piątek, 4 kwietnia 2014

Współczucie dla Jaggera

Mam nadzieję, że umrę, zanim się zestarzeję. To nie ja, to Roger Daltrey. Zresztą nie wiem, czy nie za późno na takie deklaracje... Co innego wokalista rockowego zespołu. Ile lat można śpiewać takie kuszące los zdanie, ni to prowokując, ni to wieszcząc? Jeśli szczerze, to choćby i pół wieku. Daltrey, gdy to wykrzykiwał, miał ledwie 21 lat i perspektywa zestarzenia się była dla niego równie abstrakcyjna, jak dla dzisiejszych nastolatków rozważania typu ZUS czy OFE. Ja z trzyliterowych wyrazów wybieram na razie The Who, bo póki koncertują, a podobno ruszają w ostatnią trasę, lata sześćdziesiąte jeszcze nie umarły. Nawet jeśli trochę się zestarzały, to ciągle mają na nas wpływ. Wszyscy jesteśmy dziećmi tamtych lat miłości, także te dzieciaki, które w środę wieczorem przypadkowo usłyszałem, jak wrzeszczały na koncercie jakiejś popowej angielskiej gwiazdki. Bez lat sześćdziesiątych wymyślony dekadę wcześniej rock and roll byłby tylko ciekawostką, jak nie przymierzając charleston.
Szczerze współczuję dzisiejszym gwiazdom, że raczej nie mają szans na przejście do historii. Wszyscy (no, może prawie wszyscy) współcześni wokaliści technicznie śpiewają zazwyczaj o niebo lepiej, niż ich ojcowie i dziadkowie. W co drugim zespole jest gitarzysta, który potrafi zagrać jak Hendrix. A nawet szybciej, czyściej, dokładniej. Ale nie zrobią rewolucji w kulturze, która była udziałem ich poprzedników. Nie przejdą od etapu drażnienia długością włosów do etapu drażnienia twórczością. Ktoś już za nich tę drogę przebył. Choćby Mick Jagger, który cudownie przeniesiony z 1964 do 2014 roku odpadłby w przedbiegach do dowolnego programu typu talent show.

(mój felieton z dzisiejszej "Gazety Olsztyńskiej")