sobota, 13 sierpnia 2011

Kicham na ksenofobów

Już kiedyś ubolewałem nad wyniesionym z peerelu przesądem pokutującym w naszym społeczeństwie, jakoby bylibyśmy społeczeństwem jednolitym etnicznie i kulturowo.


Nie wyobrażam sobie jednak, żeby ten przesąd był głęboko zakorzeniony na wszelkich pograniczach. Na Śląsku, na Białostocczyźnie, na Pomorzu, na Suwalszczyźnie wielokulturowość jest chlebem powszednim. Więc ten pogląd był co najwyżej oficjalny.


Komunę można obciążyć wieloma zbrodniami, również takimi, których ofiarami padły całe narody czy grupy etniczne. Czy Bieruta, Gomułkę albo Gierka można obciążyć tym, że Słowińcy przeszli jako naród do historii? Chyba raczej nie. Już w połowie XIX wieku mało kto mówił w dialekcie słowińskim.


Faktem jednak jest, że po II wojnie światowej ostatnie posługujące się tym językiem osoby zmarły lub wyjechały do Niemiec. Za Gierka było już po wszystkim... Prawie jak u nas z Mazurami i Warmiakami.


Uznanie po wojnie Słowińców za Niemców to draństwo, ale właściwie nie dziwi. Nie był to czas na niuanse, trwał czarno-biały podział. Kto by tam pamiętał, że mieszkańcy okolic jeziora Łebsko to Słowianie. I że nie ich winą jest, że Polska straciła wpływ na te ziemie w czasie rozbicia dzielnicowego, a potem ponownie w wyniku pokoju westfalskiego. I tak długo opierali się germanizacji...


Dziś Słowińców już nie ma, ale jest Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach na zachodnim brzegu jeziora Łebsko.


Występująca tu kapela śpiewa po kaszubsku, ale przecież sami Słowińcy mówili na siebie „Lebakaschuben”, czyli Kaszubi łebscy. Nazwę „Słowińcy” wymyślił im w połowie XIX wieku rosyjski etnograf Aleksander Hilferding. Już wówczas była to grupa etniczna na wymarciu...


Kaszubi przetrwali i mają się dobrze. Język (według niektórych dialekt) kaszubski doczekał się nawet uznania za język regionalny, jak na razie jedyny w Polsce. Czekam na kolejne.


A jak komuś się nie podoba, że mamy w Polsce mniejszości etniczne i narodowe chcące pamiętać o swojej odrębności, to kicham na to...