środa, 30 lipca 2014

Sytuacja taka - podglądam Dyjaka

Czułem się dziś, jakbym oglądał człowieka w intymnej sytuacji. Marek Dyjak nazywa się ten człowiek. Nie zaśpiewał zbyt wielu piosenek, mam lekki niedosyt. Czyli popyt został wywołany, będę jeszcze chciał kiedyś podglądać jego emocje.


Wystąpił z naprawdę dobrym zespołem. Całe minuty trzeba było czekać, żeby coś zaśpiewał, ale nie były to minuty stracone.


Marek Tarnowski - pianino, akordeon.


Jerzy Małek - trąbka.


Michał Jaros - kontrabas.


Arek Stolik - perkusja.


Połowa z dzisiejszego repertuaru:


Kącik księgowego:

niedziela, 27 lipca 2014

Ciągle nas wołają

Widownia z entuzjazmem przyjęła wszystkie piosenki Czesława Niemena (ciekawe jak będzie, gdy w najbliższy piątek zabrzmią w tym samym miejscu utwory z „Terra Deflorata”), ale w popłochu ruszyła w kierunku wyjść amfiteatru, gdy zabrzmiał „Układ sił” Republiki. Nie powstrzymały jej nawet wygodne poduszki. Wcześniej ta sama publiczność przemieściła się chyżo z innego, właśnie zakończonego koncertu na scenie staromiejskiej. Taki los darmowych imprez. Nigdy nie wiadomo, kto przyjdzie i po co.


Podobno nie sposób wejść dwa razy do takiej samej rzeki. Facet, który to wykombinował, nie żyje dwa i pół tysiąca lat, ale jego przesłanie jest ciągle aktualne. Koncert „Gdy kiedyś znów zawołam cię” już się kiedyś odbył, więc gdy dziś znów weszliśmy do tej rzeki, była inna. Cokolwiek szersza. Szerokość tę nawet da się zmierzyć liczbą zaprezentowanych utworów. Proszę bardzo, oto 28 magicznych momentów, czyli Kronika Wypadków Muzycznych.


Zespół Stare Drobne Małże, gospodarz dzisiejszego wieczoru, zaczął, co jest niejakim alibi dla jego nazwy, od „Nie rozdziobią nas kruki” (słowa Edward Stachura, muzyka Jerzy Satanowski). Wczoraj słuchałem tej piosenki na innym koncercie.


Na drugą nóżkę „Wspomnienie” (słowa Julian Tuwim, muzyka Marek Sart). Jedna z trzech piosenek Czesława Niemena na dzisiejszym koncercie. „Wspomnienie” rozbrzmiewa w tym amfiteatrze co najmniej raz do roku, na pewno usłyszymy je w piątek, mimo że tegoroczny koncert na Dzień Niemena zapowiadany jest jako prezentujący mniej znaną twarz artysty (czyli wspomniana już „Terra Deflorata” lub „Spodchmurykapelusza”).


Papużką nierozłączką „Wspomnienia” jest utwór „Pod papugami” (słowa Bogusław Chiński i Jan Gałkowski, muzyka Mateusz Święcicki).


I jeszcze raz Sted. „Życie to nie teatr” (słowa Edward Stachura, muzyka Jerzy Satanowski). Tej piosenki też wczoraj słuchałem na innym koncercie.


Pora na pierwszego solistę spoza zespołu. Na pożarcie lwom rzucili młodego. Bartek Czarnecki z całkiem nowoczesnego zespołu Messa (pamiętam świetny, choć krótki koncert na ubiegłorocznym Pożegnaniu Lata z „Gazetą Olsztyńską”) zaśpiewał całkiem nienowoczesną piosenkę Roya Orbisona „You Got It” (słowa i muzyka Jeff Lynne, Roy Orbison i Tom Petty). W dodatku z pełnym szacunkiem dla artysty, zero parodiowania.


Trzeci i ostatni Niemen dzisiejszego wieczoru. Alicja Golubiewska (niegdyś Los VaticanEros) przypomniała „Sen o Warszawie” (słowa Marek Gaszyński, muzyka Czesław Niemen).


Kiedyś tę piosenkę Doorsów śpiewał Sikor w Zarazie, pamiętam akustyczny koncert w Okopie. Dziś z „Take It As It Comes” (słowa Jim Morrison, muzyka The Doors) zmierzył się Jarosław Typa (Niskopędzi). Zmierzałem się kiedyś i ja...


Włodek Kuper z Horpyny udanie podszedł do klasyki klasyki, czyli „Kiedy byłem małym chłopcem” Breakoutów (słowa Bogdan Loebl, muzyka Tadeusz Nalepa).


Umówmy się, że tylko Piotr Sikorski był w stanie udźwignąć ciężar legendy Elvisa Presleya. „Always on My Mind” (słowa i muzyka Wayne Carson, Johnny Christopher i Mark James). Tylko nie może odnaleźć sceny...


Basia Raduszkiewicz ocaliła od zapomnienia dwie piosenki Marka Grechuty. Najpierw „Ocalić od zapomnienia” (słowa Konstanty Ildefons Gałczyński, muzyka Marek Grechuta).


Na scenę wrócił Tomasz Kluz i wypoczęty rzucił się na „Nie widzę ciebie w swych marzeniach” Skaldów (słowa Leszek Aleksander Moczulski, muzyka Andrzej Zieliński). Koncert miał przypominać piosenki artystów nieobecnych już z nami, ale, o ile wiem, wszyscy związani z tą piosenką żyją (i poeta Moczulski, i bracia Zielińscy, i Stanisław Wenglorz, śpiewający ten świetny utwór ze Skaldami, którzy też zresztą żyją i 13 września wystąpią w Olszynie, co mnie martwi, bo chyba nie zdążę na ten koncert).


Do tej pory mieliśmy serię trzęsień ziemi, a od tego momentu napięcie zaczęło rosnąć. „Little Wing” (słowa i muzyka Jimi Hendrix). Tłumaczyło się.


Alicja Golubiewska powróciła z piosenką „Tyle słońca w całym mieście” (słowa Janusz Kondratowicz, muzyka Jarosław Kukulski”. Nie żyje oryginalna wykonawczyni, czyli Anna Jantar, nie żyją obaj twórcy tej piosenki. Janusz Kondratowicz, który dał polskiej piosence tyle pięknych tekstów, w tym ten, tytułujący dzisiejszy koncert, zmarł 25 dni temu.


Tego przypadkowa publiczność mogła nie wytrzymać. Jarosław Typa śpiewający „Układ sił” Republiki (słowa Grzegorz Ciechowski, muzyka Sławomir Ciesielski). No, przebój to nie jest. Mnie się podobało.


Cezary Biedulski (zespół Korzuh) podczas kwietniowej edycji koncertu zaśpiewał jedną piosenkę Queen, dziś dwie. Najpierw „I Want to Break Free” (słowa i muzyka John Deacon).


Chwilę potem „We Will Rock You” (słowa i muzyka Brian May). Tłumaczyło się.


I znów na scenie Włodek Kuper. „Sen o Victorii” Dżemu (słowa Ryszard Riedel, muzyka Paweł Berger). Właśnie mija 20 lat od śmierci Ryśka...


I jeszcze raz Bartek Czarnecki, tym razem z utworem Grzegorza Ciechowskiego. Miałem obawy, czy „Tak... Tak... to ja” to nie za poważna piosenka dla młodego człowieka, ale niepotrzebnie.


Marta Andrzejczyk zaśpiewała „Wymyśliłem ciebie” Dżambli (słowa Adam Kawa, muzyka Jerzy Horwath). Świetnie napisana piosenka, świetnie zaśpiewana ponad 40 lat temu przez Andrzeja Zauchę i świetnie wykonana dziś. I smutna konstatacja – Andrzeja Zauchę jako człowieka zabił Yves Goulais, ale jako artystę w naszej świadomości niejaki „Czarny Alibaba”.


Basia Raduszkiewicz ponownie z piosenką z repertuaru Marka Grechuty – „Będziesz moją panią” (słowa i muzyka Marek Grechuta).


Kolejny raz na scenie Sikor. Tym razem „Touch Me” Doorsów (słowa i muzyka Robbie Krieger). Sikor dotknięty jest talentem i ADHD, a publiczność dotknięta jest Sikorem.


Do śpiewania wrócił Tomasz Kluz. „Jaskółkę uwięzioną” (słowa Kazimierz Szemioth, muzyka Janusz Kępski) sześć tygodni temu miałem przyjemność wysłuchać w oryginale. A to na zdjęciu to nie jaskółka. To ślimak. Tzn. Elvis. Tzn. jednak nie Elvis.


„Night In White Satin” (słowa i muzyka Justin Hayward), czyli piękna piosenka The Moody Blues w niezłym wykonaniu. Tłumaczyło się.

Pierwszy z dzisiejszych duetów, czyli Basia Raduszkiewicz i Piotr Sikorski. „Czy te oczy mogą kłamać” (słowa Agnieszka Osiecka, muzyka Jan Pietrzak). Jakoś nigdy mi się te dwa nazwiska nie chcą obok siebie spokojnie ułożyć. Mam na myśli Osiecką i Pietrzaka, oczywiście.


Duet drugi – Marta Andrzejczyk i Tomasz Kluz. M.in. dla tej, zapowiadanej przed koncertem, piosenki przyszedłem dziś tutaj. „W żółtych płomieniach liści” (słowa Agnieszka Osiecka, muzyka Andrzej Zieliński), utwór, do którego śpiewania Skaldowie zaprosili Łucję Prus. Osiecka i Zieliński układają mi się jak najbardziej.


Tytułowa piosenka dzisiejszego koncertu, którą Big Day ma w swoim repertuarze prawie dwadzieścia lat. „Gdy kiedyś znów zawołam cię” (słowa Janusz Kondratowicz, muzyka Krzysztof Klenczon). Rewelacyjna wersja, podoba mi się od pierwszego usłyszenia w 1995 roku.


I do pary „Gdybyś kochał, hej” Breakoutów (słowa Jacek Grań, czyli Franciszek Walicki, muzyka Tadeusz Nalepa).


Czy któryś z rockandrollowców obecnych na scenie pomyślałby 20 czy 30 lat temu, że będzie się kiwał przy piosence Ireny Jarockiej? „Odpływają kawiarenki” (słowa Jerzy Kleyny, muzyka Wojciech Trzciński). To był wielki finał wielkiego koncertu.


Podobno jesienią trzecia odsłona „Gdy kiedyś znów zawołam cię”. No to się widzimy w co najmniej tak zacnym składzie.

sobota, 26 lipca 2014

Boski Satanowski

Na scenie kwiat polskiej piosenki aktorskiej, a rozentuzjazmowana publiczność co skanduje? „O-siń-ska! O-siń-ska!” Niczego nie ujmując rewelacyjnej przecież Dorocie Osińskiej, pozostaję w niepewności, czy to była grupka znajomych lub krewnych, czy raczej widzowie telewizyjnej Dwójki?
Do Prania wpadam raz na kilka lat. W tym roku do wizyty w Puszczy Piskiej skłonił mnie koncert piosenek Jerzego Satanowskiego, z którymi to piosenkami obcuję niewiele krócej, niż trwa jego z górą czterdziestoletnia twórczość. Pierwszy raz na żywo to był koncert Jacka Różańskiego we Fromborku na Stachuriadzie w 1986 roku. Rzecz działa się w fosie zamkowej, a artysta śpiewał do kilkutysięcznego tłumu bez mikrofonu, bo, jak głosi legenda, ktoś ukradł nagłośnienie (inna legenda mówi, że ktoś ukradł w nocy scenę i być może mylą mi się po latach te podania).


Dziś piosenki Jerzego Satanowskiego zaśpiewali (pozwolę sobie wymienić w kolejności jak na tym zdjęciu, od lewej): Joanna Lewandowska, Krystyna Tkacz, Magda Piotrowska, Arkadiusz Brykalski, Mirosław Czyżykiewicz, Jan Janga-Tomaszewski, Stanisława Celińska oraz Dorota Osińska. Akompaniował niemalże niewidoczny z mego miejsca zespół muzyczny pod kierunkiem Jacka Kity.


To był hurt. Teraz detal. Arkadiusz Brykalski, jedno z moich odkryć wieczoru:


Dorota Osińska, której nie trzeba odkrywać, jeśli się ma telewizor:


Krystyna Tkacz. Gdzie jest Ciapulek? Widziałem go dwa tygodnie temu w Warszawie w sztuce „Słoneczni chłopcy”. Krzysztof Kowalewski świetny, podobnie jak Krystyna Tkacz.


Jan Janga-Tomaszewski. Nikt nie podał szklanki cappuccino. Za gorąco. No dobra, wywalę tę żółć, a potem będę miły. W filmie „Zamknąć za sobą drzwi” (to z serii „07 zgłoś się”) gra drętwo, ale równie drętwo gra tam nawet Piotr Fronczewski (zupełnie niedrętwo, a wprost rewelacyjnie gra we wspomnianych przed chwilą „Słonecznych chłopcach”). Po prostu coś jest nie tak z tym filmem, nie winiłbym aktorów. Może złe dialogi, co mógłby ocenić Zdzisław Maklakiewicz, ale zmarł dziesięć lat wcześniej. Janga-Tomaszewski sprawdza się jako śpiewak, aktor, gitarzysta, autor. Brawo, będę się artyście przyglądał uważniej.


Joanna Lewandowska. Wiele bym dał, żeby mieć tyle pary w głosie. Międzynarodowy Konkurs Krzyku w Gołdapi wygrałaby śpiewająco.


Magda Piotrowska. Teraz już wiem, czemu nie lubię grzybów.


Mirosław Czyżykiewicz. Już nie zliczę, który to jego koncert, jaki miałem przyjemność oglądać.


Stanisława Celińska. Ogólnie czy w charakterze? Zdecydowanie w charakterze!


Jerzy Satanowski. Zebraliśmy się tu dziś z jego powodu. Dziękujemy.


Trzy z kilkunastu magicznych momentów dzisiejszego późnego popołudnia. Arkadiuszowi Brykalskiemu zalęgły się w domu insekty. Niczego sobie karaluchy.


Mieczysław Czyżykiewicz zaprosił na „Ulicę japońskiej wiśni” (muzyka, oczywiście Jerzy Satanowski, słowa Agnieszka Osiecka):


Konsylium pod wodzą Stanisławy Celińskiej odśpiewało nam taką oto receptę (którą wypisał Jan Wołek):

piątek, 25 lipca 2014

Imperialny dziadek

Bezkresne, zaśnieżone wiorsty stają mi przed oczami, gdy słucham rosyjskich kompozytorów. Wystarczy samo nazwisko, nie muszą rozbrzmiewać w uszach słynne rosyjskie symfonie, balety czy koncerty fortepianowe, żebym miał imperialne skojarzenia. Czajkowski, Prokofjew, Strawiński, Musorgski, Szostakowicz... Taki irracjonalny odruch na „Dziadka do orzechów”. Od razu myślę o caracie, białym lub czerwonym (to za Janem Kucharzewskim i jego słynną książką „Od białego caratu do czerwonego”). O radzieckich chórach wojskowych przemierzających kraj nad Wisłą nie wspominając.
Zupełnie inaczej kojarzą mi się rosyjscy pieśniarze, ze swymi siedmiostrunowymi gitarami (są kraje, gdzie wszystko musi być inne, a najlepiej większe). Z jednej strony widzę potężny Związek Radziecki z tysiącami głowic jądrowych, a z drugiej Okudżawę czy Wysockiego. Wydają się tacy niepozorni wobec imperium, że budzą automatyczną sympatię.
Nie jest winą twórców monumentalnych kompozycji, że ich ojczyzną była carska Rosja czy ZSRR. Odwołanie przez polski rząd Roku Polski w Rosji oraz Roku Rosji w Polsce nie oznacza zakazu słuchania Czajkowskiego i czytania Tołstoja, interesowania się rosyjskim baletem, malarstwem czy teatrem. Ten gest polskiego rządu sam w sobie jest mało znaczący. Bardziej symboliczne i dramatyczne jest to, że to jeden z największych gestów, jaki zrobiło do tej pory państwo unijne w proteście przeciwko rosyjskiej polityce wobec Ukrainy.
Właściwie do kogo ten gest jest skierowany? Do Putina czy do rosyjskich artystów, zakochanych w swym prezydencie? Do zachodnich polityków, cierpiących od lat na fascynację Rosją, będącą mieszaniną strachu i chęci robienia interesów czy do przyjaciół z Ukrainy? A może tylko na nasze wewnętrzne potrzeby polityczne?

(mój felieton z dzisiejszej "Gazety Olsztyńskiej")

sobota, 19 lipca 2014

Tu marudzella

Jeden z pierwszych swoich artykułów, a było to blisko trzydzieści lat temu, zatytułowałem „Tu malkontent”. Ja z tego wyrosłem, ale pojawił się Internet, a wraz z nim dzielni następcy. Najnowszy powód do marudzenia to otwarcie parku Centralnego.


Mieliby olsztyńscy grymaśnicy satysfakcję, gdyby dzisiejsze Olsztyńskie Śniadanie na Trawie oficjalnie inaugurujące park Centralny miało frekwencję jak poniżej, czyli tydzień temu, w dzień powszedni.


Dzisiejsze tłumy, przyznam, mile mnie zaskoczyły.


Zaskoczyły i ucieszyły, bo przecież imprezę organizowała „Gazeta Olsztyńska”.


Atrakcje piknikowe liczne. Idealnie w parkowej atmosferze zabrzmiała Pro Musica Antiqua.


Pro Musica Antiqua w utworze Edvarda Griega:


Pro Musica Antiqua w utworze Modesta Musorgskiego:


Na akordeonie czarował Dariusz Wiśniewski:


Tak czarował, że nasi fotoreporterzy wzięli go w kleszcze swych obiektywów. Z lewej Beata Szymańska, z prawej Bartek Cudnoch.


Prof. Geno Makowski wszedł w interakcję z kilkunastoma modelkami, a w powietrzu unosił się duch Édouarda Maneta.


Na trawie pisaliśmy też olsztyński kryminał (ujawnienie w poniedziałkowej „Gazecie Olsztyńskiej”).


Gdybym miał, mimo wszystko, uderzyć w tony malkontenckie, to wsiadam na swego ulubionego konika, czyli respekt dla prawa. Nie wiem, jakiego rzędu jest akt prawny wyrażony na tabliczce, ale kilkaset osób go nie przestrzega. Ja bym groźne słowo „zakaz” zamienił na „prośba”. A kwestii śmiecenia w ogóle nie poruszał.


A teraz z zupełnie innej bajki. Nikt nie marudził na przedstawieniu „Maruczella”, jaki na rynku Staromiejskim zaprezentował dziś wieczorem Teatr Nikoli z Krakowa.


Teatr krakowski, ale z korzeniami w Rosji i na Ukrainie. Założył go w 1990 roku w Kijowie pochodzący z Rosji Mikołaj Wiepriew. Po roku przeniósł swoją działalność do Polski. Od razu miałem skojarzenie z radziecką sztuką cyrkową.


Przedstawienie lekkie, łatwe i przyjemne, z włoskim motywem „Maruzzella”, czyli neapolitańską piosenką z 1954 roku wykonywaną przez Renato Carosone (słowa Carosone, muzyka Enzo Bonagura). Pojawiła się w filmie „Maruzzella” z 1956 roku. Z Maruzzelli zrobiła się Marucella, a z Marucelli Maruczella. Nie marudzić!


Jest i motyw meksykański. „Speedy Gonzales”, czyli piosenka o najszybszej na świecie myszy w najpopularniejszej wersji Pata Boona.


Teatr uliczny jest nieważny bez udziału publiczności (uwaga, nie siadać w pierwszym rzędzie). Scena z zazdrosnym kogutem. Niezła jaja.


Aktorzy Teatru Nikoli poszli odpoczywać, a w tym czasie zadania aktorskie przejęły dwie osoby z ulicznej widowni. Pan udaje Louisa Armstronga śpiewającego „La vie en rose” z repertuaru Édith Piaf, a pani udaje na gitarze, że gra na trąbce. Nie marudzić!


Najtrudniejsza widownia, czyli dzieci. Nie marudziła.