niedziela, 20 kwietnia 2014

Stynki ekranizowane

W „Fali”, kinie mojego giżyckiego dzieciństwa, filmów nie wyświetla się od kilku lat, nawet nie wiem od kiedy. I nie wiem też, kiedy znów to nastąpi. A podobno ma nastąpić. Z pobliską restauracją „Ekran”, noszącą tę nazwę z pewnością nieprzypadkowo, sytuacja wyjaśniła się kilkanaście dni temu. Po wielu latach znów można zjeść na placu Grunwaldzkim krem sułtański, podobno za Gierka kultowy.


Kremu nie spróbowałem, ale spędzając wczorajszy wieczór w towarzystwie trzech miłych dziewczyn (zazdrośćcie mi) przetestowaliśmy podpłomyk z pastą serbską, podpłomyk z kozim serem, stynki z sosem czosnkowym, sałatkę z wędzonym łososiem i obowiązkowo cevapcici, skoro to restauracja z menu m.in. serbskim. Cevapcici poprawne, ale z samej wołowiny, więc jeśli ktoś chce poczuć to, co podają na Bałkanach, powinien sięgnąć raczej po wołowo-jagnięcy gurman. Mówię w ciemno, nie próbowałem. Drugie oblicze restauracji to kuchnia norweska. Nie wiem, czy stynki to niej należą, ale były niezłe.


Przez prawie cztery godziny testowaliśmy też Wojtka Kozikowskiego, gitarzystę, który potrafi zagrać wszystko i odnajduje się w każdym repertuarze.


Zaczął od melodii z „Łowcy jeleni”, było też klasyczne „Asturias” (Isaac Albéniz), które przypomniało mi Alhambrę, utwory Led Zeppelin, Beatlesów, Dżemu, Claptona, Elektrycznych Gitar, Starego Dobrego Małżeństwa, a nawet Jurka Porębskiego.


W te wieczory, gdy nikt nie gra, część artystyczną zapewniają fotosy filmowe na ścianach. Zabawa w rozpoznawanie zupełnie niewspółczesnych gwiazd pyszna jak tutejsza kuchnia.