niedziela, 7 lipca 2013

Nie taka wesoła

Buchająca erotyzmem radosna rumba jest antytezą zasępionego bluesa, chociaż oba te style muzyczne mają podobne korzenie. Obie te afrykańsko-europejskie mieszkanki uczynione na ziemi amerykańskiej (a wspomnijmy jeszcze choćby o sambie i bossa novie) są dowodem na to, że najciekawsze rzeczy w kulturze powstają na pograniczu kulturowym.


Dzisiejsza rumba nie nastrajała mnie jednak optymistycznie z dwóch powodów. Po pierwsze zawsze, gdy oglądam artystów z odległego kręgu kulturowego, zastanawiam się, czy ktoś mi nie serwuje cepelii. I nie są to złośliwe rozważania, lecz autentyczna rozterka wynikająca z nieznajomości „języka” obcej kultury.


Po drugie radość z tupania nóżką osłabiała mi świadomość, że Orquesta Buena Vista Social Club przyjechała z kraju, który wolny przecież nie jest. Coś jak nasz (?) Konrad Wallenrod, który „Szczęścia w domu nie znalazł, bo go nie było w ojczyźnie”...


Poprzednio żywych Kubańczyków w naszym regionie widziałem 27 lat temu. W 1986 roku w Szkole Harcerstwa Starszego „Perkoz” gościli pionierzy (skautami ich przecież nie nazwę) z organizacji, której bohaterem był José Martí. Została mi z tego spotkania odznaka z podobizną tego kubańskiego poety (słowa jego poematu wykorzystano w słynnej piosence „Guantanamera”) i działacza niepodległościowego. Martíego nie można jednak bezpośrednio wiązać z rewolucją Castro, bo zginął w powstaniu antyhiszpańskim w 1895 roku, czyli 64 lata przed komunistycznym przewrotem na Kubie.


Bohaterką koncertu była niewątpliwie 83-letnia Omara Portuondo, która karierę rozpoczynała jeszcze przed rewolucją. Gdyby jej pozwolić, śpiewałaby do rana. Niesamowity entuzjazm.


Przed koncertem cały czas leciała z głośników melodia „The Girl from Ipanema”. Puszczanie brazylijskiej piosenki przed występem kubańskich artystów, to tak, jakby w Stanach Zjednoczonych przed koncertem polskiego Mazowsza odtwarzać „Katiuszę” czy „Kalinkę”. Jest jednak jakaś różnica między językiem portugalskim i hiszpańskim...