piątek, 13 maja 2011

Obarzanek czy obwarzanek?

Gdy sto milionów lat temu przeprowadziłem się z Mazur na ziemię sandomierską nie rozumiałem, co dzieci z podwórka do mnie mówią. Z jakiego podwórka, z pola :) Po ośmiu latach przywykłem.
Kilkanaście lat później znów trafiłem z północy na południe, tym razem z Warmii do Małopolski (Sandomierz zresztą to też przecież Małopolska). I znów zadziwiały mnie, i tym razem już fascynowały, te drobne różnice kulturowe. Po kilku miesiącach zacząłem przeciągać sylaby jak krakus w czternastym pokoleniu. Dalszą asymilację przerwały kiepskie wyniki semestralne nas studiach...
Minęły kolejne lata, jakieś ćwierć wieku, i niedawno znów stawiłem się na dłużej w Krakowie. Na dłużej, czyli raptem cztery dni. Za mało, żeby odnaleźć w sobie zaginionego Małopolanina. Jeden banalny obrazek wystarczył mi jednak, żeby poczuć się jak w latach 80-tych. Dodam, że XX wieku, bo przecież obwarzanki robią w Krakowie już od XIV wieku.


No i właśnie – obwarzanki czy obarzanki? Pan na zdjęciu na Rynku Głównym sprzedaje obarzanki. Ale pod teatrem Bagatela, gdzie kupiłem jednego słonego i jednego pikantnego, dziarski staruszek sprzedawał obwarzanki. Zapewniał, że smakują tak samo...

I jeszcze krótka lekcja ekonomii. Gdzie są najdroższe obwarzanki? Nie, wcale nie na Rynku Głównym, bo tam jest duża konkurencja. Tam kosztowały po 1,3 zł. Pod Bagatelą też, bo w zasięgu wzroku były jeszcze trzy inne budki. Ale w pobliżu Błoń, obok hotelu Cracovia, gdzie stał samotny wózek z obarzankami, kosztowały 1,5 zł. Niech żyje wolny rynek, a zwłaszcza jego podstawa czyli konkurencja!