poniedziałek, 21 lutego 2011

Miłość spod jednej sztancy

Polskie Radio przysyła mi ostatnio trochę płyt. Posłucham sobie, myślę, co mi szkodzi. Tak dla przyzwoitości. Ktoś tam przecież męczy się, pakuje, adresuje, wysyła.
Ładuję do odtwarzacza (jakiego odtwarzacza, od lat słucham w kompie) pierwszą z brzegu. Nawet dwie „pierwsze z brzegu”, bo to podwójny album. Maciej Zieliński „Sounds of Love. Muzyka miłością pisana. Piosenki i tematy miłosne z najpopularniejszych komedii romantycznych i nie tylko...”.


Chyba jestem alien, ale nazwy filmów i seriali: „Barwy szczęścia”, „Tylko mnie kochaj”, „Nigdy w życiu!”, „Kryminalni”, „Świąteczna przygoda”, „Dlaczego nie”, „Jeszcze raz”, „Nie kłam kochanie” i „Dublerzy” w większości NIC MI NIE MÓWIĄ! To ani zarzut wobec tych produkcji, ani powód do chwały dla mnie. W dawniejszych czasach wszyscy znali historię o pewnej zezowatej niewolnicy, bo nie mieli za bardzo wyboru. Dziś oferta wszystkiego jest tak duża, że nie ma jednego punktu odniesienia (jednego wzorca kulturowego, że tak walnę z grubej rury).
Poczytałem sobie o tych filmach. Wszystkie w zasadzie spod jednej sztancy. Obsada, scenariusz, pomysł. Muzyka też, ale to oczywiste, bo kluczem wyboru utworów na płytę był przecież kompozytor. W opisie albumu Maciej Zieliński podkreśla, że spójny styl swych kompozycji uważa za osiągnięcie.
Piszę to wszystko, by odsunąć moment, gdy zacznę wybrzydzać na tę płytę. Ale czy muszę? Nie wejdę w buty recenzenta. Za dużo sam fałszuję na YouTube :)

Aha, mam płytę do oddania...