wtorek, 30 września 2014

A Lenda d el Rei D. Sebastião

Z zaśpiewaniem po portugalsku poczekałem na powrót z Lizbony.


Czy to oby na pewno po portugalsku?

Pierwszy obraz, jaki zobaczyłem po wejściu do Museu Nacional de Arte Antiga w Lizbonie to właśnie „Portret króla Sebastiana” (ok. 1572-1574, autor Cristóvão Alão de Morais).


Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

poniedziałek, 29 września 2014

Czy wiarygodny musi być głodny?

Robert Brylewski, jeden z pierwszych polskich punkowców z prawdziwego zdarzenia, pożalił się, że po kilkudziesięciu latach na scenie nie ma środków do życia. Brylewski i tak ma dobrze. Wprawdzie podobno nie ma czego do garnka włożyć, ale jest przynajmniej znany, choćby tylko w pewnych kręgach. O trudnej sytuacji finansowej tego muzyka mogło się dowiedzieć już pół Polski. Nawet jeśli faktycznie jest w finansowym dołku, to ma się z czego odbić. Ma dorobek artystyczny, ma znanych przyjaciół, ma w końcu talent, z którego może, i powinien, korzystać. Setkom tysięcy ludzi w Polsce (a nie jest to przecież jedynie polski problem), brakuje nie tylko do pierwszego, ale i tego potencjału, którym dysponuje Brylewski. No i wszyscy z nich nie przebiją się ze swoimi kłopotami na pierwsze strony gazet.
Co pewien czas powraca dyskusja, czy państwo powinno wydawać nasze wspólne (przecież innych nie ma) pieniądze na wspieranie kultury. Powinno tak samo, jak na wszystkie inne ważne dziedziny naszego życia. Z umiarem. Kolejka po publiczne pieniądze jest za duża (nie mówię, że stoi w niej akurat Brylewski), żeby dawać każdemu jak leci. I górnicy (ostatnio się uaktywnili), i rolnicy (ci zawsze), i artyści (od starożytności). A i tak w pierwszej kolejności dostają ci, którzy mają największą siłę przebicia. Tzn. mogą dać największą liczbę głosów w wyborach. Taka specyficzna forma demokracji pośredniej.

(mój felieton z dzisiejszej "Gazety Olsztyńskiej")

sobota, 27 września 2014

Blues z kaczką

Pomysł na udany wieczór? Trochę akustycznego bluesa oraz pieczona kaczka. Bluesa zapewniła dziś Sara Szymczak z zespołem M.A.B.S. (Sara Szymczak – śpiew, Mirosław Łoszewski – gitara i śpiew, Jacek Pikora – kontrabas). Kaczkę i inne frykasy restauracja Gardenia w Villi Pallas.


Kilkadziesiąt utworów z bardzo różnych półek i różnych epok (menu równie bogate, jak w restauracji). Wszystkie w charakterystycznym akustycznym aranżu z czystym głosem Sary Szymczak.


Co tam w programie? Z pamięci, m.in.: „Venus” (Shocking Blue), „Light My Fire” (The Doors), „Come Together” (The Beatles), „Rehab” (Amy Winehouse), „Byłaś serca biciem” (Andrzej Zaucha), „Moon Over Bourbon Street” (Sting), „Walking on the Moon” (The Police), „Nikt po tobie” (utwór własny), „St. Louis Blues” (W.C. Handy), „Summertime” (George Gershwin). Oraz „Fever” (najbardziej znane z wersji Elvisa Presleya):


Szacunek również dla gitarzysty.


Na kontrabasie się nie znam, ale podziwiam.

środa, 24 września 2014

Niemal jak ten blues

Tę piosenkę mógł w zasadzie napisać duet Nalepa-Loebl. Ale napisała inna para – Leonard Cohen i Patrick Leonard.


Cohen w niedzielę miał urodziny (osiemdziesiąte!), a we wtorek ukazała się jego płyta „Popular Problems”. To dopiero trzynasty studyjny album artysty, niewiele jak na prawie pół wieku kariery muzycznej (literacka jest o dekadę dłuższa). No, ale nie będziemy wypominać ilości, gdy interesuje nas jakość. Decyzję o przetłumaczeniu „Almost Like the Blues” podjąłem w połowie pierwszej zwrotki...

Już widziałem głodnych ludzi
I morderstwa, gwałty też
Wioski, które ogień budził
Próbowali uciec gdzieś
W oczy ich nie mogłem patrzeć
Wzrok przyciągał wciąż mój but
Było smutno i tragicznie
Było niemal jak ten blues
Było niemal jak ten blues

Śmierć mnie pociągała trochę
Szlak morderczych myśli znam
I gdy już skończyłem myśleć
Śmierć mnie pociągała tam
Tyle zbrodni w każdej chwili
Tyle o mnie cierpkich słów
Wojna, dzieci pogubili, Panie
To jest niemal jak ten blues
To jest niemal jak ten blues

Więc zmroziłem serce swoje
Żeby go nie toczył trąd
Żem wybrany, mówi ojciec
Matka mówi, że to błąd
I słuchałem ich historii
O Cyganach, Żydach znów
Były dobre, całkiem niezłe
Były niemal jak ten blues
Były niemal jak ten blues

Nie ma wcale Boga w niebie
Piekło też wymyślił ktoś
Tak mi mówił mój profesor
Że mam wiedzieć tylko to
Lecz mam w ręku zaproszenie
Dla grzesznika to jest mus
To jest niemal jak zbawienie
To jest niemal jak ten blues
To jest niemal jak ten blues
Niemal jak ten blues
Niemal jak ten blues
Olsztyn, 23-24.09.2014



Pozwalam sobie tłumaczyć Cohena tylko dlatego, że Ponury Magazynier nadal nie żyje...

***
Aneks z 25.05.2015, wersja z Ilpendam pod Amsterdamem:


Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

piątek, 12 września 2014

Pożądanie zwane tramwajem

Im bliżej do pierwszego kursu odrodzonych olsztyńskich tramwajów, tym więcej narzekań, że będzie ciasno. Jak się ten biedny tramwaj zmieści na wąskich uliczkach. Ciasno? Ciasno to jest w Lizbonie.


Powyższy przykład, słynna linia 28 na Calçada de São Vicente, wcale nie jest jakimś malowniczym wyjątkiem. To lizboński standard. Oczywiście, lizbończycy mają też metro, ale wcale aż w tak wiele miejsc nie dojeżdża. Tramwaje zresztą też nie obsługują całego miasta. Moje dwutygodniowe doświadczenie mówi mi, że najlepszym środkiem transportu w stolicy Portugalii są autobusy. Dojeżdżają prawie wszędzie, często są klimatyzowane (w tramwaju 28 muszą wystarczyć otwarte okna). I można się do nich dostać. A wejście do malutkiego tramwaju to loteria (nasz współczynnik to około 60 proc. udanych podejść).
Z wsiadaniem do tramwaju 28 na Largo da Sé, pod katedrą Sé, bywa ciężko, bo przystanek dalej pod górę jest punkt widokowy, a każdy chce się oszczędzać...


O, to jest właśnie ta górka. Schodziłem dwa razy, nie wchodziłem ani razu. Miradouro de Santa Luzia, czyli punkt widokowy św. Łucja. A tramwaj 28 jedzie po Rua Limoeiro.


Lizboński MPK nazywa się Carris. Znów tramwaj 28 na Rua da Conceição.


W tradycyjnym wagoniku, a większość pamięta jeszcze Salazara, jest 20 miejsc siedzących i 28 stojących. Znów przykład z linii 28.


Z dumą podkreślam, że nikt mnie w lizbońskim tramwaju nie okradł. W metrze i w autobusie też nie.


Tramwaj 28 na Largo de Santo António da Sé.


Largo Chiado, tramwaj 28. Przystanek z widokiem na Café A Brasileira. Ciasno w kawiarni, ciasno na ulicy.


Na większych placach tramwaj ma większy oddech. Linia 28 kończy się (zaczyna się) na Largo Martim Moniz.


Metro jeździ do 1.00 w nocy. Zaskakująco krótko, jak na miasto, które żyje podobno nocą. Ale żyje głównie w klubach fado, a te są na Alfamie, gdzie metro nigdy nie zbłądzi. Tramwaje kończą się około 22.00. Jeśli ktoś nie trafi na autobusową linię nocną, ma zawsze do wyboru taksówkę, jak na zachodnią europejską stolicę tanie. Przed 22.00 z Alfamy można jednak wrócić tramwajem 28 (znów Rua Limoeiro, tym razem w dół).


Małe interludium. Oprócz tradycyjnych linii tramwajowych (a jest ich tylko pięć: 12, 15, 18, 25 i 28), kursuje też linia turystyczna. Tutaj na Rua da Conceição. Nie splamiłem się skorzystaniem z jej usług, mimo ładnej motorniczej. Za sterami tramwajów siedzi zaskakująco dużo, jak na społeczeństwo podejrzewane o patriarchalizm, kobiet. Zapewne to mało płatne zajęcie.


No to jeszcze raz linia turystyczna, na Calçada da Estrela.


Ale po Calçada da Estrela jeździ też tramwaj 28. Pod górkę.


Więc teraz z górki. Calçada de São Vicente, tramwaj 28.


I ciągle z górki. Rua da Voz do Operário, tramwaj 28.


I jeszcze raz z górki. Calçada São Francisco, tramwaj 28.


To może trochę po płaskim (w tramwajowej części Lizbony rzadkość). Largo do Conde Barão, tramwaj 25.


Bardzo duże płaskie, czyli Praça Comércio. Tramwaj 25 przejeżdża obok Arco da Rua Augusta.


Chwilę odpoczęliśmy, więc znów się powspinamy. Tramwaj 28 na Rua Vitor Cordon zbliża się do rogu Rua Paiva de Andrada.


Pod górkę na Calçada São Francisco, tramwaj 28.


Calçada São Francisco, tramwaj 28, prawie już zdobyta. Widoczna naturalna klimatyzacja.


Spotkanie na szczycie. Dwa tramwaje 28 na Calçada São Francisco.


Jeszcze jeden dowód, że bywa ciasno. Rua de São Bento róg Rua dos Polais de São Bento, tramwaj 28.


Pieszym też bywa ciasno. Rua Paiva de Andrada, tramwaj 28.


A tak to wygląda ze środka. Tramwajem 25 mijamy Rua de São Domingos.


Wiem, że macie już dość, ale jeszcze pojeździmy. Najpierw tramwajem 15 (jeszcze dziś nie jeździliśmy) od Praça do Comércio (Terreiro do Paço) w stronę Belém.


Tramwajem 25 od Rua São Paulo do Praça da Estrela.


Tramwajem 25 od Largo do Conde Barão do Praça do Comércio (Terreiro do Paço).


I na koniec wycieczki przejażdżka jedynie słusznym tramwajem 28 z Largo da Madalena do Miradouro de Santa Luzia.


Historia opisana przeze mnie poniżej nie mogłaby się zdarzyć w lizbońskim tramwaju, bo nie ma w nich kasowników. Są czytniki. Tak oto technologia zabija romantyzm...

Wyciągnęła swój bilet tramwajowy,
Jak karabin maszynowy.
Biedna szuka kasownika,
Mego wzroku wciąż unika.

ref.
Tramwajowa miłość
Kilka sekund trwa.
Tramwajowy flirt
Wiwat MPK!

Wreszcie mówi „Proszę pana”,
Cała przy tym jest zmieszana,
„Gdyby zechciał pan łaskawie
Bilet mój przedziurawić”.

„Czy tylko z jednej strony?”
Pytam cały podniecony.
„Z jednej, z jednej drogi panie”,
Onieśmiela ją to pytanie.

Wkładam bilet więc w szczelinę,
Głośno łykam przy tym ślinę.
Energicznym ruchem dłoni
Kasuję bilet, nawet się nie broni.

Znowu mogę spojrzeć na nią,
„Oto bilet, pozdrawiam panią”.
Firanka wdzięku z jej twarzy spadła,
Zabrała bilet, wkrótce wysiadła.
Kraków, 3.11.1987

Porska i Poltugalia

Polskę i Portugalię łączy dużo więcej, niż tylko to, że znajdujemy się obok siebie na alfabetycznej liście państw.
Co do tego, że Portugalia leży na końcu Europy, nie ma chyba wątpliwości. Czy za Polską kończy się Europa? Zdania są podzielone. Na pewno swój kraniec ma Unia Europejska. W związku z tą krańcowością i my, i oni walczyliśmy kiedyś z niewiernymi. I słabo na tej walce wyszliśmy. Zwłaszcza my, którzy do walki z niewiernymi dołożyliśmy sobie spory z heretykami.
Byliśmy kiedyś potęgami, z grubsza w tym samym czasie (XVI w.). My na skalę europejską, oni o zasięgu światowym. Spadliśmy z wysokiego konia, ale oni z wyższego, więc ich boli chyba bardziej.
Podobnie, z przyczyn historycznych, nie lubimy sąsiadów. Z tym, że oni mają słaby wybór. Mogą się kochać lub nie kochać tylko z Hiszpanami. My, trzeba przyznać, mieliśmy w tym względzie większe pole do popisu.
Jednym ze słynniejszych Portugalczyków, mniejsza o to, że to postać fikcyjna, był kapitan Ferriera, ciemny typ z serialu „Szogun”. Mamy tu piękny wspólny mianownik, bo w tę rolę wcielił się niejaki Vladek Sheybal, czyli po prostu polski aktor Władysław Sheybal (w Polsce przed emigracją zagrał ledwie w dwóch filmach, w tym genialną rolę kompozytora w „Kanale”).


A taki Martim Moniz? To wypisz wymaluj portugalski Rejtan. Tylko sytuacja inna i skutek inny. Martim Moniz był rycerzem, który w 1147 roku przyczynił się do zdobycia przez Portugalczyków Lizbony. Legenda mówi, że widząc otwartą bramę miasta rzucił się w nią i własnym ciałem nie dopuścił do jej zamknięcia, dzięki czemu wojska Alfonsa I mogły wkroczyć do miasta, w którym urzędowali Maurowie. Swój czyn dzielny rycerz okupił śmiercią. Dziś ma w Lizbonie swój plac, ulicę, bramę w zamku, a nawet stację metra, na której zobaczymy go na takim bardzo wymownym obrazku.


Za wspólny polsko-portugalski mianownik uznajmy też Fatimę i Jana Pawła II. No i Józefa Piłsudskiego bywającego na Maderze. Skoro już jesteśmy przy naszym marszałku, to nie tylko on przeprowadził w maju 1926 roku zamach stanu. 26 maja 1926 roku tego samego w Portugalii dokonał António Óscar de Fragoso Carmona. Różnica taka, że Piłsudski nie zechciał zostać prezydentem, a Carmona i owszem.
Jak się głębiej wsłuchać, język portugalski brzmi momentami jak polski. Nie ma portugalskiego zdania bez „sz”. No i to aktorskie „ł” jak spod Wilna.
O królu, który ma wrócić na białym koniu, już wspominałem. I to w dwóch językach. Czy „ł” udane?

Portugalska karma

Być w Lizbonie i nie posłuchać fado, to jak pojechać do Paryża i nie zobaczyć wieży Eiffla. No, nie da się. Widać z każdej strony. W Paryżu wieżę, w Lizbonie fado.
Sklep przy Estação Ferroviária do Rossio (dworzec kolejowy):


Z fado w Lizbonie jest ten problem, że nie wiadomo, które miejsca są turystyczną konfekcją, a które szczerym przejawem miejskiego folku. Da się ten dylemat wykorzystać do reklamy. „Nie jesteśmy turystyczny miejscem, ale zapraszamy”. Klub przy Calçada da Estrela, niedaleko portugalskiego parlamentu. Faktycznie, nie jest to typowe miejsce dla fado.


Fado słucha się na Alfamie. Wiedzą o tym turyści, wiedzą o tym miejscowi (zarówno ci, którzy przychodzą posłuchać, jak i ci, którzy z tego żyją). Plac przed Igreja de Santo Estêvão (kościół św. Szczepana):


Na Alfamie znanych miejsc jest mnóstwo. Za cholerę nie wiem, czy przereklamowane, czy godne swej marki. Np. Dragão de Alfama (Smok Alfamy).


Ale któreś trzeba było wybrać. Pierwsze z brzegu było São Miguel de Alfama. Siwa pani za mną to gwiazda tego klubu.


Gwiazda jak najbardziej zasłużona. Tego wieczora wystąpiło czworo artystów, ale ta zrobiła na nas największe wrażenie.


Młodsze panie wzbudziły nieco mniejsze emocje, fado lepiej brzmi z bagażem doświadczeń. Pani brunetka.


Pani blondynka.


Ale najlepszy kontakt z publicznością nawiązał pan z gitarą. Nawet sobie wspólnie pośpiewaliśmy.


Cały występ dla wytrwałych.


Przepraszam, że to zbanalizuję, ale kluby fado to przeważnie po prostu restauracje z programem artystycznym.


Typowe (o ile takie istnieje) fado to śpiew, gitara klasyczna i gitara portugalska. Oto ta ostatnia:


Żeby bardziej skomplikować – są dwie odmiany gitary portugalskiej. Jednej używają w Lizbonie, drugiej w Coimbrze. Różnią je niuanse (struny 445 mm versus 470 mm). Ta powyżej, skoro wisiała w klubie na Alfamie, zakładam, że jest odmianą lizbońską. Poniżej gruchot z Feira da Ladra (Targ Złodziei). Wygląda na bardziej smukłą, więc może to model z Coimbry. Na zwłoki fendera nie patrzymy.


Na drugie fado wpadliśmy do klubu Bartô mieszczącego się w ośrodku kultury Chapitô, tuż pod Castelo de São Jorge (zamek św. Jerzego).


Bartô to dziwne miejsce, co widać już po wystroju. Oferuje m.in. takie oto miejsca siedzące.


Artyści występują w autentycznym basenie (czy to była kiedyś willa czy szpital?).


Przed nami zatem znów typowy skład fado – śpiewa pani, akompaniuje dwóch panów.


Pani jest bardzo młodą fadistką, ale nie będziemy czekać, aż się zestarzeje, żeby nabrała wiarygodności.


Cały występ.


Z oczywistych przyczyn nie mogliśmy zobaczyć Amálii Rodrigues, spóźniliśmy się kilkanaście lat. Największa fadistka wszech czasów spoczywa w Panteão Nacional, czyli Panteonie Narodowym (Igreja de Santa Engrácia).


Pozostaje jeszcze wyjaśnić sobie, co znaczy fado. Jak to co? To samo, co karma. Każdego kiedyś dopadnie.