piątek, 30 września 2016

Fa w Kulce

Bądź tu mądry i napisz relację z własnego koncertu...


Ochotę na ten występ miałem od kilku lat. Poprawiwszy jako tako (jako tako!) aparat wykonawczy, zacząłem się rozglądać za możliwością zaśpiewania piosenek swoich i prawie swoich, czyli tłumaczonych. Gdzie lepiej zrealizować swe niezdrowe fantazje, jak nie w gronie przyjaciół? Planując tegoroczny Zlot Przyjaciół 2 Olsztyńskiej Męskiej Drużyny Harcerskiej „Szarpie” wymyśliłem sobie, że piątkowy wieczór, nieoficjalna część zlotu, nada się do tego idealnie. Dla pozostałych organizatorów była to niespodzianka aż do 1 września. Pierwszy dowiedział się kilka miesięcy wcześniej Jacek Aumüller, basista i wokalista zaprzyjaźnionego zespołu Spare Bricks, z którym łączą mnie już polskie wersje „Hey You”, „Echoes”, „Another Brick in the Wall Part II” oraz specjalna wersja „Money” (no i robocza wersja „Time”).


Rozmawiając z Jackiem o jego nowych utworach oraz moich próbach tłumaczenia Syda Barretta, wyznałem, że planuję koncert swoich piosenek. Nie wiem, czy Jacek bardziej lubi mnie, czy przyjeżdżać na Mazury, ale od razu zadeklarował, że chętnie wpadnie ze swoim basem i swoją 12-strunową gitarą, żeby wesprzeć mnie, no i samemu też zaprezentować coś własnego. To było pół roku przed planowanym koncertem. Gdy zbliżał się termin występu, Jacek rozbudowywał wyposażenie, które miał zamiar przywieźć do Nemo. W efekcie stawił się z mikserem, głośnikami, dwoma mikrofonami, statywami, oświetleniem, basem, 12-strunową gitarą, kilometrem kabli, własnymi piosenkami, mnóstwem entuzjazmu....


...oraz ze Śnieżykiem. Śnieżyk to czworonóg wiekowy, lekko pociągający łapką, więc nie można już było powiedzieć, że pies z kulawą nogą nie stawił się na naszym koncercie.


Ja zresztą również przytargałem wszystkie swoje gitary (na popijającym piwko pod blokiem kolesiu nie zrobiło żadnego wrażenia, że jego sąsiadem jest facet z czterema gitarami...).


Mając w perspektywie występ na prawie profesjonalnej scenie, wziąłem się do roboty i przez cały lipiec, cały sierpień i pół września (z przerwą na barceloński urlop) ćwiczyłem każdego dnia dwa razy wybrany na koncert repertuar. W wybór wmieszała się Małżonka, choć nie ze wszystkim ostatecznie się pogodziła. Od sierpnia ćwiczenia i perspektywa występu nabrały zresztą nowego wymiaru, gdy okazało się, że nieodległa od Nemo Kulka stanie się dla mnie tym, czy się stanie (ale nie uprzedzajmy wypadków).


W końcu przyszedł piątek 30 września 2016 roku. Na zlot przyjechałem znów, jak przed rokiem, pierwszy. Jacek zjawił się kilkadziesiąt minut później i od razu zaczęliśmy montować scenę. Tzn. Jacek montował, a ja udawałem, że pomagam. Połączyła nas jednak wspólna refleksja, że fajnie jest być Davidem Gilmourem i czekać aż mu przygotują scenę, popijając kawusię na tarasie hotelu Monopol we Wrocławiu... Kawusia była, zrobiła nam przemiła gospodyni ośrodka Nemo, czyli Dorota. Do tego pyszna drożdżówka.


Było kilka minut po 21.00, gdy poprosiłem Gałąza, by zamknął drzwi i nikogo nie wypuszczał :) Trzeba było dbać o każdego widza, bo koncert został zaplanowany jako bardzo kameralny. Zlot Przyjaciół 2 OMDH „Szarpie” miał się zacząć dopiero w sobotę, a w piątek była jego część nieoficjalna. Stawiło się dokładnie 30 osób, z czego dwie na scenie, więc na widowni pozostało 28. Odjąwszy maluchy, koncertowi przysłuchiwało się i przyglądało w porywach 25 osób.


Historia zna mniej liczne debiuty sceniczne... No i mam imienną listę widzów (zupełnie jak na pierwszym koncercie rockowym, na jakim byłem jesienią 1980 roku, gdy każdy widz został zarejestrowany z imienia i nazwiska przez Zakładowy Dom Kultury w Gorzycach, podobno na polecenie władz oświatowych).


No to do dzieła...


Hej, ludzie, jestem Bobby Brown...
Na dobry (?) początek Frank Zappa z utworem odartym z jakiejkolwiek poprawności politycznej.


W oczy ich nie mogłem patrzeć...
Wyraźnie rozluźniony przystąpiłem do drugiego utworu, mając w głowie świeżo usłyszaną najnowszą piosenkę Leonarda Cohena. Ale ta jest sprzed dwóch (a nie czterech, jak omyłkowo zapowiedziałem) lat.


Pachnie droga świeżą krwią...
Do dziś nie mogę wyjść ze zdumienia, że cztery lata temu zobaczyłem Raya Manzarka w Ostrołęce. „Riders on the Storm” w jego wykonaniu usłyszałem zresztą w 2012 roku dwa razy, bo zespół The Doors był gwiazdą w Dolinie Charlotty.


Krzyczeć, dajcie mi krzyczeć...
Moja piosenka, która wstrząsnęła Gałązem. Gałąz śpiewa, my z Jackiem odpoczywamy.


Odliczać zacznij, silnik włącz...
Druga z czterech przetłumaczonych przeze mnie piosenek Davida Bowiego. Podziwiam Jacka, że potrafi jednocześnie grać na basie i odliczać od dziesięciu do zera.


Lecz każda wojna przecież zmienia człowieka w zwierzę...
Czekałem całe życie, że krzyknąć do mikrofonu „ewrybady” :) Ciekawie, że akurat w czasie zapowiedzi „Lady in Black” zgasło światło. Mały sabotażyk? Za Stalina już by ktoś siedział. Do generalissimusa jeszcze dziś dojdziemy.


Lotos zostaje niewinny i czysty...
Pierwszy raz publicznie gram na basie. Mimo tego, że nie mieliśmy z Jackiem żadnych prób, trafialiśmy w te same nuty w tym samym momencie (no, prawie zawsze). Jedna trzecia piosenki po polsku, dwie trzecie po angielsku.


Na scenie zostaje Jacek, piosenki jego kilku zespołów z dwudziestopięcioletniej kariery muzycznej oraz gitara 12-strunowa.


Odpływają twoje kroki...
Jacek w repertuarze swego dawnego zespołu Unicorn.


Zapomniałem włączyć Słońce i nie zauważyłem...
Jacek w repertuarze swego dawnego zespołu Surogat.


I tylko Ty mnie, dobry Boże, w opiece swojej zawsze miej...
Jacek w repertuarze Marka Dyjaka.


A może właśnie teraz umyka arcyważna prawda...
Jacek w repertuarze jednego ze swoich dwóch (?) obecnych zespołów Pomysły Znalezione w Trawie.


Miast Indii znalazłeś Indian...
Odpocząłem, wróciłem na scenę. Druga moja piosenka dzisiejszego wieczoru, tym razem śpiewam osobiście z niewielką pomocą przyjaciół z widowni.


Hej, musisz gdzieś ukryć miłość swą...
Co się stanie, gdy Beatlesi spotkają Dylana? Tę piosenkę śpiewałem już sam (w domu), z kotem (w Karpaczu), z Cypkiem (w Baranówce) i dziś z Jackiem. Dodajmy, że Jacek gra również z zespołem Shout, który wykonuje piosenki Beatlesów.


Byłem gdy Jezus Chrystus łkał...
Skoro byli Beatlesi, muszą być też Stonesi (w budce suflera siedziała dziś Żona). Jagger naczytał się Bułhakowa, ale nie za to go kochamy.


Ona stoi u wejścia, dzwonek w duszy mi gra...
Ostatnie tłumaczenie podczas dzisiejszego koncertu. Nie przepadam szczególnie za The Eagles, ale przepadam za tą piosenką.


Znów zamieszanie na scenie, zmiana wykonawców.


Wybiegasz z domu z rozwianym włosem...
Jedna z moich dwóch najbardziej znanych piosenek w klasycznym wykonaniu duetu Gałąz & Joseph. Jeden z wykonawców się zapodział, ale odnalazł się w stosownym momencie.


Ten rozwiany włos to oczywiście taka metafora...


To trzynaście srebrników, czemu by nie trzydzieści...
Ostatnia piosenka podstawowej części koncertu „Fa w Kulce”. Fajne boogie dzięki basowi Jacka. Do wykonania włączył się spontanicznie Gałąz z harmonijką (na którym największe wrażenie zrobiły oczywiście słowa o dawaniu w ryja). Nie widać, ale słychać.


Bisów nie przewidziano... Ważna informacja - do sztandaru hufca przybliżyliśmy się o 125,5 zł.

Pora na scenę otwartą, czyli trzy godziny namawiania Cypka, żeby wystąpił (tutaj znajdziecie wszystkie nagrania ze sceny otwartej).


Grać było na czym, w podmioty wykonawcze, niestety, nie obrodziło. Scena chyba onieśmiela... Więc kilkadziesiąt utworów wykonaliśmy przemiennie w składzie Gałąz, Joseph, ja, Jacek, incydentalnie Basia oraz na finał, który nastąpił między drugą i trzecią w nocy, Cypek.


Joseph – „To co było, minęło”
Ta piosenka od 1985 roku przypomina mi o upływającym czasie.

Joseph – „Żegnaj, Ameryko”
Z tą piosenką natomiast wiąże się tęsknota za stukotem kół. Jeździło się pociągami przez całą Polskę za symboliczne pieniądze.

Gałąz – „Chory na wyobraźnię”
Czy Gałąz wie, że śpiewa piosenkę Mariusza Zadury, której bohaterem jest Vincent van Gogh?

Gałąz – „Gawęda o miłości do ziemi ojczystej”
Gałąz wie, że śpiewa tekst Wisławy Szymborskiej i wie, że napisała kiedyś odę do Stalina. Nawet św. Paweł nie zawsze był święty...

Gałąz – „Przyjdę jutro, choć nie znam godziny”
Gałąz wie, że śpiewa Leśmiana.

Gałąz – „Dolina w długich cieniach”
Gałąz wie, że wszyscy, którzy chcą sobie przydać, mówią „Sted”. No więc taki tekst napisał „Sted”...

Jacek – „F-I”
Jacek wie, że śpiewa piosenkę Voo Voo z pierwszej płyty sprzed dokładnie 30 lat.

Robas – „Z nim będziesz szczęśliwsza”
Nocne śpiewanie bez klasycznych piosenek Starego Dobrego Małżeństwa byłoby nieważne.

Robas – „Kim właściwie była ta piękna pani, co dzisiejszej nocy w mojej samotni mnie odwiedziła”
Jeśli mogę fałszować wspólnie z Basią, to nie będę przecież fałszował sam...

Robas – „Noc albo oczekiwanie na śniadanie”
Jakoś poszło, Basiu, jakoś poszło...

Robas – „Jest już za późno, nie jest za późno”
Jak to skomentowała Basia lub Magda – „to jest zupełnie inna melodia”. W rytmie walca jeszcze tego nie śpiewaliście!

Gałąz – „Dziewczyna rumiankowa”
Czy Gałąz wie, że to piosenka Leszka Kopcia?

Gałąz – „Wiewiórka”
Gałąz na pewno wie, że to piosenka grupy Bez Jacka. Wpisany na listę ofiar stanu wojennego Jacek Stefański został zamordowany w 1983 roku.

Gałąz – „Harcerska miłość”
Gałąz nie wie (jeszcze), że ta piosenka ma moją ripostę.

Gałąz i Robas – „Harcerska miłość II”
Gałąz już wie, że napisałem swoją dekonstruktywistyczno-postmodernistyczną wersję klasycznej harcerskiej piosenki. Ja już wiem, że Magda jest moją fanką... Aha, tej piosenki nie napisałem w Krakowie, ale kilka miesięcy po powrocie ze studiów, już w Reszlu.

Gałąz – „Piosenka Bodzia”, bardziej znana jako „Strumień”
Najkrótsza piosenka turystyczna? „Idę... Wróć!”.

Gałąz i Joseph – „Zielony płomień”, czyli „W dąbrowy gęstym listowiu”
Nie wiedzieliśmy, że Marek Dagnan, współautor tekstu tej jednej z najpiękniejszych harcerskich piosenek, umrze za kilka dni.

Gałąz i Joseph – „Pieśń wielorybników”
Pogwizdajmy wspólnie.

Gałąz i Joseph – „Morskie pogody”
Moje klasyczne wspomnienie na temat tej piosenki: Stoimy na warcie w sztabie V PZHS w Gdyni w 1986 roku. Od kilku dni leje deszcz. Ważny druh z GK ZHP przyprowadza jakiegoś partyjnego kacyka. – Ale pada, a wy tu tak stoicie, biedni – zagaja partyjniak, bo coś do młodzieży trzeba powiedzieć. – Ważna jest tylko ta pogoda, którą mamy w sobie! – odpowiada rezolutnie któryś Szarp. Ważniak z GK mdleje z rozkoszy, bo oczami wyobraźni widzi już swoją karierę w Komitecie Wojewódzkim PZPR.

Gałąz i Joseph – „Przechyły”
Czy Gałąz wie, że to napisał Paweł Orkisz?

Robas – „Piosenka dla Wojtka Bellona”
Znam takich, którzy sądzą, że ten tekst napisał „Sted”...

Robas – „Bieszczady”, czyli „Tu w dolinach wstaje”
A pamiętacie jak w 1988 roku weszliśmy na Połoninę Wetlińską i spotkaliśmy na szlaku Andrzeja Starca, autora tej piosenki?

Robas – „Krajka”
Tą piosenką przyzywamy na zlot Majkę, czy Gertrudę z Glitajn. Może za rok w końcu przyjedzie z Niemiec?

Robas – „Na kamieniu”, czyli „Ostrężyny”
Tak, Basiu, to jest ta piosenka z dziwnym tekstem. I śpiewa się powoli, upominał mnie kiedyś sam autor Ireneusz Misztal.

Robas – „Ballada o krzyżowcu”
Potrafię tę piosenkę zaśpiewać w minutę, ale wolniej, wolniej...

Robas – „Zawsze mało”
Skrajnie hedonistyczna piosenka...

Robas – „Jesień idzie”
Na pewno wiecie, że ten tekst napisał Andrzej Waligórski.

Robas – „Wspomnienie Bumeranga”
Jedna z tych piosenek o kilkunastu wersjach tekstowych.

Robas – „Wykapka”
Ostatnia moja piosenka dzisiejszej nocy, czyli utwór z 15.11.1987.

Robas i Cypek – „Riders on the Storm”
Podstępem udało się wciągnąć Cypka na scenę.

W końcu, a było już grubo po północy, Cypek wyciągnął swe nuty.


Cypek – Fernando Sor, Andantino op. 60
Czy wiecie, że Fernando Sor to właściwie José Fernando Macarurio Sors, urodzony w 1778 r. w Barcelonie, zmarł 10 lipca 1839 w Paryżu, hiszpański gitarzysta i kompozytor?

Cypek – Matteo Carcassi
Czy wiecie, że Matteo Carcassi to włoski gitarzysta i kompozytor, który urodził się w 1792 roku we Florencji, a zmarł 16 stycznia 1853 w Paryżu?

Cypek – Ferdinando Carulli
Czy wiecie, że Ferdinando Carulli to włoski, klasycystyczny gitarzysta i kompozytor, który urodził się 20 lutego 1770 roku w Neapolu, a zmarł 17 lutego 1841 roku w Paryżu?

Cypek – Mauro Giuliani
Czy wiecie, ze Mauro Giuliani to włoski kompozytor i wirtuoz gitary, urodzony 27 lipca 1781 roku w Bisceglie, a zmarły 8 maja 1829 roku w Neapolu?

Cypek – Niccolò Paganini
Na pewno wiecie, że Niccolò Paganini to włoski skrzypek, altowiolista, gitarzysta i kompozytor, urodzony 27 października 1782 roku w Genui, zmarły 27 maja 1840 roku w Nicei.

Cypek – Ferdinando Carulli, Temat z wariacjami
Czy wiecie, że to już drugi utwór Carulli dzisiejszej nocy?

Cypek – Mauro Giuliani
Czy wiecie, że to już drugi utwór Giulianiego dzisiejszej nocy?

Cypek – „What a Wonderful World”
Na pewno wiecie, że to utwór Louisa Armstronga. To już drugi Armstrong podczas dzisiejszego koncertu (pierwszego szukajcie u Bowiego).

Cypek – „My Way”
Czy wiecie, że angielski tekst do francuskiej piosenki napisał Paul Anka i że polski tekst do przeboju Franka Sinatry napisał Wojciech Młynarski? I dlatego ja tu już, jako tłumacz, nic nie mam do roboty...

Cypek – „Chariots of Fire”
Czy wiecie, że temat Vangelisa z filmu „Rydwany ognia” to ostatni utwór podczas dzisiejszego koncertu?

Wykonawcom dziękujemy za zaangażowanie, widzom dziękujemy za uwagę!


Twardziele, którzy dotrwali do tego miejsca, mają szansę zobaczyć ośmiominutowy skrót z ponadpięciogodzinnego koncertu. Same najsmaczniejsze momenty...


Horacy Pisaty - na YT
Horacy Pisaty - lista moich piosenek

Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

sobota, 17 września 2016

Karmazynowy Dom Muzyki

To, że w 2000 roku byłem na koncercie King Crimson w warszawskim teatrze Roma, nie oznacza, że nie mogłem się wybrać na występ zespołu Roberta Frippa jeszcze raz. Zwłaszcza, że po kolejnym wznowieniu działalności w 2013 roku, tym razem z wokalistą i gitarzystą Jakko Jakszykiem (polskie nazwisko to zmyłka, muzyk odziedziczył je po przybranym ojcu, polskim emigrancie z czasów II wojny światowej) w koncertowym repertuarze pojawiły się utwory z całej historii Karmazynowego Króla. Koncert w 2000 roku był przeżyciem, ale trochę nużące było słuchanie tego, prawdziwi fani niech mnie nie rozszarpią, heavy metalu, jaki zdominował twórczość King Crimson w końcówce XX wieku. Pożądane ciary, czyli warunek udanego koncertu, miałem w zasadzie tylko raz – gdy w czasie przerwy pojawił się na scenie samotnie z gitarą Adrian Belew i zaśpiewał „Three of a Perfect Pair”.
Od tamtego czasu Fripp kilkakrotnie zmieniał skład zespołu, a nawet zawieszał jego działalność. Z tamtej ekipy ostał się oczywiście Robert Fripp oraz Pat Mastelotto (perkusja). Ze starej wiary mamy jeszcze Gavina Harrisona (perkusja), który pierwszy raz w KC zagrał w 2007 roku, Tony’ego Levina (bas), pierwszy raz u boku Frippa w 1981 roku. Z bardzo starej wiary pojawił się Mel Collins (saksofon, flet), który zaczynał w King Crimson w 1970 roku, ale potem miał prawie czterdziestoletnią przerwę. Debiutuje w grupie w tym roku Jeremy Stacey (perkusja). No i oczywiście wspomniany już Jakszyk, muzyk doświadczony, ale w zespole dopiero od 2013 roku (z utworami King Crimson oswajał się w latach 2002-2004 w zespole 21st Century Schizoid Band).
Kto dobrze liczy, doliczył się trzech perkusistów. Podwójne zestawy perkusyjne spotyka się dość często (na koncercie Ringo Stara były dwie perkusje, a miesiąc temu w Olsztynie widziałem jak za jedną perkusją siedział Jerzy Piotrowski, a za drugą, nieco mniejszą, Apostolis Anthimos). Ale trzy? Nie przypominam sobie. Wrażenie jest niesamowite, zarówno wizualne (trzy perkusje w jednym rzędzie na froncie, pozostała czwórka muzyków na podwyższeniu, czyli odwrotnie niż zazwyczaj), jak i muzyczne (czasem gra trzech perkusji unisono, czasem uzupełnianie się, czasem przechodzenie przez kolejne takty z perkusji na perkusję).

Wiadomość o planowanych czterech polskich koncertach King Crimson pojawiła się prawie rok temu. Od razu też pojawiły się bilety. Nie zastanawiając się, kupiłem od razu dwa. Dla siebie i dla podzielającej zazwyczaj moje muzyczne fascynacje Małżonki, która słabo znała King Crimson, a nawet okazało się, że bardzo lubi „Starless”, choć nie wiąże go z zespołem Roberta Frippa. Po występie musiała zweryfikować listę pięciu najlepszych koncertów, na jakich była...


Po zakupieniu biletów na 17 września w Zabrzu uświadomiłem sobie, że muszę do tego dostosować tradycyjne wrześniowe plany urlopowe. Najpierw chciałem podróżować samochodem na południe i w drodze powrotnej wpaść do Zabrza, ostatecznie stanęło na tym, że znalazłem lot do Barcelony z niedalekiego przecież od Zabrza Krakowa. Z Barcelony przylecieliśmy w piątek późnym wieczorem, na stacji benzynowej kupiłem śląskie wydanie „GW”, spodziewając się w nim zapowiedzi koncertu. Nie zawiodłem się, a nawet z satysfakcją przeczytałem zupełnie niegłupi tekst.


W zabrzańskim Domu Muzyki i Tańca (fajna sala) stawiliśmy się kilkadziesiąt minut przed koncertem. Tradycyjnie zajrzałem na tradycyjnie oblegane stoisko z koszulkami z tradycyjnie irracjonalnymi cenami i tradycyjnie żadnej nie kupiłem (tradycyjnie nie sądziłem, by mieli stosowne rozmiary).


Sala fajna, trochę przypomina mi Salę Kongresową w PKiN, ale w końcu pochodzi z tej samej epoki.


Zanim na scenę wszedł zespół, najwięcej emocji budziły tablice z informacją w języku angielskim, że jak ktoś odważy się nagrywać lub fotografować, to zostanie zaproszony do wyjścia. Dobra, i tak nie planowałem...


Ale zdecydowanie ładniej scena wyglądała bez tych tablic. Dla widzów nieznających angielskiego lub niedowidzących wiadomość została przekazana również w komunikacie głosowym. Dwa razy. Słusznie, niektórym trzeba powtarzać kilka razy...


Zaczęli po kwadransie akademickim... Od razu spodobało mi się, że nie ma żadnej gry świateł. Po prostu nastrojowe oświetlenie w kolorze niebieskim, które tylko raz przybrało barwę czerwoną, w wiadomo jakim utworze.

Koncert miał dwie części, rozdzielone dwudziestominutową przerwą. No to po kolei:

1. „Hell Hounds of Krim”
Na początek trójka perkusistów musiała się zgrać.
2. „Larks’ Tongues in Aspic, Part One”
Nie dowierzałem, że w tak poważnym zespole pod surowym okiem Frippa można robić sobie takie jaja, ale Mel Collins zagrał fragment „Lotu trzmiela” oraz naszego „Mazurka Dąbrowskiego”. O ile trzmiel przeleciał bez echa, to nasz hymn wywołał oczywisty entuzjazm (swoją drogą, mógł Collins zagrać coś mniej oczywistego, ostatecznie choćby Chopina).
3. „Pictures of a City”
4. „Cirkus”
5. „Fracture”
6. „The Court of the Crimson King”
Pierwszy z debiutanckich megabitów. Nie okłamujmy się, że nie przybyliśmy tu właśnie po to...
7. „Suitable Grounds for the Blues”
8. „The Letters”
9. „Sailor’s Tale”
10. „Interlude”
11. „The Talking Drum”
12. „Larks’ Tongues in Aspic, Part One & Two”

W przerwie nic się w zasadzie nie wydarzyło...

13. „Devil Dogs of Tessellation Row”
Perkusiści znów zaczęli od zgrania się.
14. „Lizard (‘The Battle of Glass Tears – Part I: Dawn Song’)”
15. „Radical Action II”
16. „Level Five”
17. „Epitaph”
Nie okłamujmy się, że nie przybyliśmy tu właśnie po to...
18. „Radical Action (To Unseat the Hold of Monkey Mind)”
19. „Meltdown”
20. „Easy Money”
Nie można było nagrywać (przyznam, że słusznie), ale to wyglądało dokładnie tak:


21. „Red”
22. „Starless”
Tak, to tu w końcówce światło z niebieskiego przeszło w czerwień.
Nie można było nagrywać (przyznam, że słusznie), ale to wyglądało dokładnie tak:


Bis:
23. „Banshee Legs Bell Hassle”
24. „21st Century Schizoid Man”
Nie okłamujmy się, że nie przybyliśmy tu właśnie po to...
Czekałem w napięciu na część graną unisono. Nie było, nie mogło być, tak równiutko jak na płycie, ale i tak miało się ochotę wstać i bić brawo!
No a perkusyjna solówka Gavina Harrisona spowodowała, że Małżonka zmieniła swoją prywatną listę koncertowych solówek, na której od 2011 roku po koncercie Colosseum w Dolinie Charlotty pierwsze miejsce zajmował Jon Hiseman.

Na koniec Fripp pozwolił widowni wyciągnąć aparaty i uwiecznić zespół, a sygnałem dla publiczności było wzięcie do ręki aparatu przez Tony’ego Levina. Więc Tony fotografował nas, a myśmy fotografowali jego...


A nawet filmowali...


Czego zabrakło? Wyszedłbym na miękkich nogach, gdyby było „The Night Watch”... Ale w życiu zawsze trzeba być trochę nienasyconym...

poniedziałek, 12 września 2016

Pieprzyć jazz

Mało nam było barcelońskiego jazzu w poprzedni poniedziałek, dziś poszliśmy ponownie do Jamboree Jazz Club przy Plaça Reial.


Co poniedziałki odbywa się tu What the Fuck Jam Session. Tanio, bez tłoku, a zgodnie z nazwą zapieprzają aż miło.


Kto tym razem wystąpił (niektórych wykonawców znaliśmy już sprzed tygodnia)? Na gitarze Nicks Herrera, wyglądem, a kto wie, może i talentem, przypominający młodego Franka Zappę.


Z kontrabasem Manel Fortià.


Przy pianinie Mariano Camarasa. Ten z kolei podobny jak dwie krople wody do naszego informatyka z pracy (tzn. starej pracy, bo z nowej jeszcze nie widziałem...).


Za perkusją Salvador Toscano.


Przy saksofonie Claudio Marrero Santana (w ubiegłym tygodniu zmiennik, dziś wybiegł w pierwszym składzie).


Jeśli już o zmiennikach mowa, to muzyk zastępujący Manela Fortię na kontrabasie zdobył nasze serca, gdy nuty niespodziewanego utworu pobrał sobie z internetu i wyświetlił na smartfonie.


Była też wymiana przy saksofonie...


...oraz przy perkusji.


Przy kartce papieru nie było podmianki, znów pojawił się Manu Dimango.


Nastąpiło też rozszerzenie składu o harmonijkę...


...oraz o trąbkę (policzki jak u Dizzy’ego Gillespiego po 40 latach dmuchania).


Nad całością czuwał Aurelio Santos. Wygląda na to, że Piotr Bałtroczyk dorabia potajemnie jako prosty konferansjer w Barcelonie...


Ci wszyscy dzielni ludzie nie tylko dobrze wyglądają, ale i nieźle grają. W zapowiedzi podano, że wykonają utwory, które skomponował Atahualpa Yupanqui (1908-1992), najbardziej wpływowy argentyński twórca muzyki folkowej. Nie rozpoznaję, nie znam...


Fragment pierwszy:


Fragment drugi:


Fragment trzeci:


Fragment czwarty, niemuzyczny. Posłuchajmy, co ma do powiedzenia Aurelio Santos.

sobota, 10 września 2016

Nieklasyczny duet gitar klasycznych

Na ten koncert trafiliśmy przypadkiem, snując się barcelońskimi uliczkami na wschód od Rambli, ucieszeni wieczornym „chłodem” (czyli 26 zamiast 33 stopni). W kościele świętej Anny przy ulicy, a jakże, świętej Anny, za 15 minut rozpoczynał się koncert klasycznej muzyki gitarowej. Bilety po 23 euro, ale to i tak taniej niż, powiedzmy, na McCartneya.


26 stopni i wilgoć to nie jest jakaś szczególnie komfortowa sytuacja, więc liczyliśmy na trochę chłodu w gotyckim wnętrzu. Naiwnie, to prawda. Więc wprawdzie w kościele było duszno i wilgotno, ale za to głośno, bo w tle szumiała natarczywie woda (że niby taki gadżet z epoki).


Mniejsza o te atrakcje, bo po kilku minutach oczekiwania pojawił się duet. Jak potem (co ma znaczenie) sprawdziłem, nazywa się Barcelona Duo de Guitarra, czyli Ksenia & Joan, czyli Ksenia Axelroud oraz Joan Benejam. Joan mówił jak rasowy Hiszpan, natomiast po pierwszych zdaniach Kseni (jeszcze nie wiedziałem, że ma tak na imię, bo bym od razu nabrał podejrzeń), która tłumaczyła zapowiedzi na angielski, zrozumiałem, że pani jest z importu. I kto wie, czy nie ukończyła Konserwatorium Petersburskiego (bo na pewno już nie Leningradzkiego, za młoda). Silny rosyjski akcent zdradzał wszystko. Sprawdziłem potem, ze jednak nie szkoła w Petersburgu, a konserwatorium w hiszpańskim Alicante wypuściło na muzyczny rynek sprawną technicznie Słowiankę.


A muzyka? Piękna :)
1. Isaac Albéniz - „Bajo la palmera”
2. Isaac Albéniz - „Castilla”
3. Antonio Soler - „Fandango”
4. Manuel de Falla - „El amor brujo”


5. Nadim Robert Majure - „Barcelona Flamenco Suite” (1. rumba, 2. alegrías)
6. Pablo Sarasate - „Zapateado”, Opus 23, No. 2
7. Joaquín Rodrigo - „Concierto de Aranjuez” (adagio)
8. Georges Bizet - „Carmen”
9. bis - gitara na cztery ręce


Aha, jak trafić do konserwatorium? – pyta dziewczyna na ulicy starszego pana. – Ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć...

piątek, 9 września 2016

Piękno flamenco

Gdy w maju 1995 roku oglądałem w Olsztynie (w nieodżałowanym kinie Kopernik) występ słynnego andaluzyjskiego śpiewaka Rafaela de Huelvy, nie wiedziałem czy to hiszpańska cepelia, czy autentyczny przejaw twórczości ludowej. Za duża różnica kulturowa, by to zrozumieć. Swoimi wrażeniami podzieliłem się nawet z czytelnikami „GW”, w której wówczas pracowałem. Podobne odczucia miałem dziś w Barcelonie, oglądając pokaz flamenco.


Bo skąd mam wiedzieć, biedny misiu, czy to, co nam pokazują, jest prawdziwe, czy to erzac dla turystów. Różnica może taka, że dziś siedziałem z autentycznie opadającą szczęką. Nie, żeby ze starości...


Co oni mają w tych gardłach śpiewaków, w tych nogach tancerzy, w tych palcach gitarzystów... Popatrz, posłuchaj...


Występowały dwie solistki, ale gwiazdą wieczoru była chyba Azahara.


Chociaż ta druga wydała mi się bardziej archetypiczna.


Ale jednak za spojrzenie Azahary można by dać się pokroić...


Miejsc z flamenco w Barcelonie nie brakuje, mimo że przecież nie jest to tradycja katalońska (na marginesie przypomnijmy sobie tę oczywistą prawdę, że niekatalońskie flamenco jest nie tylko andaluzyjskie, ale nawet w pewnym sensie andaluzyjsko-hinduskie, skoro przynależy do kultury tamtejszych Cyganów; na stosownym koncercie zespołu Indialucia udawadniającym tę tezę byłem w 2009 roku w Olsztynie). Ale czego nie robi się dla turystów. Na odbywające się codziennie o godz. 20.30 w klubie Tarantos przy Plaça Reial pokazy flamenco solidna kolejka ustawia się kilkadziesiąt minut wcześniej.


Warto kupić bilet w internecie, unika się kolejki i jeszcze wchodzi przed wszystkimi, co zapewnia najlepsze miejsca.


Wybraliśmy miejsce możliwie najprostsze, żeby nie musieć rozpraszać się kulinariami. Za całą konsumpcję wystarczyła zimna sangria (cóż, że cena w lokalu ma 600 proc. przebitki w stosunku do marketu, a różnicy w smaku nie ma...).