poniedziałek, 30 maja 2011

Trzy ogórki

Gdy wszyscy umierali ze strachu przed chorobą szalony krów, Śliwka chodził dumny jak paw z miną mówiącą mniej więcej „A nie mówiłem...”. Wiadomo, nie je krów. Kur, świń i wszystkich innych zwierząt też. Przyglądam mu się w ostatnich dniach, gdy na cenzurowanym stają zabójcze die Gurken. W sprawie ogórków zachowuje dyplomatyczne milczenie.
Nie zaryzykuję stwierdzenia, że świat był kiedyś bezpieczniejszy. Ale jakoś bez krępacji zajadałem trzy dekady temu ogórki prosto ze skrzynki na zapleczu zieleniaka prowadzonego przez świętej pamięci babcię Danusię. I jeśli bym dziś się nie odważył, to raczej w wyniku ogólnego rozwoju własnych fobii spożywczych, a nie zagrożenia chorobą teutońskich ogórków. A w ogóle i tak wolę pomidory. Wiesław! Wiesław! (Michnikowski oczywiście).

Pora na wspomnienie trzech ogórków. Z góry zapowiadam trzy przeprosiny.

Ogórek pierwszy, czyli uborka, czyli przepraszam miłośników jelcza.
Jelczem 043, zwanym powszechnie ogórkiem, odbyłem w 1986 roku wycieczkę klasową na Węgry. Pierwsza wycieczka zagraniczna! Dokumentem uprawniającym do wyjazdu była wówczas pieczątka w dowodzie z Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych. Nostalgicznie przypominam sobie jej treść (mam nadzieję, że mnie pamięć nie zawodzi)... Pozwalała wyjechać do samych nieistniejących już państw: Ludowej Republiki Bułgarii, Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej, Niemieckiej Republiki Demokratycznej, Socjalistycznej Republiki Rumunii, Węgierskiej Republiki Ludowej i Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich. Ale do Jugosławii już nie.
Wracając do ogórka. Miał oparcia w okolicy połowy pleców, więc o spaniu nie było oczywiście mowy. Siedzenia były twarde jak w poczekalni u dentysty. A ryk silnika, niezależnie od biegu, zagłuszał wszelkie próby rozmowy z siedzącą z tyłu czy z przodu koleżanką z Technikum Odzieżowego. No, same porażki.
No, ale jednak kawałek Węgier się zobaczyło. Z pewnością János Kádár trzymał Madziarów za twarz, ale skutki jego tzw. polityki gulaszowej obserwowaliśmy z rozdziawionymi gębami. Do dziś pamiętam obrazki sprzed ćwierć wieku: czekolada Afrikana, odtwarzacze kasetowe (żeby nie powiedzieć: walkmany), jakieś napoje z napisem „márka üdítő” (orzeźwiające i lepsze od coli), zachodni turyści biwakujący razem z nami na budapeszteńskim kampingu, niemieckie (erefenowskie) kolorowe czasopisma porzucone na plaży nad Balatonem. Nie, nie takie jak sądzicie :)

Ogórek drugi, czyli ogórek, czyli przepraszam miłośników Mikołaja Kopernika.
Kilkanaście lat temu kilka starszych druhen usiłowało mi wmówić, że pamięta mnie z Operacji 1001 Frombork. Uprzejmie, acz stanowczo zaprzeczałem. Owszem, może i mógłbym być owocem harcerskiej miłości pierwszego roku tej operacji trwającej w latach 1966-1973, ale moi rodzice nie byli w harcerstwie. Pierwszy raz stanąłem we Fromborku i pod pomnikiem Mikołaja Kopernika 11 lat po zakończeniu tej akcji (potem była jeszcze akcja Frombork 2000 i tej faktycznie uczestniczyłem).
Nie wiem, w którym roku harcerze nazwali pomnik autorstwa Mieczysława Weltera „ogórkiem”. Być może już w lipcu 1973 roku, gdy pomnik został uroczyście odsłonięty z okazji zakończenia operacji i oczywiście 500. rocznicy urodzin astronoma (cóż, że rocznica w lutym). Nazwa, nawet jeśli cokolwiek obrazoburcza, oddaje chyba istotę rzeczy. Już w tamtych latach pomnik był krytykowany za karykaturalnie duży tors w stosunku do małej głowy. Krytyka w czasach propagandy sukcesu! Nie chciałbym się mądrzyć, ale może autor zapomniał o perspektywie? Już w czasie budowy Partenonu Ateńczycy umieli przeciwdziałać złudzeniom optycznym, stosując świadomie krzywizny.


Pod pomnikiem Kopernika miało miejsce wiele wiekopomnych wydarzeń, że wspomnę tylko dwa. W 1973 r. Edward Gierek w czasie odsłonięcia pomnika i zakończenia Operacji 1001 Frombork odznaczył ZHP bodajże Orderem Budowniczych Polski Ludowej. A ja w 1985 r. smażyłem pod nim naleśniki.

Ogórek trzeci, czyli αγγούρια, czyli przepraszam miłośników starożytności.
Do fromborskiego ogórka powracałem kilkakrotnie. Do egipsko-greckiego śpiewającego ogórka (sam go tak przezwałem) też dane mi było powrócić po dwóch latach.
Pierwsza wizyta odnotowana na blogu i filmowo.


Druga już tylko filmowo.

piątek, 13 maja 2011

Towarzystwo Przyjaźni Argentyńsko-Czeskiej

Uwielbiam wszelkiego rodzaju mieszanki, tygle, metyzacje. Wchodząc do krakowskiej restauracji Diego i Bohumil spodziewałem się jakiegoś miksu argentyńsko-czeskiego, ale to było rozczarowanie podobne do tego, jak na koncercie Nalepy i Urbaniaka. Grali smacznie, ale w zasadzie obok siebie. Oddzielnie po czesku, oddzielnie po argentyńsku.


Czeska kuchnia rozczula mnie podczas każdego urlopu w tamtych okolicach. Argentyńska roznamiętniła mnie raz w Berlinie i od kilkunastu lat nie mogłem trafić na równie udaną wołowinę.

Od pochodni pochodzi

Obraz, którego nie chciał car Aleksander II Romanow, stał się zaczątkiem jednej z najważniejszych polskich galerii. Pierwszym eksponatem Galerii Sztuki Polskiej XIX wieku w Sukiennicach był obraz „Pochodnie Nerona”, który Henryk Siemiradzki namalował w 1876 roku w Rzymie.


Siemiradzki zaproponował kupno obrazu samemu carowi. Za jedyne 50 tysięcy rubli, choćby w pięciu ratach (lub długoletniej rencie). Car uprzejmie nie skorzystał. W 1879 roku Siemiradzki podarował więc swe dzieło do mającego powstać w Sukiennicach Muzeum Narodowego, które pierwszą stałą ekspozycję uruchomiło w 1884 roku. Obecna Galeria Sztuki Polskiej XIX wieku to cztery sale, odnowione w latach 2006-2010.
Zwiedziliśmy ją w maju 2011, kilka miesięcy po otwarciu odnowionej ekspozycji. Z recenzji wyczytałem, że kolor ścian się nie podoba... Co do mnie też nie lubię fioletu, ale bordo owszem. Inspiracją do napisania piosenki „Zawsze się znajdzie jakaś krzywda” było zupełnie co innego (choćby z przyczyn chronologicznych), ale inspiracja do wczorajszego nagrania jak znalazł.


Salę Bacciarellego „Oświecenie” przeszedłem pobieżnie. Marceli Bacciarelli – „Stanisław August Poniatowski w stroju koronacyjnym”, ok. 1790.


Prawdziwe atrakcje w trzech kolejnych salach. Sala Michałowskiego „Romantyzm. W stronę sztuki narodowej”.


Saturnin Świerzyński – „Wnętrze katedry na Wawelu”, 1875.


Henryk Rodakowski – „Portret generała Henryka Dembińskiego”, 1852.


Piotr Michałowski – „Bitwa pod Możajskiem”, ok. 1840. Czyli bitwa pod Borodino z 1812 roku.


Piotr Michałowski – „Somosierra”, 1844-1855. O wolność naszą i waszą? Nie zawsze... Ten obraz zainspirował w 1980 roku Jacka Kaczmarskiego do napisania piosenki „Somosierra”. W wykonaniu autora nigdy nie widziałem na żywo. Pamiętam za to pewne wykonanie z 1986 roku z fosy zamkowej we Fromborku. Śpiewał niejaki Jacek Bończyk, wówczas członek 1 Wałbrzyskiej Środowiskowej Drużyny Starszoharcerskiej „Fokszekmek”.


Piotr Michałowski – „Napoleon na siwym koniu”, przed 1846.


Wojciech Korneli Stattler – „Machabeusze”, 1830-1842.


Sala Siemiradzkiego „Wokół Akademii”. Zdaje się, że nie było wówczas na polskich ziemiach akademii sztuk pięknych. Jan Matejko na przykład ukończył Szkołę Rysunku i Malarstwa, późniejszą pod jego dyrekcją Szkołę Sztuk Pięknych, która dopiero w 1900 roku została Akademią Sztuk Pięknych. Mieliśmy zatem akademizm bez akademii...

Jan Matejko – „Wernyhora”, 1883-1884.


Jan Matejko – „Kościuszko pod Racławicami”, 1888.


Jan Matejko – „Iwan Groźny”, 1875.


Lucjan Wędrychowski – „Kuszenie św. Antoniego”, 1886.
 

Paweł Merwart – „Mojżesz zabijający Egipcjanina”, 1883.


Jan Matejko – „Rejtan – upadek Polski”, 1866. Ten obraz również przełożył na język piosenki Jacek Kaczmarski.


Sala Chełmońskiego „Realizm, polski impresjonizm, początki symbolizmu”.

Józef Chełmoński – „Na folwarku”, 1875.


Józef Chełmoński – „Czwórka”, 1881.


Aleksander Gierymski – „Wieczór nad Sekwaną”, 1893. Sprawdziłem, Sekwana nadal płynie.


Jacek Malczewski – „Wigilia na Syberii”, 1892. I jeszcze jedna inspiracja dla Jacka Kaczmarskiego.


Władysław Podkowiński – „Szał uniesień”, 1894. Inspiracja dla wielu...

Problemy z księdzem Piotrem

Piotr Skarga zmarł 27 września 1612 roku. Chyba. Kaznodzieja zmarł być może dopiero kilka dni po swej oficjalnej śmierci, ocknąwszy się z letargu w grobie. Wskazywałyby na to ślady odkryte w czasie ekshumacji księdza Skargi.

Jego grób znajduje się w kościele Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Krakowie. Naprzeciwko kościoła stoi od 12 maja 2001 roku jego pomnik autorstwa Czesława Dźwigaja.


Stojący na placu Marii Magdaleny pomnik budzi różne kontrowersje (określonych środowisk, wiadomo), począwszy od zgody na jego ustawienie, poprzez osobę autora (twórca kilkudziesięciu pomników Jana Pawła II), aż po samo dzieło, krytykowane za wszystko, co się da.


Same problemy z tym Skargą. Jego słynne „Kazania sejmowe” też nigdy nie zostały wygłoszone...

Pożyjemy, umrzemy, zobaczymy

Dlaczego Kościół Katolicki wspomina tego samego dnia, 29 czerwca, św. Piotra i św. Pawła? Przez pomyłkę. Od co najmniej III wieku utrzymało się przekonanie, że obaj apostołowie zginęli męczeńską śmiercią dokładnie tego samego dnia. Św. Piotr ukrzyżowany (głową w dół) około 67 r., zaś św. Paweł ścięty mieczem około 67 r. Datę 29 czerwca 67 roku zaszczepiły apokryfy. Historycy nie potwierdzają. Obu świętych wymieniamy często jednym tchem. Mnie zawsze św. św. Piotr i Paweł kojarzą się z krakowskim kościołem przy ul. Grodzkiej.


Kościół Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Krakowie wygląda niepozornie. Tzn. zawsze wydawał się mi mały. Barokowe oszustwo. W rzeczywistości to jeden z największych krakowskich kościołów. W dodatku jest w nim umieszczone najdłuższe w Polsce wahadło Foucaulta.


Barokowe oszustwo, bo kościół rzeczywiście jest barokowy, w dodatku pierwszy w tym stylu w Krakowie. Zaczęto go budować w 1597 roku, czyli rok po tym, jak Zygmunt III Waza porzucił Kraków jako stolicę Polski.


Jakoś tak się złożyło, że do środka tej świątyni zajrzałem dopiero w tym roku, mimo że w ciągu trzydziestu jeden lat wielokrotnie stawałem na ul. Grodzkiej.


Syciłem się zawsze widokiem sylwetek 12 apostołów. Dla mnie jeden z symboli Krakowa, prawie jak pomnik Mickiewicza czy Sukiennice.


Rzeźby wyglądają na stare, ale jak na Kraków są wczorajsze. Pochodzą z 1959 roku. To kopie autorstwa Kazimierza Jęczmyka. Oryginalne posągi z wapienia pińczowskiego z 1722 roku autorstwa Dawida Heela trzeba było ukryć, bo zniszczyły je kwaśne deszcze. Czyli Nowa Huta.


Od lewej do prawej? Pierwszy św. Szymon:


Św. Filip:

Św. Bartłomiej:


Św. Jakub Mniejszy (Młodszy):


Św. Jakub Większy (Starszy):


Św. Piotr:

Św. Andrzej:


Św. Jan Ewangelista:


Św. Juda Tadeusz:


Św. Maciej:

Św. Mateusz Ewangelista:


Św. Tomasz:


W środku robią wrażenie m.in. organy:


Kaplica św. Stanisława Kostki z 1639 r. Obraz „Wizja św. Stanisława Kostki”.


Kaplica Trójcy Świętej z polichromią z 1629 r.


Kaplica Michała Archanioła i Aniołów. Obraz przedstawiający Michała Archanioła zwyciężającego smoka, czyli szatana.


Kaplica Wieczerzy Pańskiej z 1671 r. Obraz „Ostatnia Wieczerza”.


Z pobliskiego placu Świętej Marii Magdaleny spogląda na kościół ks. Piotr Skarga. Tzn. jego pomnik. Sam kaznodzieja spoczywa przecież w podziemiach kościoła. Jest inicjatywa, by powstał tu w przyszłości kolejny Panteon Narodowy. Pożyjemy, umrzemy, zobaczymy.

Kiełbaski z niebieskiej nyski

Wawel? Sukiennice? Kopiec Kościuszki? Owszem, można zobaczyć. Ale prawdziwy Kraków to kiełbasa pieczona na wolnym ogniu, pszenna fantazyjnie zakręcona bułka, plaśnięty z pojemnika kleks musztardy i papierowa tacka rzucona niedbale na przenośny stół! I to wszystko za jedyne 8 złotych.


Kiełbaski z niebieskiej nyski to krakowska instytucja z dwudziestoletnią tradycją. Wprawdzie dwadzieścia lat to w krakowskiej skali tyle, co nic, ale chylę głowę przed dwoma facetami, którzy co noc stają z niebieską nyską pod Halą Targową przy ul. Grzegórzeckiej. Od godz. 20.00 do 3.00 nad ranem pieką kiełbaski ku uciesze głodomorów ze wszystkich grup społecznych.
Na facebookowym profilu KzNN jest zdjęcie, na którym ze swoją kiełbaską na papierowej tacce dumnie kroczy Nigel Kennedy. To jest prawdziwe połączenie tradycji z nowoczesnością – nostalgiczne, niemalże CK kiełbaski na profilu społecznościowym. Kwintesencja Krakowa.


Filmik z wizji lokalnej trzynastego w piątek ostatniego dnia krakowskich swawoli. Niestety, żaden znany skrzypek przed nami nie stanął. Ani za nami.

Obarzanek czy obwarzanek?

Gdy sto milionów lat temu przeprowadziłem się z Mazur na ziemię sandomierską nie rozumiałem, co dzieci z podwórka do mnie mówią. Z jakiego podwórka, z pola :) Po ośmiu latach przywykłem.
Kilkanaście lat później znów trafiłem z północy na południe, tym razem z Warmii do Małopolski (Sandomierz zresztą to też przecież Małopolska). I znów zadziwiały mnie, i tym razem już fascynowały, te drobne różnice kulturowe. Po kilku miesiącach zacząłem przeciągać sylaby jak krakus w czternastym pokoleniu. Dalszą asymilację przerwały kiepskie wyniki semestralne nas studiach...
Minęły kolejne lata, jakieś ćwierć wieku, i niedawno znów stawiłem się na dłużej w Krakowie. Na dłużej, czyli raptem cztery dni. Za mało, żeby odnaleźć w sobie zaginionego Małopolanina. Jeden banalny obrazek wystarczył mi jednak, żeby poczuć się jak w latach 80-tych. Dodam, że XX wieku, bo przecież obwarzanki robią w Krakowie już od XIV wieku.


No i właśnie – obwarzanki czy obarzanki? Pan na zdjęciu na Rynku Głównym sprzedaje obarzanki. Ale pod teatrem Bagatela, gdzie kupiłem jednego słonego i jednego pikantnego, dziarski staruszek sprzedawał obwarzanki. Zapewniał, że smakują tak samo...

I jeszcze krótka lekcja ekonomii. Gdzie są najdroższe obwarzanki? Nie, wcale nie na Rynku Głównym, bo tam jest duża konkurencja. Tam kosztowały po 1,3 zł. Pod Bagatelą też, bo w zasięgu wzroku były jeszcze trzy inne budki. Ale w pobliżu Błoń, obok hotelu Cracovia, gdzie stał samotny wózek z obarzankami, kosztowały 1,5 zł. Niech żyje wolny rynek, a zwłaszcza jego podstawa czyli konkurencja!