sobota, 28 września 2013

Biada mi

Beatlesi oddali, albo wręcz specjalnie napisali, sporo piosenek innym wykonawcom. Dość powiedzieć, że pierwszy przebój Rolling Stonesów jest autorstwa Lennona i McCartneya. Piosenka „Misery” została pisana na początku 1963 roku dla Helen Shapiro, ale jej wytwórnia ostatecznie zrezygnowała z usług najsłynniejszej wkrótce spółki autorskiej świata (pół roku później wzięliby z pocałowaniem ręki). Niechcianą piosenkę Beatlesi umieścili na swym debiutanckim albumie „Please Please Me” wydanym 22 marca 1963 roku.


Ale i tak znalazł się chętny na jej wykonanie, niejaki Kenny Lynch, który przeszedł do historii jako pierwszy wykonawca beatlesowskiego covera (a 10 lat później trafił na okładkę płyty McCartneya „Band on the Run”.


Ta piosenka zawsze urzekała mnie swoim czasem trwania. Minuta i 48 sekund. Mało do tłumaczenia.


Ten świat traktuje mnie źle... biada mi
Taki ze mnie ptak
Co nie wie, co to płacz
Ten świat traktuje mnie źle... biada mi

Już wiem, straciłem ją
Nie spotka się nasz wzrok
To wszystko gniecie mnie... biada mi

Zapamiętam sprawy, które miałem z nią
Czyż nie widzi ona, że jest jedna wciąż, jedna wciąż

Niech ją zwrócą mi
Bo wszyscy widzą dziś
Że jeśli nie mam jej, to biada mi

Zapamiętam sprawy, które miałem z nią
Czyż nie widzi ona, że jest jedna wciąż, jedna wciąż

Niech ją zwrócą mi
Bo wszyscy widzą dziś
Że jeśli nie mam jej, to biada mi
To biada mi
Tak, biada mi
Olsztyn, 28.09.2013



Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

niedziela, 22 września 2013

Desmond i Molly Jones

Prawie gotowe tłumaczenie „Ob-La-Di, Ob-La-Da” też mi ukradli. Na szczęście to nie „Wojna i pokój”, udało mi się odtworzyć tekst przetłumaczony dwa dni wcześniej.


Desmond ma stoisko tam gdzie rynek jest
Molly w swym zespole daje śpiew
Mówi Desmond „Hej, dziewczyno, lubię cię”
A Molly biorąc go za rękę śpiewa, że

Ob-la-di, ob-la-da, życia wciąż trwa
La la la gna życie wciąż
Ob-la-di, ob-la-da, życia wciąż trwa
La la la gna życie wciąż

Desmond jedzie do złotnika, tramwaj wziął
Kupić złoty krążek, niechaj lśni
Wraca z nim do Molly, u drzwi czeka go
I ona biorąc go zaczyna znów swój hymn

Ob-la-di, ob-la-da, życia wciąż trwa
La la la gna życie wciąż
Ob-la-di, ob-la-da, życia wciąż trwa
La la la gna życie wciąż

I w kilka lat już mają ten
Swój dom
Z gromadką dzieci co na dworze
Desmonda i Molly Jones

Koniec końców w szczęściu tam gdzie rynek jest
Desmond z dziećmi ma cokolwiek lżej
Molly w domu twarzą wciąż zajmuje się
I wieczorami śpiewa ciągle w grupie, że

Tak, ob-la-di, ob-la-da, życia wciąż trwa
La la la gna życie wciąż
Tak, ob-la-di, ob-la-da, życia wciąż trwa
La la la gna życie wciąż

I w kilka lat już mają ten
Swój dom
Z gromadką dzieci co na dworze
Desmonda i Molly Jones

Ech! Koniec końców w szczęściu tam gdzie rynek jest
Molly z dziećmi ma cokolwiek lżej
Desmond w domu twarzą wciąż zajmuje się
A wieczorami ona śpiewa z grupą, że

Tak, ob-la-di, ob-la-da, życia wciąż trwa
La la la gna życie wciąż
Tak, ob-la-di, ob-la-da, życia wciąż trwa
La la la gna życie wciąż

Chcesz poznać życia smak
Bierz ob-la-di-bla-da
Lumbarda (Korcula), Chorwacja, 13.09.2013, Olsztyn, 22.09.2013



John Lennon nie lubił tej piosenki, wręcz nie chciał jej nagrywać. Niechęć nie wynika z tego, że napisał ją Paul McCartney. Johnowi nie podobało się słodko-pierdzący entuzjazm tego utworu. Najśmieszniejsze jest to, że pięć lat później, gdy Yoko Ono dała mu syna, sam na kilka lat zaszył się z radością w pieluchy, a na koniec (koniec...) dał światu wspaniały przesiąknięty rodzinną atmosferą album „Double Fantasy”.
Tak czy owak Beatlesi nieźle się bawili nagrywając „Ob-La-Di, Ob-La-Da”. Jest tam trochę złośliwych okrzyków w tle (dzieci dają ojcu pomocną... nogę), a powtarzając pod koniec zwrotkę McCartney zamienił omyłkowo Desmonda z Molly. W efekcie Molly pracuje na rynku, a Desmond w domu kładzie sobie na twarz maseczkę. Co za profetyczne pomieszanie ról płciowych...
W Polsce piosenka zrobiła ponowną karierę kilkanaście lat temu, gdy otwierała amerykański serial „Life goes on”, czyli „Dzień za dniem”.



Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

czwartek, 19 września 2013

Od Adriatyku po Sarajewo (11)

Dziś rano ostatni raz w czasie tego urlopu wyszliśmy na taras z widokiem na Adriatyk. Urlop skrócony z powodu sarajewskiego zamachu na naszą własność, ale pierwszy tydzień był tak intensywny, że plan został zrealizowany w jakichś 70 proc. (Dubrownik, Mostar, Blagaj, Trebinje, Sarajewo, Półwysep Pelješac, wyspa i miasto Korčula). Co musieliśmy sobie odpuścić? Wieczorne wizyty w Dubrowniku (nie wchodziliśmy w czasie pierwszej wizyty na mury, nie wjeżdżaliśmy na wzgórze Srd) i Mostarze, Miedjugorje, wjazd na szczyt Sveti Jure, cmentarz w bośniackiej Radimlji z przedmuzułmańskimi nagrobkami.

środa, 18 września 2013

Od Adriatyku po Sarajewo (10)

Ostatnie zdjęcie z naszego urlopowego tarasu w Kleku w Chorwacji. W oddali migocze bośniackie Neum, po prawej chorwacka wysepka Kljestac, za nią niewidoczna bośniacka boja, za boją trochę Bośni i Hercegowiny, a dalej znowu Chorwacja, czyli Półwysep Pelješac. Taki przekładaniec. A nad tym wszystkim Księżyc. Pełnia szczęścia...

wtorek, 17 września 2013

Od Adriatyku po Sarajewo (09)

Już wyjeżdżaliśmy z Sarajewa, wracaliśmy pod dwóch dniach do naszej bazy w Chorwacji. Trzy godziny drogi krętymi górskimi drogami były wystarczającym powodem, by zainwestować w nocleg w stolicy Bośni i Hercegowiny. Nocleg wybrałem zresztą wzorcowy – nie dość, że 20 metrów od sarajewskiej starówki, w samym środku tego cudownego orientalnego szału, to jeszcze z parkingiem w garażu pod całodobowym okiem recepcjonistki. Ta rewelacja to Pansion Fočin Han, przy ul. Safvet Bega Bašagića 10. Reklamuję całkowicie słusznie, bo zachowali się wobec nas przyzwoicie, a nawet więcej niż przyzwoicie. Ale nie uprzedzajmy wydarzeń...

Niedziela, 15.09.2013.
g. 13.30 – wyjeżdżamy z garażu w pensjonacie, będziemy wracać do Chorwacji
g. 13.40 – po drodze zatrzymujemy się na wzgórzu z ruinami twierdzy Bijela Tabija, podziwiamy wspaniałą panoramę Sarajewa, robimy zdjęcia


g. 13.43 – nie mamy paszportów, dowodów osobistych, kart, komórek, pieniędzy, mamy za to wybitą szybę w samochodzie. Sprawców widzieliśmy, a jakże. Dwóch młodych chłopaków w czerwonym samochodzie. Też wydawali się nam miłośnikami sarajewskich widoków. Ale oni mieli widoki na łatwy zysk...
g. 13.44 – jakaś bośniacka para, która widzi nasz problem, każe jechać za sobą na posterunek policji Stari Grad. Samochód na szczęście da się prowadzić, szyba jest wybita po stronie pasażera. Pasażer, czyli żona, musi przenieść się na tył, gdzie nie ma rozbitego szkła.
g. 13.55 – meldujemy się na policji. Dyżurna mówi po angielsku, ale nie może nam pomóc, bo nie mamy żadnego dokumentu, a ona bez dokumentu potwierdzającego naszą tożsamość nie dopuści nas przed oblicze oficera, który przyjmie nasze zeznanie. Dzwoni do polskiej ambasady (jakie to szczęście, że jesteśmy w Sarajewie, a nie dajmy na to w Blagaju). Ambasada obiecuje nam tymczasowe paszporty, ale oczywiście dopiero jutro, bo dziś niedziela. Włączam laptopa. Na policji nie ma Wi-Fi, ale jakimś cudem łączymy się z siecią z ulicy. Wysyłamy maile do znajomych z prośbą o blokadę naszych komórek. Na Facebooku siedzi ojciec, mamy kontakt z rodziną. Stan kont obserwujemy on-line, nic się nie dzieje z naszymi pieniędzmi, ale sami też nie możemy z nich skorzystać nie mając kart ani telefonów czy haseł jednorazowych.
g. 14.15 – idziemy do Pansion Fočin Han, gdzie już o nas zapomnieli (na szczęście to tylko pół kilometra, a samochód zostawiamy na policji). Zapomnieli do tego stopnia, że kserokopię paszportu żony zdążyli już porwać i wyrzucić do śmieci. A to ksero może wystarczy policjantce... Bierzemy ksero i pracownika hotelu jako świadka, że faktycznie nocowaliśmy u nich posługując się tym właśnie paszportem. Świadek ma na imię Amer, ale dowiem się tego następnego dnia.
g. 14.45 – jesteśmy ponownie na policji. Ksero nie robi wrażenia na policjantce, bo jest przerwane. Każe nam wrócić jak będziemy mieli dokumenty.
g. 15.00 – jesteśmy znów w Pansion Fočin Han. Prosimy o możliwość przenocowania, chociaż nie wiemy jak będziemy mogli zapłacić. Jest zgoda.
g. 15.10 – kontaktujemy się z telefonami dyżurnymi w naszych ubezpieczeniach. Zdrowotne nam nie pomoże, bo może i jesteśmy w stresie, ale od tego się nie umiera. Co do ubezpieczeń komunikacyjnych, to towarzystwo pokazuje na co je stać. Tzn. głównie na ściąganie składek. Rozmawiam kilkanaście razy z kilkunastu osobami przez łącznie jakieś 2 godziny. Na szczęście nie na mój koszt, ale musiało to kosztować kilkaset złotych. Co chwila rozmawiam z inną częścią spółki, a nawet z firmami zewnętrznymi. Ich podstawowe pytanie z podręcznika procedury – Czego pan od nas oczekuje? A skąd ja do cholery mam wiedzieć, czego ja chcę od nich... Chcę kasy, naprawy samochodu, pomocy w rozmowach z policją. Jedyna pomoc, jaką uzyskuję, to obietnice pokrycia kosztów maksymalnie trzech noclegów. Już wiem, że będą potrzebne co najmniej dwa. Na szczęście robią to bezgotówkowo (przecież ja nie mam pieniędzy!) i na szczęście pensjonat nie widzi problemu, by dostać przelew.
W sprawie naprawy samochodu – porażka. Zgłoszenie szkody przyjmą, ale kasę oddadzą mi dopiero w Polsce, nie mam co liczyć na rozmowy assistance z serwisem Hyundaia w Sarajewie (na szczęście jest, już sprawdziłem). Trzynasta lub czternasta rozmowa z towarzystwem urywa się w 29 minucie (luz, nie ja płacę). Nie wytrzymała bateria w słuchawce bezprzewodowej.
g. 20.00 – idę na miasto w poszukiwaniu laboratorium fotograficznego, żeby rano nie tracić czasu. Na szczęście znajduję je po 3 minutach, 200 metrów od hotelu. Czynne od 9.00 rano.
g. 21.30 – opuszczamy recepcję, którą okupujemy od kilku godzin i idziemy do pokoju. Na szczęście (to wyrażenie jest kluczowe dla naszej przygody) mamy butelkę wody i kupione na drogę bureki, fantastyczne bośniackie żarcie. Nad ranem zimne ciasto z mięsem nie będzie już tak fantastyczne.
Cały czas rozmawiamy na Facebooku z ojcem i zapoznajemy się z tajnikami Western Union. Dziś ojciec pieniędzy i tak nie wyśle (niedziela), a my i tak nie odebralibyśmy (brak dokumentów).
g. 23.00 – idziemy spać. O ile spaniem można nazwać obracanie się całą noc z boku na bok...

Poniedziałek, 16.09.2013
g. 7.00 – do naszych drzwi puka recepcjonistka, przecież sami się nie obudzimy bez komórek. Puka niepotrzebnie, od dwóch godzin jesteśmy na nogach. Ponownie komunikacja przez FB.
g. 8.00 – zaczynamy nasz dyżur na recepcji. A nuż ktoś zadzwoni od ubezpieczyciela... Nadzieja umiera ostatnia. Z pomocą recepcjonistki dzwonimy do sarajewskiego serwisu Hyundaia. Ceny się nie boimy (i tak nie mamy zresztą pieniędzy), pytanie brzmi czy mają szybę. Rozmowa grzęźnie wokół problemu zrozumienia, o którą szybę chodzi, więc na razie okładamy problem, bo zaraz trzeba iść robić zdjęcia. Wysyłam jeszcze maila do Hyundaia z opisem sytuacji i prośbą o podanie ceny i czasu naprawy. Liczę, że czytają...
g. 9.00 – stawiamy się w zakładzie foto mając w kieszeni 32 bośniackie marki. I co? Ile kosztuje zdjęcie do paszportu? 15 marek. A piętnaście razy dwa równa się ile? Trzydzieści. Hurra, zostaną nam jeszcze jakieś pieniądze. Za dwie marki można kupić mnóstwo rzeczy, choćby butelkę wody. Zdjęcia będą za 40 minut.
g. 9.10 – wracamy do hotelu. W pokoju znajdujemy jakiś informator z niewielką mapą Sarajewa. Szukamy ulicy Dola, gdzie pod 13 mieści się polska ambasada. Na szczęście niedaleko.
g. 9.40 – odbieramy zdjęcia.
g. 10.15 – stawiamy się w ambasadzie. Liczyłem na bardziej reprezentacyjną ulicę, ale pociesza mnie, że niedaleko jest ambasada brytyjska, więc pewnie taki standard (otóż nie, ambasady norweska i szwedzka są w jednym budynku na reprezentacyjnym deptaku Sarajewa).
g. 10.45 – kończymy wypełnianie wniosków, podań itp.
g. 10.50 – prosimy o szklankę wody. Na taką pomoc konsularną możemy liczyć, zwłaszcza że pani Agata z ambasady już nas zidentyfikowała w bazie danych. Czekamy na wyrobienie paszportów.
g. 12.00 – tymczasowe paszporty gotowe. Dzwonimy z ambasady do ojca, podajemy numer paszportu, może iść do banku. A my ruszamy na policję z zamiarem spisania zeznania. Jakie szczęście, że to tylko dwie ulice dalej.
g. 12.15 – dyżurny policjant zna angielski gorzej ode mnie, choć to trudne. Długo szuka w książce naszego wczorajszego zgłoszenia. Znajduje, ale i tak nas nie wpuści do inspektora, bo nie mamy tłumacza. Dzwonimy do ambasady. Dostajemy numer do pani Irminy. Pani Irmina jest chora. Dostajemy drugi numer, ale się nie zgłasza. W laptopie pojawia się informacja, że Hyundai chciałby znać numer VIN naszego auta. Piszę do mojego serwisu w Olsztynie z prośbą o ten numer. I do przyjaciół w Polsce, by zadzwonili do serwisu, że mają maila (bo przecież mogą go przeczytać dopiero za tydzień...).
g. 13.30 – wracamy do hotelu. Na Facebooku informacja od ojca z kodem Western Union. Pędzimy po pieniądze. Cywilizacja działa, już w drugim napotkanym banku odbieramy pieniądze. Jakże zmienia to naszą sytuację... Możemy: kupić wodę, coś zjeść, skorzystać z toalety, zapłacić za szybę, wynająć tłumacza, zapłacić za nocleg, co tylko chcemy. Pieniądze szczęścia nie dają, ale dziś ta zasada nie obowiązuje.
g. 14.30 – jesteśmy znów w hotelu i z dumą ogłaszamy, że kolejny punkt z naszej listy odhaczony. Teraz jeszcze tylko szyba i policja. Potrzebny nam ktoś, kto dobrze skomunikuje nas z serwisem i będzie rozmawiał z policją. Nie mogąc liczyć na polskich tłumaczy, stawiamy na chłopaka z hotelu, który zna angielski i nas rozumie. Żeby się lepiej nam współpracowało przedstawiamy się. Amer. Robert. Anita.
Amer sprawnie ustala wszystko z serwisem (w międzyczasie z Olsztyna przychodzi mail z numerem VIN).
g. 14.50 – ruszamy samochodem bez bocznej szyby przez całe miasto. Po drodze mijamy stadion olimpijski Kosevo. To nie ma znaczenia dla tej opowieści, ale ją mam nadzieję ubarwia...
g. 15.20 – serwis Hyundaia to jakiś inny świat. Enklawa w morzu tych oldskulowych sarajewskich klimatów. Pani z recepcji podaje nam kawę, ja podaję paszport. Pan niesie szybę... Wznawiamy korespondencję via FB z całym przychylnym nam światem.
g. 16.30 – lżejsi o 195 marek (400 zł) i ciężsi o nową szybę ruszamy ponownie do hotelu.
g. 17.00 – w hotelu meldujemy wykonanie kolejnego zadania, czyli że mamy szybę. Umawiamy się z Amerem, że ruszamy na policję o 17.50 i idziemy coś zjeść. Szybko i tanio, czyli jak to w Sarajewie. Potężna porcja ćevapi, czyli ćevapčići za 6 marek (12 złotych).
g. 17.50 – idziemy na policję. O 18.00 zaczyna dyżur wczorajsza policjantka z angielskim. Uśmiecha się na nasz widok, nie jest źle. Zaczyna się jednak mordęga z inspektorem, który nie ma dla nas ciągle czasu. Nie ma dla nas i dla kolejnych okradzionych interesantów, np. z Norwegii. To jest normalnie taśmociąg – co chwila na posterunek Stari Grad wchodzi jakiś okradziony cudzoziemiec. My, już ponad dobę mający status okradzionych, patrzymy z pobłażaniem na nowicjuszy, sądzących, że są wyjątkowi i dostaną paszporty na poduszkach, a raporty w zębach.
g. 18.40 – Amer musi nas opuścić na kilkanaście minut (żeby dokończyć sprawy w hotelu), ale już zdążyliśmy się zakolegować i ustalić najważniejsze – że ma dziewczynę rodem z Wilna i że po wszystkim idziemy wspólnie na kolację
g. 19.10 – wraca Amer ze swoją dziewczyną. Toczy się fajna rozmowa – o Bośni, o Wilnie, o życiu, o śmierci...
g. 19.30 – podejmuje nas inspektor. Spisujemy to wszystko, co nam zginęło, chociaż facet chciałby najwyraźniej odesłać nas na jutro. Może mu się nie chce, a może wypisał mu się długopis (gdzieżby, używa komputera...). Udaje się nam go przekonać, że musimy wyjechać o 7.00 rano.
g. 19.40 – raport sporządzony, ale musi nabrać jakiejś mocy urzędowej, czyli szukają odpowiednio ważnej pieczątki. Mamy czekać pół godziny. Czekamy, integrujemy się z okradzionymi Wikingami, którzy oczywiście mylą Poland z Holand. Wybaczamy Finom. Przepraszam – Norwegom.
g. 20.20 – pół godziny trwa 40 minut, ale są protokoły. Czytam (zawsze czytam zanim podpiszę). Cóż z tego, że po bośniacku. Się śpiewa, się czyta.
g. 20.45 – lądujemy z naszym pomocnikiem i jego czarnooką przyjaciółką Eglutė w restauracji Maroko przy hotelu Europa w Sarajewie. Należy się takie podziękowanie za pomoc i poświęcony czas.
Prawie dwie godziny cudownej rozmowy przy stekach, zupach, deserach. Jest o czym mówić. Eglutė pochodzi z Wilna, skąd przecież i nasze korzenie. I tak siedzieliśmy przy stole – dwoje Polaków szczęśliwych, że już po wszystkim, Bośniak zadowolony, że mógł pomóc oraz Litwinka uradowana, że spędza wieczór z ukochanym, bo sporo się przez nas naczekała (ale wyrzutów żadnych nie było). Troje Słowian i przedstawicielka Bałtów. Chrześcijanie i muzułmanin. Można? Można!
Kolacja bez kompromisów dla czterech osób w najlepszym sarajewskim hotelu kosztowała mniej, niż ta nieszczęsna szyba. To tanie i niezwykłe miasto. Warto odwiedzić. Cała ta przygoda nie zmienia mojego podejścia ani do Bośni, ani do Bośniaków. Lubię i szanuję. Jak każdy naród.

poniedziałek, 16 września 2013

Od Adriatyku po Sarajewo (08)

Mistrzostwo logistyki – załatwić w jeden dzień w Sarajewie zdjęcia paszportowe, nowe paszporty, kasę z Polski, wstawić szybę w samochodzie, znaleźć tłumacza, dogadać się z bośniacką policją. Nadal lubimy ten kraj i to miasto, a przede wszystkim ludzi. Nasz tłumacz będzie już naszym bośniackim przyjacielem do końca życia :) Dzięki, Amer!

niedziela, 15 września 2013

Dwa strzały, sto milionów zabitych

Zamachy były w zasadzie dwa. Pierwszy, nieudany, przy moście Ćumurija. Dopiero co 28 czerwca 1914 roku arcyksiążę Ferdynand przyjechał pociągiem do Sarajewa, przesiadł się do samochodu, a już Nedeljko Čabrinović rzucił granat w kierunku pojazdu. Następca tronu jednak szczęśliwie ocalał.


Nienaruszona para książęca pojechała do sarajewskiego ratusza, gdzie spędziła kilka czy kilkanaście minut.


Z ratusza książę Ferdynand wraz z towarzyszącą mu Zofią von Chotek ruszyli ponownie ulicą wzdłuż rzeki. Dziś jest to Obala (czyli nabrzeże) Kulina Bana, jednego z największych bośniackich władców, panującego pod koniec XII wieku.


Po kilku minutach przejeżdżali w pobliżu mostu Łacińskiego (Latinska ćuprija).


Tak to miejsce wyglądało sto lat temu.


A tak wygląda dziś. Samochód nadjeżdżał z prawej strony, skręcał w prawo na wysokości mostu w obecną ulicę Zelenih Beretki.


Dość przypadkowo znalazł się tam Gawriło Princip, jeden z kilku zamachowców, którzy tego dnia kręcili się na trasie przejazdu książęcej pary z zamiarem zabicia austro-węgierskiego następcy tronu.


Znalazł się i zrobił to, co kazało mu młode patriotyczne serbskie serce. Czy strzeliłby, gdyby wiedział, że przyczyni się do wybuchu wojny światowej, która po dwóch dekadach będzie miała dogrywkę i w których łącznie zginie może i sto milionów osób, a za sto lat i tak Serbia będzie aspirowała do wejścia do jednego organizmu polityczno-gospodarczego z Austrią, Węgrami, Niemcami, ale z dala od Rosji?


Serbia faktycznie chciałaby wejść do Unii Europejskiej, ale ma problem ze swoim nacjonalizmem. Princip to dla Serbów bohater narodowy, w czasach zdominowanej przez nich Jugosławii most Łaciński, w pobliżu którego miał miejsce zamach, nazywał się mostem Principa. Dzisiejsze obchody setnej rocznicy zamachu w Sarajewie Serbowie zbojkotowali. W serbskich enklawach Bośni i Hercegowiny zorganizowali sobie własne, odsłaniając pomnik Principa.
Serbskie jest m.in. miasto Trebinje (w Republice Serbskiej, nie mylić z państwem Serbia). Napotkałem tu w zeszłym roku taki napis:


To graffiti jest efektem walki na hasła między nacjonalistycznie nastawionymi Chorwatami i Serbami. Hasło chorwackich Ustaszów w czasie II wojny światowej brzmiało (podajmy je cyrylicą, bo skierowane było do używających tego alfabetu Serbów) „Cрбе на врбе”, czyli „Wiś Serbie na wierzbie”. Serbska odpowiedź: „Нема врба колико има Срба” („Nie znajdzie się wierzba, która ima się Serba). Chorwackie rozwinięcie: „Нема врба колико има Срба, нема везе - може и на брезе”, co pozwolę sobie przetłumaczyć „Nie znajdzie się wierzba, która ima się Serba? To żadna zgroza, może być i brzoza”. I tak się chłopcy bawią... A rok 1389 to oczywiście przypomnienie bitwy na Kosowym Polu.

Papuga architektury

Jugosławia, początek lat 80. Tito już nie żyje, końca komunizmu jeszcze nie widać, na horyzoncie Igrzyska Olimpijskie w Sarajewie. W takich okolicznościach w samym środku orientalnego miasta staje budynek, który nie ma nic wspólnego z jego tradycyjną architekturą. Ludność ochrzciła go Papagajką, czyli Papugą.


Na sarajewską Papagajkę trafiliśmy przypadkiem, w drodze do Synagogi Aszkenazyjskiej. Budynek niczym sen wariata, niczym nieudana wprawka młodego Gaudiego, niczym budowla, która powinna spaść z socjalistycznego planu, ale wręcz przeciwnie – została oddana przed terminem. Za wyraz artystyczny odpowiada architekt Mladen Gvozden.


Wejście od strony ulicy Hamdije Kreśevljakovića.


Widok od strony rzeki Miljacka.


Od Adriatyku po Sarajewo (07)

Poznałem ich po czerwonym samochodzie. Niestety, za późno. Kogo? Sarajewskich złodziei. Nie przestanę lubić Bośni i Bośniaków. To mili ludzie. Tych dwóch w czerwonym samochodzie nie licząc.

sobota, 14 września 2013

Oficjalny bohater

Dekomunizacja w Bośni i Hercegowinie to chyba pieśń przyszłości. W centrum Sarajewa, pomiędzy ulicą Muhameda Kantardžića a placem Wyzwolenia (plac ma jeszcze jednego patrona, jest nim Alija Izetbegović, pierwszy prezydent BiH) stoi popiersie komunistycznego działacza Veselina Maslešy. Masleša przed wojną zaczął działać w Komunistycznej Partii Jugosławii, od 1941 roku w jugosłowiańskiej partyzantce. Utonął 14 czerwca 1943 roku w Sutjesce, wydostając się z niemieckiego okrążenia.


Pomnik nie jest jakoś szczególnie zadbany, ale zupełnie nie podejmuję się zrozumieć, czy Masleša jest ciągle dla Bośniaków prawdziwym bohaterem narodowym (pewnie jednak jest), czy tylko szanują decyzję Prezydium Zgromadzenia Narodowego Republiki Federalnej Jugosławii z 20 grudnia 1951 roku, kiedy został oficjalnie uznany za bohatera narodowego.

Bośniackie palce lizać

Pierwsze starcie z kuchnią bośniacką w restauracji w okolicach Żegulja, gdzieś w górach na pograniczu Republiki Serbskiej (nie mylić z państwem Serbia) i Federacji Bośni i Hercegowiny (nie mylić z państwem Bośnia i Hercegowina). Cennik wiele obiecuje.


Z tego cennika na stół wjechała koźlęcina gotowana...


... oraz koźlęcina pieczona. Nie wiadomo, co straszniejsze. Koźlęcina przykładowo wygląda jak porąbana szablą osmańską.


Mniej ekstremalne przeżycia w Mostarze. Zupa pomidorowa w restauracji pod Starym Mostem.


Druga zupa pod mostem, czyli ćorba. Tylko z czego ta ćorba?


Na deser pod mostem baklava.


Do baklawy, ciągle pod mostem, bosanska kahva, znana też jako turska kahva.


W Sarajewie podstawa to usiąść na Baśćarśiji.


Na Baśćarśiji podstawa to znaleźć slastićarnę, czyli cukiernię.


W slastićarnej podstawa to zjeść coś słodkiego.


Na drugą nóżkę.


Nie samym słodkim żyje człowiek. Na Baśćarśiji co krok buregdżinica.


Albo ćevabdżinica.


A w buregdżinicach – bureki.


A w ćevabdżinicach – ćevapćići. Z surową cebulką.


Ewentualnie pljeskavice z kajmakiem.


Smacznego. Prijatno! Uživajte!

Płomień ponad podziałami

Sarajewski Wieczny Płomień miał przerwę w swej wieczności. Zgasł w czasie oblężenia miasta (1992-1996). Zabrakło gazu.


Vječna Vatra została rozpalona 6 kwietnia 1946 roku, w pierwszą rocznicę wyzwolenia Sarajewa spod niemieckiej okupacji.


Ogień upamiętnia cywilów i żołnierzy poległych w czasie II wojny światowej. Wszystkich trzech narodów Bośni i Hercegowiny, czyli Serbów, Chorwatów i Muzułmanów (Boszniaków).


Przy ogniu nie ma honorowej warty...


Płonie pod budynkiem dawnego hotelu Grand na rogu ulicy marszałka Tito i ulicy Ferhadia.

Co ćmi gąsienica

Po całym tym zwiedzaniu warto się czasem zrelaksować. Na przykład w barze z nargilą, bardziej znaną w naszym kraju jako szisza. Tak na fajkę wodną mówią m.in. w Egipcie, Tunezji i Maroko, czyli od razu wiadomo, gdzie Polacy spędzają wakacje. Na Bałkanach, a na pewno w Bośni i Hercegowinie, zapraszają bary z nargilą. Choćby ten Damask Nargila Bar przy ulicy Saraći w Sarajewie.


No więc po kolei. Tu się grzeją węgielki.


Przychodzi pan, wyciąga węgielki...


... i umieszcza je w fajce wodnej. Te zielone i niebieskie po bokach to nie cukierki.


To jednorazowe ustniki. Higiena to podstawa.


Ustnik przed aplikacją.


Ustnik po aplikacji.


Ustnik w użyciu.


Jak widać, nargila to w Sarajewie rozrywka młodzieżowa.


Ale nas nie wyrzucili.


Ciekawe, co by zrobili, gdyby zajarać przyszła gąsienica. W Ameryce mówią na to hookah. Brzmi po indiańsku, ale to słowo pochodzi raczej z Indii.

Od Adriatyku po Sarajewo (06)

Gdy przed Meczetem Cesarskim w Sarajewie zobaczyłem dziś sznur samochodów, a przy wejściu kilku facetów w garniturach, od razu pomyślałem, że albo ślub, albo pogrzeb. Pogrzeb odpadał, bo miny radosne. Szczęść Allah młodej parze :)


piątek, 13 września 2013

Wszystkie drogi prowadzą nad morze

Tak jak niektórzy w Polsce głęboko wierzą, że Krzysztof Kolumb był Polakiem, tak niektórzy Chorwaci są święcie przekonani, że Marco Polo urodził się w Korčuli. I to w czasie, gdy miasto było niepodległe, niezależne chwilowo od Republiki Weneckiej.


Korčula to główne miasto wyspy o tej samej nazwie. Na Korčulę można dostać się na dwa sposoby, ale bez promu się nie obędzie. Dłuższa droga morska prowadzi z Rijeki, ze Splitu, z Dubrownika – jak kto woli. Jak ktoś cierpli na chorobę morską, jedzie za bośniacki przesmyk, z drogi nr 8 skręca w prawo w drogę 414 i wjeżdża na półwysep Pelješac. Po kilkudziesięciu krętych i malowniczych kilometrach dojeżdża do miejscowości Orebić, gdzie już czeka na nas usłużna Jadrolinija.


Płynie się około 20 minut. W sam raz, żeby zdążyć się zachwycić i nie zdążyć się znudzić (o nudnościach nie wspominając).


A jest się czym zachwycać. Miasto od strony morza można pomylić z Dubrownikiem. Nie bez powodu mówią o Korčuli, że to mały Dubrownik.


Więc po tych 20 minutach dopływamy na Korčulę, ale nie do Korčuli. Prom przybija do miejscowości Dominče, skąd do głównego miasta jest jeszcze kilometr lub dwa. Najlepsze miejsca parkingowe są w porcie. Stamtąd kilka minut do XIV-wiecznej bramy Veliki Revelin, którą wchodzi się do zabytkowej części miasta.


Veliki Revelin równie korzystnie prezentuje się od strony miasta, na placu Antuna i Stjepana Radićów (chorwackich polityków z przełomu XIX i XX wieku).


Zaraz za bramą znajduje się kościół św. Michała z 1603 roku. Mały, jak małe jest miasto.


Następnie idzie się ulicą Korćulanska Statua 1214, upamiętniającą wydarzenia sprzed 800 lat, gdy miasto uwolniło się spod panowania weneckiego i otrzymało własny statut prawny. Na krótko, bo w 1256 roku znów weszło w skład weneckiego imperium.


Tym sposobem docieramy do placu św. Marka (zupełnie jak w Wenecji...). Pierwszy kościół po lewej stronie to kościół Matki Bożej (crkva Gospojine).


Po prawej stronie placu mamy natomiast Pałac Opatów.


Z lewej strony Pałacu Opatów widzimy katedrę św. Marka z XV wieku.


Z tyłu katedry św. Marka znajduje się malutki kościół św. Piotra. Pochodzi z XI wieku, ale obecną formę przybrał w XVI wieku.


Wnętrze kościoła św. Piotra zdominowały figury apostołów.


W końcu docieramy do biegnącej w stronę morza uliczki Depolo, przy której podobno urodził się Marco Polo.


A skoro Polo przyszedł na świat w 1254 roku, to znaczy, że urodził się w czasie, gdy Korćula była wolnym miastem. Po cichu, żeby nie odbierać radości Chorwatom, umówmy się jednak, że urodził się raczej w Wenecji.


Ku morzu biegnie nie tylko ulica Depolo. W zasadzie wszystkie ulice biegną ku morzu, np. dr. Dinka Mirośevića.


Sąsiednia ulica Rafa Arneri. Znajdź 10 różnic z ulicą Mirośevića.


Skoro wszystkie drogi prowadzą nad morze, to docieramy na Śetaliśte Petra Kanavelića. Tu można zjeść. Można, jeśli znudzony kelner zapamięta zlecenie. Jak nie zapamięta, to potem obrażony nie chce pieniędzy. Proszę bardzo, nic na siłę.


I prawie na końcu baszta Zakerjan. Stąd już można tylko wracać.


A jak się nie chce wracać, to można się pogapić na prom.