sobota, 25 października 2014

Głośniej od słów

Jeszcze muzyka nie zginęła, jeśli na pierwszym miejscu Listy Przebojów Programu III ląduje piosenka Pink Floydów. „Louder Than Words” z niewydanej jeszcze płyty „The Endless River” to zresztą pierwszy numer jeden Pink Floydów na tej liście. Ta sztuka nie udała się nawet w 1982 roku z „When the Tigers Broke Free”, ale umówmy się, że nie był to materiał na przebój w klasycznym tego słowa rozumieniu.
Podekscytowany tym osiągnięciem przetłumaczyłem dziś tę wydaną dwa tygodnie temu, a napisaną w 1993 roku przez Davida Gilmoura (muzyka) i Polly Samson (słowa) piosenkę. Rok później Polly została żoną Davida, ale nie pytajcie co było przyczyną, a co skutkiem.


Wśród żalów i walk
Obrażamy się tak
Lecz robimy to znów

Był czas, gdy razem
W słońce, w deszcz lub w burze z gradem
Robimy to znów

Świat stracił swój wdzięk
Każdy wziął miejsce swe
By się złościć lub troszczyć, zwać je jak się chce

Lub gdzie dom płomień znaleźć
Paść z pożądaniem, pal ogniu się
Lecz coś ciągle nas gna

To więcej od słów
Co dzieje się tu
Więcej od słów
Otworzyć się już

To więcej od słów
To suma, nie część
To rytm naszych serc
Brzmi głośniej od słów
Głośniej od słów

Dźwięk strun tyle lat
Długo jak ten marsz trwa
Jak stary but
Jak znany ci blues
Będziesz stukał nim rytm ten

Nie płyńmy pod prąd
Gdziekolwiek chce wziąć
Dwa życia są w nas

To więcej od słów
Co dzieje się tu
Więcej od słów
Otworzyć się już

To więcej od słów
To suma, nie część
To rytm naszych serc
Brzmi głośniej od słów

Głośniej od słów
Tę rzecz duszą zwą
To płynie gdzieś w krwi
Głośniej od słów
Głośniej od słów
Olsztyn, 25.10.2014

Jeśli odnajdziemy w tekście aluzje do Pink Flodydów, to pani Polly jawi się jako przeciwieństwo Yoko Ono. Jest najwyraźniej zafascynowana zespołem swojego faceta. Który to zespół może ma jakieś tam wady, ale chodzi o to, żeby nam te wady nie przesłoniły zalet.
Moje wykonanie:


Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

wtorek, 7 października 2014

Krótko i na temat

Przygotowań do koncertu (koncertów!) Spare Bricks ciąg dalszy. Zabrałem się za tłumaczenie „Dogs”, spojrzałem na długość utworu, połamany rytm i... poszukałem czegoś krótszego. „Goodbye Cruel World”, czyli kwintesencja samotności bez sienkiewiczowskich opisów przyrody.


Żegnam już więc
Okrutny świecie cię
Już czas
Już czas
Już czas
Żegnam wszystkich ludzi
Już nic nie mogą rzec
Bym zostać tu wciąż chciał
Już czas
Olsztyn, 7.10.2014



Moja wersja:


Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

niedziela, 5 października 2014

Zimny jak głaz

Alienacja artysty. Takie AA. Narasta z każdym milionem fanów i każdym milionem funtów. Dopadło i Pinka.


W ramach przygotowań do listopadowych koncertów zespołu Spare Bricks, który w Kętrzynie i Olsztynie wykona ze dwadzieścia utworów Pink Floyd, takie oto swobodne tłumaczenie „Comfortably Numb”. Można śpiewać, można się alienować.


Hello
Czy ktoś tam w środku dziś jest?
Czy słyszysz mnie, daj znak mi
Czy jest w domu jeszcze ktoś?

No już, tak
Podobno doła masz
Bólem zajmę się
Znów na nogach staniesz wnet

Stres zgaś
Odpowiedz krótko teraz mi
Na pytanie dnia
Gdzie cię boli, miejsce wskaż

Ból zniknął gdzieś, a ty odpływasz
Jak statku dym, co już wziął horyzont
Ty jak fala tylko bijesz w brzeg
Twych ust ruch jak cisza zdaje mi się
Gdy miałem sześć lat, w gorączce śniłem
Balony zamiast rąk czułem już
Dziś to czuję znowu w każdy dzień
Nie pojmiesz mnie, wyjaśnić ci jak, że
Nie jestem sobą, nie
Tak stałem się zimny jak głaz
Tak stałem się zimny jak głaz

OK
Tylko mały zastrzyk
I minie już to – aaaaaaaaaaa
Choć może słabo będzie ci
Czy już możesz wstać?
Mam pewność, że to działa znów
To da ci siłę śpiewać całą noc
Czas ruszać, czeka show

Ból zniknął gdzieś, a ty odpływasz
Jak statku dym, co już wziął horyzont
Ty jak fala tylko bijesz w brzeg
Twych ust ruch jak cisza zdaje mi się
Gdy miałem sześć lat, dostrzegłem jakiś błysk
W kąciku oka chwilę trwał
Zwróciłem wzrok, lecz znikło to
I nie wiem jak mam nazwać to dziś wciąż
Wyrosłem stąd i koniec snom
Tak stałem się zimny jak głaz
Olsztyn, 1-5.10.2014



Popatrzmy na wersję z 21 lipca 1990 roku, kiedy Roger Waters zaprosił do Berlina dziesiątki znanych muzyków, żeby uczcić upadek muru berlińskiego. „Comfortably Numb” zaśpiewał wspólnie z Vanem Morrisonem i muzykami The Band. Oglądałem to na żywo w telewizji i pamiętam, że, nawet jak na moje drewniane ucho, prześwietny chórek w refrenie fałszował jak stare capy, ale potem na płytach i filmie zostało to poprawione. Przy czym można być pewnym, że fałsze wynikały z bałaganu panującego na scenie, zapewne było coś nie tak z odsłuchami.


Utwór, w którym Roger Waters obnaża swe lęki, można śpiewać i bez jego udziału.


Alienacja artysty to żaden wynalazek rockandrollowców występujących na wielkich stadionach. Eugeniusz Bodo podchodzi do tego zupełnie na wesoło.


Piosenkę „Już taki jestem zimny drań” do filmu „Pieśniarz Warszawy” skomponował Henryk Wars. Słowa napisał Jerzy Nel, być może we współpracy z Ludwikiem Starskim (zupełnie à propos – jutro w Olsztynie można będzie spotkać się z jego synem, Alanem Starskim).

Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

sobota, 4 października 2014

Smak moich ulic

Rua das Portas de Santo Antão to jeden z deptaków w centrum Lizbony wypełnionych do ostatniej kostki brukowej restauracjami. W Destino – czekadełko pod postacią pieczywa, oliwek i sera (owczego zresztą). Ląduje w 30 sekund po zajęciu stolika. Doliczą ci potem do rachunku parę euro. Następnym razem wystarczy grzecznie podziękować i przejść do konkretów.


Konkrety w Destino niezłe. Typowo portugalskie grilowane sardynki.


Równie typowa kulinarna sytuacja w Portugalii to coś brazylijskiego. Coś brazylijskiego to na przykład picanha, czyli polędwica wołowa z równie brazylijską czarną fasolą.


Ciężka praca restauracyjnego naganiacza:


Zmieniamy restaurację, ale zostajemy przy wołowinie. Niezłe burgery dają w Chapitô na ulicy Costa do Costelo pod zamkiem. Do tego tyleż smaczne, co niezdrowe chipsy. To może wygląda jak fast food, ale nim nie jest. Mięso mielone, ale różowiutkie i delikatne, żaden tam pies z budą. No i pytają jak mocno wysmażyć.


Fajne miejsce to bar Le Chat w Jardim 9 de Abril (obok Museu Nacional de Arte Antiga). Chipsy podają na wiadra. Szkoda, że takie małe.


Druga ciekawa przystawka w Le Chat to peixinhos da horta, czyli zielona fasolka smażona w tempurze. Żeby nie było wątpliwości – „peixinhos da horta” znaczy dosłownie „rybki z ogródka”, ale smaży się w ten sposób różne warzywa. Pomysł trafił do Portugalii z Japonii, ojczyzny tempury. Przywlekli go w XVI wieku portugalscy misjonarze (jeśli komuś w tym momencie staje przed oczami film „Shogun”, to jest to prawidłowe skojarzenie).


Prawdziwe mistrzostwo kucharza w Le Chat to wszystkomająca bruschetta.


Zanim pójdziemy do kulinarnego nieba, wizyta w lizbońskim oceanarium. Oko w oko z japońskim krabem pacyficznym. Kilka dni później jego dalekiego krewniaka spotkam na talerzu w restauracji Ramiro.


Cervejaria Ramiro przy Avenida Almirante Reis to jedno ze słusznie najpopularniejszych miejsc z owocami morza („cervejaria” znaczy „piwiarnia”, ale to chyba pozostałość po początkach tego lokalu sprzed kilkudziesięciu lat). Pierwszą pozycją w menu jest kilkudziesięciominutowa, a czasem i dłuższa kolejka do stolika. Żeby uniknąć wiszenia u klamki, trzeba przyjść przed wieczornym szczytem. My stawiliśmy się około 18.00 i zajęliśmy jeden z ostatnich wolnych stolików. Kilkanaście minut później przed lokalem zaczęła się formować kolejka miłośników skorupiaków i innych morskich okropieństw.


Kelner się nie certoli i wciska do ręki tablet, który służy do zamawiania potraw. Tzn. nie do końca wiem, czy służy do zamawiania, bo po naciśnięciu kolejnych pozycji w elektronicznym menu nie zauważyłem żadnej interaktywności, ale można zobaczyć wizualizacje tych wszystkich smakołyków. Zamówienie składamy i tak paszczowo.


Zaczynamy od krewetek à la Aguillo (tak podaje menu angielskie) albo à la Aguilho (jak podaje menu portugalskie). Zupełnie nie jestem smakoszem morskich potworów, ale te wcinam z zadowoleniem i patrzę nienawistnie na kelnera, gdy zabiera nam opróżnioną patelenkę ze smakowitymi resztkami cebulki, w której smażyły się różowiutkie skorupiaki.


To danie podane ciemną nocą, w ramach romantycznej kolacji przy świecach, może przestraszyć. Na szczęście jest jeszcze widno, więc przyglądam się wąsonogom (percebes, goose barnacles) z zainteresowaniem.


A tak z nimi walczę:


Pora na spotkanie z krewniakiem kraba z oceanarium.


To nie są sprawy dla ideowych wegetarian. W korpusie kraba pajęczego (spider crab) podają coś w rodzaju flaczków z jego wnętrzności.


W Ramiro dają nie tylko owoce morza. Można też rozkoszować się wędzoną szynką o przydługiej nazwie Presunto Pata Negra 5J Sanchez Romero Carvajal. My wybraliśmy na finał coś o krótszej nazwie. Bifana. To też jeden z tradycyjnych lizbońskich smaków – kanapka z wieprzowiną. Mocno czosnkowa, a musztardy każdy leje ile lubi.


Przejdźmy do prawdziwych deserów. Ich miłośnicy mają w Lizbonie prawdziwe dolce vita. Jest kilka kultowych miejsc (niestety, rozjechanych przez bataliony turystów). Jedno z nich to Confeitaria Nacional (Narodowe Słodycze?). W tym samym miejscu od prawie 200 lat.


Jak już się dorwiesz do stolika, to można siedzieć godzinami.


Jeśli Confeitarię Nacional atakują bataliony, to do Antiga Confeitaria de Belém docierają prawdziwe dywizje spragnione najsłynniejszego lizbońskiego ciastka, czyli pastel de nata (inne nazwy to pastéis de nata lub pastéis de Belém).


Pastel de nata to, w skrócie mówiąc, forma z ciasta francuskiego wypełniona masą budyniową, podawana na ciepło, posypana cukrem pudrem i cynamonem.


Pastéis de Belém działa od 1837 roku w dzielnicy Belém, niedaleko od klasztoru hieronimitów.


Wizyta w tym miejscu jest w zasadzie obowiązkowa: