sobota, 5 września 2009

Wściekły zamek

Najbardziej romantyczne miejsce na południowych Morawach. Przynajmniej według czytelników czeskiej gazety. Tylko nazwa tego miejsca jest jakaś mało romantyczna – Zamek Wściekłości.


Wściekłość, gniew, czyli po niemiecku Zorn, co się z grubsza czyta przez „c”, no i mamy czeską nazwę Cornštejn. Zamek wzniesiono na początku XIV wieku, jako część królewskich umocnień na granicy z Węgrami.


Jego historia jest w sumie dość krótka. Od 1343 roku zamek należał do czeskiego roku Lichtenburków. W 1464 roku zdobył go król Jerzy z Podiebradów. Czemu czeski król zdobywał zamek we własnym państwie? Był pierwszym czeskim (i chyba europejskim) monarchą, który porzucił katolicyzm. Jako husyta spotkał się ze sporym oporem wewnętrznym.


W 1530 roku zamek wrócił do rodziny Lichtenburków. Ostatni raz swoją rolę obronną spełnił w 1542 roku, gdy był oblegany przez Turków. W ciągu następnych kilkudziesięciu lat stracił mieszkańców i tak oto już ponad cztery wieki jest niezamieszkany. Idealne okoliczności do hodowania romantycznej legendy.


Zamek stoi w zakolu rzeki Dyja, na wysokiej skale, z której rozpościera się fantastyczny widok. Wysoki poziom rzeki wynika również z umiejscowionej w pobliżu zapory.


Powstały zalew nazywany bywa Morawskim Adriatykiem.


W Czechach chyba każdy powiat ma zamek wyglądem i rozmiarami, przynajmniej z oddali, przypominający co najmniej nasz Wawel. Można je zwiedzać, oglądać, podziwiać. Z zamkiem Cornštejn jest o tyle dziwnie, że jest zazwyczaj zamknięty. Żeby się dostać do środka, musieliśmy wejść przez zabite deskami okno, a najpierw pokonać strome zbocze, porośnięte jakimś gąszczem, chaszczami. W zasadzie musieliśmy zamek zdobyć. Dobrze, że smoły z góry nie lali.