sobota, 31 grudnia 2016

Moja lista przebojów 2016 roku

Na miejscu 10.:
Styczeń-grudzień – znów się tłumacząc

Na wstydliwym dziesiątym miejscu moja podstawowa od sześciu lat działalność artystyczna, czyli tłumaczenia. W tym roku tylko 31 utworów (wprawdzie to o siedem więcej niż w 2015 roku, ale przecież w rekordowym 2013 roku zmierzyłem się z aż 58 piosenkami). Na usprawiedliwienie (pocieszenie?) – najwięcej utworów związanych było z płytą „The Wall” i wydarzeniem, które wylądowało na pozycji 2. Dalsza część usprawiedliwienia pod pozycjami 8. i 1.
Najważniejsze tegoroczne tłumaczenie? W związku z noblowskimi wydarzeniami z 13 października (które kilka miesięcy wcześniej wywoływałem) na pewno to:


W kwestii tłumaczeń Dylana próbowałem też nawiązać polemikę z Filipem Łobodzińskim, ale póki co zostałem zignorowany... Poczekam na płytę (ma wyjść w styczniu) i ponowię ofensywę porównawczą.

Najlepsze nagranie? Z tego jestem zadowolony najbardziej:


Zaznacz właściwą odpowiedź (Queen – Love of My Life)
Dobra zmiana (The Beatles – Getting Better)
Uwalą cię, gdy Nobla będziesz brał (Bob Dylan - Rainy Day Women #12 & 35)
To przechodzi boskie pojęcie (John Lennon - God)
Ściemnia się… (Leonard Cohen - You Want It Darker)
Jak wam podobał się nasz show? (The Beatles -Sgt. Pepper's Lonely Heart's Club Band (reprise))
Wysoki Sądzie Robaku (Pink Floyd - Trial)
Chcę iść do domu (Pink Floyd - Stop)
Walić sercem w mur (Pink Floyd - Outside the Wall)
Ma ulubiona siekiera (Pink Floyd - One of my Turns)
Trzynaście kanałów gówna w telewizji (Pink Floyd - Nobody Home)
Kto wpuścił tę całą hołotę tu?! (Pink Floyd - In The Flesh)
Kruchy lód nowych dni (Pink Floyd - Thin Ice)
Każdy w mieście wiedział to (Pink Floyd - Happiest Days of our Lives)
Żegnaj, był raj (Pink Floyd - Goodbye Blue Sky)
Lecz relaksu nie zaznasz już (Pink Floyd - Empty Spaces (What Shall We Do Now))
Brzegiem leży Montezuma (Neil Young - Cortez the Killer)
Ta magiczna chwila (The Beatles - You Never Give Me Your Money)
Zepsutych pragnę kobiet (Pink Floyd - Young Lust)
Nie rycz mała (Guns N’ Roses - Don't Cry)
Marność nad marnościami i wszystko marność (Pink Floyd - The Great Gig in the Sky)
Dezintegracja niepozytywna (Pink Floyd - Don't Leve Me Now)
Gramy, nie gadamy (Pink Floyd - Is There Anybody Out There?)
Nie wrócą chłopcy jak należy (Pink Floyd - Bring the Boys Back Home)
Vera się odnalazła (Pink Floyd - Vera)
Wspomnień garść zostawił mi (Pink Floyd - Another Brick In The Wall - part I)
Żadnych ramion wokół! (Pink Floyd - Another Brick In The Wall - part III)
Złote jajko rzadkiego ptaka (Rare Bird - Sympathy)
Pan od astronomii (Pink Floyd - Astronomy Dominé)
Łazarzu, nie wstawaj (David Bowie - Lazarus)
Może pójść by na show? (Pink Floyd - In the Flesh?)

Większość tegorocznych tłumaczeń odbyła się z tego właśnie powodu...


Kolejne tłumaczenia doczekały się profesjonalnej premiery na scenie (po łomżyńskich konsultacjach z Agnieszką). Po pierwsze „Another Brick In The Wall (part II)”. Zaczęli po angielsku, ale skończyli po polsku:


Pod drugie „Echoes”:


I po trzecie była też spontaniczna, hotelowa premiera „Time”:


Na miejscu 9.:
Lipiec – i cóż, że do Szwecji

Tegoroczny wypad do Szwecji trochę symboliczny, bo okazał się ostatnią imprezą w starym gronie. W ogóle wszystko szło nie tak – najpierw z gwałtownych powodów zdrowotnych (nie, nie moich) z dnia na dzień przełożyliśmy wyjazd (wypływ w zasadzie, bo chodziło o prom) z kwietnia na ostatni dzień czerwca, a na promie przeżyliśmy traumę, gdy Polska przegrała z Portugalią (i tak mieliśmy szczęście, bolałoby bardziej, gdyby ćwierćfinał Euro był ze Szwecją, a teoretycznie kilka dni wcześniej była taka możliwość).


Na miejscu 8.:
Kwiecień-grudzień – rzeczy własne

Większość tegorocznych własnych utworów w zasadzie... nie jest tegoroczna. Cykl z okazji 1050-lecia państwa polskiego zacząłem pisać w 2013 roku. Ambitny plan zakładał, że w tym roku skończę, ale opublikowałem tylko sześć piosenek. „Tylko”... To aż 592 wersy, czyli 148 zwrotek. Do skończenia całego cyklu zostało jeszcze 458 wersów, czyli 115 zwrotek. Wyznaczam zatem sobie nowy deadline na 11 listopada 2018 roku (wiadomo) i zanurzam się w historii Polski, żeby zdążyć napisać i nagrać jeszcze siedem piosenek. I dziękuję dr. Markowi Pacholcowi za dotychczasową konsultację.


Po co tu weszliśmy barbarzyńcy dzicy
Decentralizacja zaszła za daleko
Polski nie zjednoczy, po co jadł tę żabę
Wilhelm odprawiony, szlachta woli Litwę
Nie zostawił syna ani córki nawet
Przez kraj przepłynęła wielka szwedzka rzeka

Całości tegorocznych własnych utworów dopełniają dwa panegiryki. Bohaterem pierwszego jest Darek:


Drugi powstał jako pokłosie sytuacji związanych w pozycją 1., a jego bohaterką jest Mariola:


Tekst napisałem ja, a muzykę Włodzimierza Korcza twórczo zaadaptowała Bożena (i tak nie rozpoznacie oryginału).


Na miejscu 7.:
Styczeń-grudzień – będąc młodym weteranem

W tym roku obchodziłem 40-lecie przynależności do ZHP!!! Tzn. żadnych obchodów nie zarządziłem (poczekam na półwiecze...), ale miło było to sobie uświadomić 18 października podczas kolejnego spotkania naszego permanentnego sztabu zlotowego, który po sukcesie ubiegłorocznej imprezy, przyszykował imprezę tegoroczną oraz szykuje się do imprezy przyszłorocznej.
Tegoroczny Zlot Przyjaciół 2 OMDH „Szarpie” znów okazał się sukcesem (a jakże)...


...a w dodatku w nieoczekiwany jeszcze dwa miesiące wcześniej sposób związał się z pozycją 1.


Na miejscu 6.:
Maj – z widokiem na Trybunał

Po roku przerwy wróciliśmy do tradycji majówkowych krajowych urlopów. W tym sezonie padło na Lublin. Najgorętsze słowo tego sezonu? Trybunał... Więc zatrzymaliśmy się w hotelu Cafe Trybunalska z widokiem na Trybunał.


Lublin to nasze wielkie tegoroczne odkrycie. Miasto z prawdziwymi śladami po nieodżałowanej wielokulturowości. W żydowskiej restauracji Mandragora trafiliśmy na koncert Berberys Klezmer Band. Jeszcze tam wrócimy! Tylko najpierw przeczytam „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk (które wprawdzie nie dzieją się w Lublinie, ale na lubelskim rynku pachnie Podolem).


Wrócimy choćby do któregoś z licznych lubelskich teatrów.


Do Szczebrzeszyna raczej nie wrócimy. Chrząszcz nie dość, że okazał się pasikonikiem, to jeszcze nie umie dobrze złapać akordu na instrumencie strunowym.


Na miejscu 5.:
Wrzesień – Katalonia to nie Hiszpania!

Do Barcelony wróciłem po siedmiu latach. Wtedy w dziesięć godzin zobaczyłem praktycznie tyle samo (a zobaczyłem wszystko), co teraz w dwa tygodnie. Cóż, człowiek był młodszy i miał lepszą kondycję. Upał tym razem był zresztą nie do wytrzymania (za chłodne dni uznawaliśmy te z temperaturą rzędu 28 stopni).


Gdy w czerwcu we wrocławskiej taksówce wdaliśmy się w rozmowę z panią szofer, okazało się, że jest Hiszpanką. A gdy zdradziliśmy jej nasze wrześniowe plany urlopowe, a więc dwa tygodnie w Barcelonie, czyli w Hiszpanii, pani Dolores pochodząca z kastylijskiej części kraju obruszyła się oczywiście, że Barcelona to wcale nie Hiszpania. Będąc w Barcelonie 11 września, w dniu święta narodowego Katalonii, poczuliśmy jedność z tym dzielnym narodem.


Na miejscu 4.:
Marzec-grudzień – byłem i nie byłem

W kończącym się roku na wielu koncertach byłem oraz na dwóch... nie byłem. Z powodu sierpniowego, i to zgodnie małżeńskiego przeziębienia, mimo kupionych dużo wcześniej biletów, musieliśmy odpuścić III Green Festival (więc ominęła nas okazja posłuchać na żywo takich wykonawców, jak m.in. Ørganek czy Kortez).

Tegoroczny sezon koncertowy rozpoczęliśmy w kameralnym Sarpie, gdzie wystąpił Krzysztof Zawistowski.


W kwietniu mój ulubiony Spare Bricks ruszył w trasę i trafił do Radomia, a ja tego samego dnia obserwowałem w Andergrancie konkurencję, czyli olsztyński Tales of Pink Floyd. Gdy dwa tygodnie później Jacek, Agnieszka, Paweł, Michał i Tomek (o Darku nie zapominając) pojawili się w Łomży, musiałem tam być.


Pojechałbym z nimi dalej w trasę aż do Białegostoku, ale miałem inne obowiązki w Olsztynie, czyli kolejny koncert papieski, tym razem z udziałem Justyny Steczkowskiej (na tym zdjęciu nie ma Justyny Steczkowskiej, artystka kontroluje każdą swoją fotografię...).


Po dwóch miesiącach znów rządziła muzyka Pink Floyd, oczywiście za sprawą wrocławskiego koncertu Davida Gilmoura, na który to występ udało się kupić bilety niemalże cudem.


Miłym uzupełnieniem koncertu było muzyczne after party Spare Bricks (poczuwam się do tego, że pomysł był mój), które zaczęło się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie tylko rosło...


Lipiec otworzyłem tradycyjnym letnim koncertem Starych Drobnych Małży, jak zawsze z licznym udziałem gości.


Piotr Sikorski mógłby mieć na drugie David (gdyby nie to, że pewnie ma Simon, znawcy wiedzą dlaczego).


Tydzień później kolejna przygoda z muzyką Pink Floyd w wersji Spare Bricks. I to trzydniowa.


Floydowska Strona Ostródy (nazwa moja) to piątkowy i niedzielny koncert w Willi Port oraz sobotni happening muzyczny ze wspólnym odśpiewaniem po polsku hymnu zbuntowanej młodzieży.


Miesiąc przerwy (miesiąc, który wywrócił moje życie do góry nogami, ale nie uprzedzajmy wydarzeń z pozycji 1.) i kolejny koncert, o którym myślałem całymi latami, czyli SBB w olsztyńskim Amfiteatrze im. Czesława Niemena (tym razem ta nazwa do czegoś naprawdę się przydała).


Dwa tygodnie później seria koncertów barcelońskich. Już pierwszego wieczoru trafiliśmy do Jamboree Jazz Club przy Placa Reial na cykliczną imprezę pod wdzięczną nazwą What the Fuck Jam Session.


Cztery dni później w klubie Tarantos (drzwi obok jazzu) opadły nam szczęki przy flamenco.


I prawdę mówiąc mało nas interesuje czy to hiszpańska (bo przecież nie katalońska) cepelia czy autentyk. Ale raczej autentyk, widziałem to w oczach artystki.


Dzień później sytuacja się skomplikowała, bo koncertu gitarowej muzyki hiszpańskiej wysłuchaliśmy w wykonaniu najprawdziwszego Hiszpana (Katalończyka?) oraz Rosjanki, którą od razu zdradził akcent.


Dwa dni później, na finał muzycznych atrakcji w Barcelonie, znów trafiliśmy na What the Fuck Jam Session (jak się rzekło, impreza cykliczna, w dodatku tania jak tapas, czyli po 5 euro). Urzekł nas gitarzysta wyglądający na reinkarnację Franka Zappy...


Konferansjer z kolei, jako żywo, wyglądał tak, jak gdyby Piotr Bałtroczyk dorabiał sobie w barcelońskich klubach.


Muzyczny maraton zakończyliśmy pięć dni później już w Polsce. To właśnie z powodu zabrzańskiego koncertu King Crimson polecieliśmy na urlop do Barcelony. Skomplikowane? Nie bardzo, wystarczyło spojrzeć na plan lotów z Balic.


Następnie odbyły się dwa koncerty, które wylądowały na pozycji 2.

Natomiast listopad zakończyłem w pubie Sowa przyglądając się pożegnalnemu koncertowi Kasy Chorych. Był to zresztą szczególny dzień, bo tego dnia pożegnałem się z... (patrz pozycja 1.).


A na finał koncertowego roku świetny występ Spare Bricks w Gdańsku. I naprawdę nie żałuję żadnego z sześciu tegorocznych ich występów, na których dane mi było być.


Aha, 4 czerwca trafiłem jeszcze na plażę miejską, gdzie z nostalgią posłuchałem Big Daya i Marka Piekarczyka. Niestety, nie mam żadnych archiwaliów związanych z tym koncertem.

Na miejscu 3.:
Listopada – Wieczne Miasto

Nie planowałem w tym roku jechać do Rzymu, ale życie lubi zaskakiwać i zaskoczyło mnie (ciągle zbliżamy się do pozycji 1). Krótko i na temat – w dwa dni i w dwie noce w towarzystwie moich nowych, nie bójmy się tego słowa, przyjaciół zdreptaliśmy stolicę Włoch, o Watykanie nie zapominając. Jaka jest szansa zobaczyć puste Schody Hiszpańskie? Trzeba przyjść na nie o pierwszej w nocy w czasie ulewnego deszczu... Nota bene – widziało się ciekawsze.


Na miejscu 2.:
Kwiecień-listopad – stoję przy mikrofonie

W planach na ten rok miałem wejście na scenę w innym charakterze, niż to bywało w ciągu kilku ostatnich lat (czyli zapowiadacz, konferansjer). Nie za bardzo wierzyłem w powodzenie, ale przy odrobinie bezczelności w końcu dopiąłem swego i wszystko (łącznie z tegorocznymi prezentami) wskazuje na to, za co z góry przepraszam, że to nie było moje ostatnie słowo w tej sprawie.
Zacząłem w kwietniu od żartu, czyli wychyliłem się zza muru na próbie w Łomży.


W lipcu wszedłem na scenę jako autor i przyłączyłem się do wykonania swego tłumaczenia wraz z setką czy dwiema setkami ludzi.


We wrześniu było już na serio, czyli występ z towarzyszeniem Jacka (dzięki!).


Ba, sięgnąłem nawet po bas.


W listopadzie, w związku z pozycją 1., w Qźni Muzycznych Klimatów dałem taki występ, że podobno pod klubem ktoś powiedział (cytuję za naocznym świadkiem): „facet na gitarze napierdala, a my się po jakichś melinach włóczymy”).


Kropką nad i tegorocznych występów było pojawienie się z gitarą w dawnym Domu Środowisk Twórczych.


Na miejscu 1.:
Lipiec-grudzień – powrót do korzeni

Sytuacja, jaka wydarzyła się w moim życiu między końcem lipca a początkiem grudnia, na skali stresu Thomasa Holmesa i Richarda Rahe’a to dolne strefy stanów średnich, czyli zaledwie 36 punktów. Zmiana pracy. Po z górą 17 latach w „Gazecie Olsztyńskiej” i 24 latach w mediach, odszedłem (porzuciłem?, zostawiłem?, rozstałem się?) z tej roboty. Symboliczne zdjęcie – kilkunastoletni zbiór miesięcznika „Press” idzie na makulaturę.


Symbolicznych zdjęć może być więcej. Np. to, z przychodni medycyny pracy przy ul. Kopernika, gdzie od dziesięciu lat wisi przygotowany pod moim kierunkiem i wydrukowany w dodatku „Zdrowie” poradnik dotyczący analizy wyników badań.


Lub to, z lutego, z mojego ostatniego Balu Sportowca, który tym razem prowadziłem wspólnie z Agnieszką Jastrzębską.


Albo ten wrześniowy rysunek autorstwa Marcina Kuczysa, na którym artysta najwyraźniej wmawia mi, że smucę się z powodu zmiany pracy.


Albo to profetyczne zdjęcie z 2008 roku z Antwerpii, gdzie ewidentnie wykazuję zainteresowanie Kulką.


Kulką, bo jako osoba urodzona dokładnie trzynaście do kwadratu lat po Adamie Mickiewiczu, nie mogłem nie skorzystać z okazji i nie przenieść się do firmy mającej swoją siedzibę przy ul. Mickiewicza.


A najważniejszą częścią naszej firmy (uwaga, wpis zawiera lokowanie produktu) jest oczywiście ośrodek w Kulce.


Za symboliczne uznajmy też to zdjęcie – wyzwolony z ograniczeń bycia bezstronnym politycznie felietonistą (a za takiego się uważałem przez tysiąc swych nie tylko politycznych komentarzy) mogłem z czystym sumieniem pójść 13 grudnia na manifestację polityczną jako uczestnik.


Na koniec jeszcze dwa symboliczne zdjęcia. Pożegnanie ze starym zespołem...


...i powitanie z nowym (mniejsza o to, że kolejność zdjęć odwrotna, ale, jak wiadomo, faceci zawsze odchodzą na zakładkę...).


Aha, czemu „powrót do korzeni”? Bo przecież Szarpiem zostałem już w 1986 roku...


Dla przypomnienia:
Moja lista przebojów 2008 roku
Moja lista przebojów 2009 roku
Moja lista przebojów 2010 roku
Moja lista przebojów 2011 roku
Moja lista przebojów 2012 roku
Moja lista przebojów 2013 roku
Moja lista przebojów 2014 roku
Moja lista przebojów 2015 roku