółka Cristiny (Rebecca Hall)
- Juan Antonio Gonzalo (Javier Bardem)
- María Elena, była żona Juana (Penélope Cruz)
- Doug, mąż Vicky (Chris Messina)
- Judy Nash, krewna Vicky (Patricia Clarkson)
- Mark Nash, mąż Judy (Kevin Dunn)
- Charles (Julio Perillán)

Ojca Juana nie bierzemy pod uwagę, on żyje poezją :)

Przyjmijmy najpierw, że interesują nas klasyczne związki. Jedna kobieta, jeden mężczyzna. Jak to policzyć? To akurat proste:
4 x 4 = 16
To będzie chyba funkcja?

Ale to przecież film Allena, wszystko może się zdarzyć... Co będzie, jeśli płeć przestanie mieć znaczenie? Ale bez żadnych trójkącików! Tylko 1+1. Wówczas obliczenie jest równie proste:
7 x 8 / 2 = 28
To było w mojej wersji chałupniczej. A teraz poważna matematyka. Mamy tu do czynienia z kombinacją bez powtórzeń czyli każdym podzbiorem zbioru skończonego. Konkretnie z 2-elementową kombinacją zbioru 8-elementowego. Poważny wzór na to jest taki:
8! / 2! x (8-2)! = 40 320 / 2 x 6! = 40 320 / 2 x 720 = 40 320 / 1440 = 28

Proszę wybaczyć, ale teraz będą prawdziwe perwersje, jakich nie powstydziłby się sam Almodovar. Nie liczy się płeć, nie liczy się liczba partnerów w związku. Samotnych strzelców pomijamy, więc interesują nas związki 2-, 3-, 4-, 5-, 6-, 7- i 8-osobowe. Mamy tu więc do czynienia z 7 różnymi kombinacjami bez powtórzeń zbioru 8-elementowego.
Kombinację 2-elementową już obliczyliśmy – 28.
Kombinacja 3-elementowa: 8! / 3! x (8-3)! = 40 320 / 6 x 5! = 40 320 / 6 x 120 = 40 320 / 720 = 56
Kombinacja 4-elementowa: 8! / 4! x (8-4)! = 40 320 / 24 x 4! = 40 320 / 24 x 24 = 40 320 / 576 = 70
Kombinacja 5-elementowa: 8! / 5! x (8-5)! = 40 320 / 120 x 3! = 40 320 / 120 x 6 = 40 320 / 720 = 56
Kombinacja 6-elementowa: 8! / 6! x (8-6)! = 40 320 / 720 x 2! = 40 320 / 720 x 2 = 40 320 / 1440 = 28
Kombinacja 7-elementowa: 8! / 7! x (8-7)! = 40 320 / 5040 x 1! = 40 320 / 5040 x 1 = 40 320 / 5040 = 8
Kombinacja 8-elementowa: 8! / 8! x (8-8)! = 40 320 / 40 320 x 0! = 40 320 / 40 320 x 1 = 40 320 / 40 320 = 1 (to akurat chyba dość oczywiste, że z 8 osób można zrobić tylko jedną 8-osobową kombinację...).
Teraz to sumujemy: 16 + 28 + 56 + 70 + 56 + 28 + 8 + 1 = 263.

263 to ostateczna suma możliwych kombinacji grzecznych, niegrzecznych i całkiem grzesznych w filmie „Vicky Cristina Barcelona”.

Uff, jakie bogate pole dla scenarzystów... Np. dla Allena – w jakie frustracje wpadną poszczególni bohaterowie z powodu tylu możliwości?
1. Życie jest za krótkie, by spróbować 263 układów towarzysko-seksualnych.
2. Czy koniecznie zawsze muszę być na końcu kolejki?
3. Dlaczego musiałem zagrać akurat w filmie z Penélopą Cruz, skoro wolałbym z Mią Farrow?

Matematyka jest piękna!

wtorek, 5 maja 2009

Przejazdem

Kiedyś były herby. Teraz króluje logo.

Olsztyn ma od 1997 roku takie:


Od 2004 roku coś takiego ma wieś Cekcyn w pobliżu Tucholi:

Zauważyłem przejazdem w drodze na Pomorze Zachodnie. Mało nie spowodowałem wypadku, bo nie pamiętałem artykułu z „Gazety Olsztyńskiej”.

poniedziałek, 4 maja 2009

Odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne

Przeciętny Polak więcej wie o religii starożytnych Greków i Rzymian, niż o wierzeniach Słowian. Każdy (czy to nie przesadny optymizm z mej strony?) absolwent gimnazjum zna Zeusa i Jowisza, Herę i Junonę, Artemidę i Dianę, a może nawet Hefajstosa i Wulkana. W końcu to są nasze wspólne europejskie korzenie, czyż nie?
Idę o zakład, że na jednego słowiańskiego boga jesteśmy w stanie wymienić co najmniej dziesięciu greckich bogów czy herosów. I wynika to nie tylko z różnicy w wielkości panteonów. W polskiej szkole nie uczą na pewno o słowiańskich bóstwach równie intensywnie, jak o greckich, rzymskich, egipskich, skandynawskich czy nawet sumeryjskich. Walka z pogaństwem zakończona pełnym sukcesem...
Ktoś jednak ocalał w świadomości potomków Polan, Dziadoszan, Ślężan, Lędzian czy Wolinian. Ale kto? Swaróg, Trygwał, Perun, Swarożyc, może jeszcze Świętowit. Tyle...

21 września 967 roku Mieszko I pokonał Wolinian i przyłączył potężny Wolin, jedno z największych miast ówczesnej Europy, do swego (naszego) państwa. Jak 1000 lat później uczcił to Władysław Gomułka? Wystawił na Wzgórzu Wisielców w Wolinie pomnik pogańskiego boga Trygława.


Piszę, że zrobił to Gomułka, chociaż nie mam pewności czy przy tym w ogóle był. Ale nie wyobrażam sobie, żeby towarzysz Wiesław nie stał za tym wszystkim. Ziemie Odzyskane to był jego konik... Poza tym nie widzę odważnego w szczecińskim Komitecie Wojewódzkim Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, który by w 1967 roku postawił jakikolwiek pomnik bez zatwierdzenia go w Kumitecie Cyntralnym.


Wniosek, że Gomułka był rodzimowiercą (wyznawcą pierwotnych religii słowiańskich) jest oczywiście zbyt daleko idący. Po prostu wykorzystał kolejną okazję do walki z Kościołem, z którym miał świeżo na pieńku po obchodach 1000-lecia pańswa polskiego. A może Józef Stalin miał rację oskarżając Gomułkę o odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne?


Trygława (Trzygłowa) czcili Słowianie połabscy i pomorscy. Nazwa mówi wszystko – bóstwo miało trzy głowy. Jego atrybuty to czarny koń i święty dąb. Istnieje teoria wedle której troista postać Trygława powstała po zintegrowaniu się trzech plemion, a więc i ich bogów.


W innych częściach Słowiańszczyzny odpowiednikiem Trygława był Trojan. Miał koźle uszy i woskowe skrzydła. Jedną głową pożerał ludzi, drugą bydło, a trzecią ryby. Zabijało go światło słoneczne (nie łączyłbym tego pochopnie z wampirami).


Filmik z Wolina z 4 maja 2009 roku. Trygław mocno zaniedbany...

Klif Gosań

Prawie na samym końcu Polski znajduje wzgórze Gosań, najwyższy klif na polskim wybrzeżu Bałtyku. Ciekawe jak długo, skoro co roku morze zabiera prawie metr lądu.


Klif na wyspie Wolin, kilka kilometrów na wschód od Międzyzdrojów, ma prawie 95 metrów wysokości.


Powstał w wyniku abrazji, czyli działania morza. Abrazja nadal powoduje osypywanie się klifu, więc rocznie ubywa go jakieś 80 centymetrów. Oczywiście w głąb.


Nazwa wzgórza jest kontynuacją niemieckiej (Gosan Berg). Pozostałością po Niemcach są również schrony i wojskowa wieża obserwacyjna, służąca artylerii chroniącej wybrzeże.


Do klifu dociera się z parkingu przy szosie.


Czterystumetrowa ścieżka prowadzi przez Woliński Park Narodowy.


Ze wzgórza jest świetny widok na Zatokę Pomorską.


Jak się wychylić widać też Międzyzdroje, Świnoujście a czasem także Ahlbeck już za niemiecką granicą, do której jest około 20 kilometrów.


Stonoga kaliber 110

Człowiek uczy się całe życie. Musiał mnie swego czasu kolega Kret poprawić, że V-3 nie były rakietami, tylko pociskami. Co prawda, to prawda. Pomyłka była tym trudniejsza do wytłumaczenia, że popełniłem ją już po wizycie w Zalesiu, gdzie można zobaczyć resztki niemieckich instalacji z lat 1943-1945.


No to sobie uporządkowałem wiedzę. Były trzy rodzaje niemieckiej broni typu V: samolot odrzutowy bez załogi (V-1), pociski rakietowe dalekiego zasięgu (V-2) oraz działo wystrzeliwujące pociski dalekiego zasięgu (V-3). „V” jak „Vergeltungswaffe”, czyli broń odwetowa. No tak, agresorzy z bronią odwetową...


Na czym polegała wyjątkowość V-3? W normalnym dziale jest jedna eksplozja i jeden wyrzut gazów, który nadaje pociskowi prędkość. W prędkość-3 takich eksplozji było kilka. Następowały ona jedna po drugiej wraz z przemieszczającym się w lufie pociskiem. Troszkę jak w rakiecie wielostopniowej, chociaż tu chodziło nie o rozłożenie działania siły nośnej w czasie, ale o jej zwielokrotnienie. W efekcie pocisk o wadze 90 kg osiągał prędkość wylotową rzędu 1,5 km na sekundę.


Bardziej wygodne w użyciu od ładunków wybuchowych okazały się małe silniki rakietowe, które zainstalowano parami wzdłuż lufy. Tak spreparowana rura przypominała stonogę (Tausendfüßler).


Zalesie było jednym z trzech miejsc, gdzie prowadzono prace nad tą bronią. Zaczęto je w 1943 roku pod Magdeburgiem, a w Zalesiu nad jeziorem Wicko na wyspie Wolin (wówczas Laatzig) prowadzono badania terenowe.


W Zalesiu zainstalowano trzy działa, czyli trzy stanowiska. Fundamenty musiały być solidne, działa kalibru 110 mm miały długość 130 metrów i ważyły 76 ton. Żeby wystrzelić potrzeba było jednocześnie 160 żołnierzy. Cała załoga doświadczalnego poligonu liczyła 500 osób. Ekonomiczne to nie było...


Prawdziwa bateria do celów wojennych powstała w Mimoyecques w pobliżu Calais we Francji. Zasięg działa oceniano na 160 km. W zupełności wystarczyło, by atakować Londyn. Londyn był zresztą jedynym potencjalnym celem ten baterii, bo manewrowanie i celowanie było bardzo niewygodne, o ile w ogóle możliwe. Rakiety w Mimoyecques nie sięgnęły Londynu, bo zostały uszkodzone przez Anglików 6 lipca 1944 roku, a ostatecznie zniszczone już po wojnie, 9 maja 1945 r.


Próby w Zalesiu trwały do 12 lutego 1945 roku. Dwa miesiące później zjawiła się tam Armia Czerwona...

Ukryta opcja niebieska

Nasz błękit w niczym nie ustępuje błękitowi chorwackiemu, a nawet go przewyższa. Tak dalece zresztą nie ustępuje, że aż go nie widać. Nie będę udawał, że powaliła mnie szmaragdowa barwa Jeziora Turkusowego, bo nie powaliła mnie. Jak mogła zresztą powalić kogoś, kto ledwo odróżnia beż od bieli. Usprawiedliwia mnie chyba tylko zachmurzone niebo tego dnia.


Jezioro Turkusowe leży na wyspie Wolin, niedaleko Międzyzdrojów, pomiędzy wsiami Wapnica i Lubin. Jezioro na wyspie... To nie pierwszy paradoks związany z tym miejscem. Drugim jest kryptodepresja. Dno jeziora znajduje się 18,6 m pod poziomem pobliskiego morza. Zjawisko w sumie dość powszechne, ale wszystko, co „krypto” w pobliżu granicy niemieckiej powinno budzić zainteresowanie tropicieli nie tylko ukrytych opcji.


Zresztą samo jezioro jest przecież dziełem niemieckich rąk (z niewielką pomocą rąk rosyjskich i polskich). Do 1945 roku była tu odkrywkowa kopalnia kredy, wydobywanej dla cementowni w odległym o pół kilometra Lubinie. I tu wkracza czynnik słowiański. Najpierw Rosjanie zabierają z kopalni trofiejne urządzenia. Dziurę w ziemi zalewa woda. W 1948 roku Polacy wznawiają wydobycie kredy, ale kończą to ostatecznie w 1954 roku. W porzuconej kopalni gromadzi się woda. Już w 1960 roku jej poziom zrównuje się z poziomem morza.


W pełnym słońcu zbiornik zapewne się zieleni, turkusowi, a może nawet i szmaragdzi. Wszystko oczywiście przez węglan wapnia rozpuszczony w wodzie.


I trzecie zaskoczenie. Zaskoczonko właściwie. Brama do jeziora. I to pod górkę.


Film z 2009 r. W tle załatwiam sprawy służbowe...

Dlaczego nie na skale? Bo buda ważniejsza

Trzęsacz, mała wieś na Pomorzu Zachodnim, oficjalnie nie ma nawet 100 mieszkańców, ale ma dwie atrakcje, które dają dobre alibi dla tych, którzy przyjeżdżają do gminy Rewal nad Bałtykiem plażować, plażować, no i plażować.
Pierwsza z nich, tych atrakcji, to 15 południk długości geograficznej wschodniej przechodzący przez wieś. Jest to o tyle ważny południk, że właśnie na tej długości geograficznej zdefiniowany jest czas środkowoeuropejski. Czyli stojąc w Trzęsaczu czujemy się bardziej niż gdzie indziej mieszkańcami Europy Środkowej (Mitteleuropy, jakby powiedział Friedrich Naumann, ale na szczęście to pojęcie znikło ze słownika politycznego Niemiec).
Druga atrakcja też ma w sobie coś dwuznacznego, ale i dosłownego zarazem.
Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą (Ewangelia według św. Mateusza 16, 18, Biblia Tysiąclecia).
To ruiny kościoła św. Michała z przełomu XIV i XV wieku. Ruiny zresztą to za dużo powiedziane. Z kościoła zostało kilka cegieł.
Jak do tego doszło?
W XV wieku kościół stał w środku wsi, dwa kilometry od morza. Po 300 latach odległość ta zmniejszyła się do 58 metrów. Od XVIII wieku dokonywano regularnych pomiarów. Tylko tyle człowiek mógł zrobić wobec morza wdzierającego się w wysoki klif (zjawisko abrazji). W 1806 roku było to już tylko 14 metrów, w 1820 roku 13 metrów, w 1855 roku kościół stał dwa metry od urwiska.
Zdjęcie z 1870 roku (nie, mnie przy tym nie było).


2 sierpnia 1874 roku nad urwiskiem odbyła się ostatnia msza. Kościół został zamknięty, a wyposażenie trafiło do katedry w Kamieniu Pomorskim.


Następne ćwierć wieku opuszczona świątynia coraz bardziej chwiała się na krawędzi klifu, co było swoistą atrakcją turystyczną. Wszyscy liczyli, że to właśnie na ich oczach budowla malowniczo osunie się w dół. Zrobiła to po cichu, bez świadków, w nocy 8 kwietnia 1901 roku, gdy odpadła północna ściana. W kolejnych latach odpadały kolejne fragmenty. W 1903 roku 20 kwietnia (znów nocą) podczas sztormu zawalił się północny szczyt. 31 marca 1909 roku (nocą, a jakże) runął wschodni szczyt. Następny fragment odpadł 30 grudnia 1913 roku (też podczas sztormu, zapewne nocą). Następny w 1917 roku (o, roku ów).
Ostatnia faza dramatu rozegrała się (czy ja jestem z działu sportowego czy co...) 1 lutego 1994 roku, gdy odpadła kolejna część z niewielkich już rozmiarami ruin. W 2000 roku zaczęto w końcu poważnie zabezpieczać urwisko. Może i skutecznie, ale z dość topornym efektem. Ta kładka widokowa to jak osiodłana świnia...



Cały urok tego miejsca, nomen omen, diabli wzięli...


Może nie powinienem krytykować przed końcem budowy?


To wszystko, co zostało z XIV-wiecznej budowli.


Naprawdę niewiele, ale największą siłą tego miejsca jest, czego już nie ma i nie będzie.


Może kiedyś był tu ładny widok od strony ulicy. Może i był... Ale byt określa świadomość (po naszemu: buda ważniejsza).

niedziela, 3 maja 2009

Punkt czwarty

Jestem z hufca „Rodło” i jestem z tego dumny! – oznajmiłem w kwietniu 1991 roku na zakończenie swego wystąpienia w czasie pewnego zjazdu sprawozdawczo-wyborczego, który zdecydowanie nie poszedł po mojej myśli. Nie tylko z powodu tej deklaracji nie mogłem przegapić tablicy pamiątkowej poświęconej Bolesławowi Domańskiemu, na którą trafiłem na Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie.


Ksiądz Bolesław Domański to drugi prezes Związku Polaków w Niemczech, przewodniczył tej organizacji w latach 1933-1939. Podczas I Kongresu Związku Polaków w Niemczech, który odbył się w 1938 roku, wygłosił Pięć Prawd Polaków:
1. Jesteśmy Polakami.
2. Wiara ojców naszych jest wiarą naszych dzieci.
3. Polak Polakowi bratem.
4. Co dzień Polak narodowi służy.
5. Polska matką naszą. Nie wolno mówić o matce źle.

Polecałbym szczególnej uwadze punkt czwarty.

Ta karczma Bombay się nazywa

Przygotowując się do wyjazdu do Indii szukaliśmy różnych źródeł informacji. Był rok 1997, wiele w Internecie jeszcze nie było. Z olsztyńskich antykwariatów wykupiłem książki o tym subkontynencie, wszystkie jednak historyczne. O realiach tamtejszego życia wiedzieliśmy niewiele. To był rok 50-lecia odzyskania przez Indie niepodległości, więc w BBC była seria programów traktujących o kraju. Wśród nich największe wrażenie robił na nas cykl o kuchni indyjskiej. Program zrobił nam sporą krzywdę. Sądziliśmy, że trafimy na wysmakowane, zdrowe potrawy podawane w elegancki sposób. Ubrana w sari Angielka obiecywała nam naleśniki (pancake) posypywane kolendrą (green coriander). Mało brakowało, by w praktyce naszego budżetu i odporności psychicznej skończyło się niemalże na naleśnikach z karmelem ze słoika.


No nie, aż tak źle nie było. Trafiliśmy na różnego rodzaju pierożki samosa:


Skwierczący drób:


Drób w pikantnym sosie:


Pieczone w piecu tandoor podpłomyki naan (czym się różnią od ćapati czy roti pewnie nigdy nie zrozumiem):


Wszystko to w miarę ochoty nurzane w sosach chutney, najchętniej miętowym:

Wszystkich tych przysmaków prawdziwej hinduskiej kuchni zaznałem w restauracji Bombay:


Wprawne oko dostrzeże, że ten Bombay znajduje się przy ul. Partyzantów. I wprawdzie w Indiach różnej partyzantki nie brakowało (nawet po odzyskaniu niepodległości), to tę restaurację znalazłem w Szczecinie. W końcu też portowe miasto.

A jednak się kręci

Ciekawe, czy Jurij Gagarin w swoim 108-minutowym locie zaobserwował obrotowy ruch Ziemi. Jeśli nie, to mógł przekonać się o tym odwiedzając Sobór św. Izaaka (wówczas: muzeum ateizmu) w Petersburgu (wówczas: Leningrad). W cerkwi tej znajdowało się do lat 90. XX wieku największe chyba na świecie wahadło Foucaulta, zawieszone na linie liczącej 98 m.


Pierwsze wahadło Foucaulta, jakie widziałem, znajduje się w wieży Radziejowskiego we Fromborku. Nie wiem, kiedy zostało tam zawieszone, ale podejrzewam, że stało się wraz z końcem odbudowy wieży w 1973 roku (budowla została zniszczona pod koniec II wojny światowej).


Dużo młodsze jest wahadło Foucaulta w Szczecinie, drugie jakie dane mi było zobaczyć. Zostało uruchomione oficjalnie we wrześniu 2005 roku.


Szczecińskie wahadło Foucaulta znajduje się w Wieży Dzwonów na Zamku Książąt Pomorskich.


Lina w Szczecinie ma 28,5 m, czyli tę samą długość, co przyrząd zainstalowany we Fromborku. Szczecińska kula jest jednak dużo cięższa – waży 76 kg (fromborska 46 kg).


Może nie wygląda na swoje 76 kg, ale w środku wypełniona jest ołowiem (a pokryta tworzywem sztucznym).


O co właściwie chodzi z tym wahadłem Foucaulta? Nie będę się wymądrzał, ale jedno wiem na pewno – im lina dłuższa, a kula cięższa, tym lepiej dla eksperymentu mającego udowodnić ruch Ziemi wokół własnej osi. Tzn. im lina dłuższa, tym efekt bardziej zauważalny, a im kula cięższa, tym wahadło buja się dłużej.


I jeszcze jedna mądrość nabyta – na różnych szerokościach geograficznych wahadło zatacza pełny obrót w różnym czasie. W Szczecinie jest to 29 godzin i 53 minuty.


A facet, który za tym wszystkim stoi to Jean Bernard Léon Foucault (1819-1868), który 1851 roku zawiesił swoje wahadło w Paryskim Obserwatorium Astronomicznym i udowodnił ruch obrotowy Ziemi.


Za miesiąc będę w Krakowie. Owszem, w kościele św. św. Piotr i Pawła jest tam najdłuższe w Polsce wahadło Foucaulta (46,5 m), ale przecież nie po to jadę do Krakowa, by oglądać kulę na sznurku. Ja w obrotowy ruch Ziemi wierzę, nie muszę się przekonywać.

sobota, 2 maja 2009

Tak czy owak most-owiak

Holendrzy przez kilkaset lat ujarzmili swoje wybrzeże Morza Północnego z setkami wysp. My ledwo radzimy sobie z komunikacją pomiędzy trzema wyspami w Świnoujściu.
Jesteśmy na Pomorzu Zachodnim już ponad 60 lat i można byłoby w końcu porządnie skomunikować wyspy Uznam, Wolin i Karsibór. Dobrze chociaż, że mieliśmy 1000-lecie Państwa Polskiego. Z tej okazji oddano do użytku Most Piastowski łączący Wolin i Karsibór.


Potęga to nie jest. Po 40 latach bez remontu most nie budzi zaufania. W dodatku ma tylko jedną jezdnię, ruch odbywa się wahadłowo.


Dobra wiadomość jest taka, że od kilku miesięcy trwa budowa nowego mostu. W związku z tym stary Most Piastowski jest czasami wyłączany z ruchu. Mieszkańcy Karsiboru są wówczas przez kilka godzin odcięci od świata. Żyć, nie umierać...
Mieszkańcy zachodniej części Świnoujścia, czyli wyspy Uznam, mają i gorzej, i lepiej zarazem. Gorzej, bo nie mają mostu łączącego ich z Macierzą. Mają prom, za darmo. Czasem trzeba odstać swoje w kolejce. A czasem nie.


I mają lepiej, bo zostaje im jeszcze to wyjście awaryjne, że gdy prom nie działa, to mogą, nadrabiając kilkadziesiąt kilometrów, pojechać do wschodniej części miasta przez Niemcy, wokół Zalewu Szczecińskiego.
Jedyny porządny most, z którego mogą korzystać mieszkańcy Uznamu, Karsiboru i Wolina znajduje się w mieście Wolin, nad cieśniną Dziwną.


Po jego przejechaniu cała Polska stoi otworem. Witamy.