piątek, 25 kwietnia 2014

Pani minister śpiewa

Na insynuacje opozycji, że w Polsce się fałszuje, premier odpowiedział śpiewająco. Jego wykonanie „Hey Jude” raczej na listy przebojów nie wskoczy, ale chyba nikt nie zaprzeczy, że lepiej fałszować przy śpiewaniu, niż przy urnach wyborczych. Może świat byłby zresztą lepszy, gdybyśmy politykę uprawiali z pieśnią na ustach. Skoro już Donald Tusk dał dobry przykład i postawił na Beatlesów, to jego ministrowie w zaciszu gabinetów ćwiczą zapewne swoje wersje przebojów liverpoolskiej czwórki.
Minister rolnictwa i rozwoju wsi waha się między „Strawberry Fields Forever” i „Piggies”, ale coś czuję, że wybierze raczej świnki, niż truskawki. Szef resortu pracy i polityki społecznej jeszcze kilka lat temu nuciłby może „When I'm Sixty Four”, lecz po podniesieniu wieku emerytalnego do 67 lat chodzi mu po głowie „Eight Days a Week”. Czyli gotujmy się na pracę osiem dni w tygodniu... Minister zdrowia ma najprościej. Na wszystkie bolączki wypisuje recepty z pieczątką „Doctor Robert” i jak ręką odjął. Minister transportu, budownictwa i gospodarki morskiej od rana na cały głos ćwiczy „Yellow Submarine” i nikt już nie powie, że Polska da się odepchnąć od morza.
Nie wiadomo, co śpiewa się w ministerstwie spraw zagranicznych, bo to jednak sfera wymagająca dyskrecji. Opozycja wytropiła, że „Back In The U.S.S.R.”, ale to podobno z radia leciało. Na korytarzach ministerstwa finansów urzędnicy niższego szczebla potajemnie podśpiewują „You Never Give Me Your Money”, ale oficjalne odprawy u szefa zaczyna i kończy z urzędowym optymizmem „Taxman”. Pełnomocnik rządu ds. równego traktowania sięga, w drodze wyjątku, a jakże, po piosenkę Lennona. Nucąc „Woman Is the Nigger of the World” przy słowie na „n” na wszelki wypadek z poprawności politycznej ścisza głos.
W ministerstwie obrony narodowej się nie śpiewa. Orkiestry dęte od lat ćwiczą „Pierwszą Brygadę” i ani myślą wciągać do repertuaru „Help!”.

(mój felieton z dzisiejszej "Gazety Olsztyńskiej")