poniedziałek, 31 grudnia 2018

Moja lista przebojów 2018 roku

Na miejscu 10.:
Dramatis personæ

W Olsztynie zmiana na stanowisku dyrektora teatru, ale za starej dyrekcji zdążyłem jeszcze wpaść na „Kurkę Wodną” Witkacego.
Do Jaracza wpadłem też na tegoroczne Olsztyńskie Spotkania Teatralne. Jakimś cudem kupiłem bilety w samym środku pierwszego rzędu na sztukę „Nasze żony” i w efekcie przez dobre 10 minut przed samym nosem leżał mi rażony apopleksją Wojciech Pszoniak w roli Simona, niedoszłego mordercy swej żony. Jerzy Radziwiłowicz i Wojciech Malajkat nie leżeli. Obsada marzeń.


Po trzecie wpadłem do Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych na „Kwartet” Bogusława Schaeffera. Znów obsada marzeń – Andrzej Grabowski, Jan Peszek, Mikołaj Grabowski i Jan Frycz.


To ostatnie nazwisko przypomniało mi się w grudniu, gdy w Krakowie w Teatrze Stu oglądałem „Wiedźmy” na podstawie Szekspira w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego. Nie, Frycz nie grał w tej sztuce, ale w tymże teatrze widziałem go 31 lat wcześniej w „Letnim dniu” Mrożka. W Krakowie byłem oczywiście w związku z pozycją 1.


Na miejscu 9.:
Własnego jak na lekarstwo

W tym roku nie napisałem żadnego protest songu. Wręcz przeciwnie, zaprotestowałem niepisząc. Na 100-lecie odzyskania niepodległości planowałem skończyć swój 13-częściowy projekt „Historia Polski w 1050 wersach”, ale jakoś mi przeszło. Poczekam na inne okoliczności polityczne. Nie zmienia to faktu, że siódmą częścią przekroczyłem w styczniu półmetek.


Namiastką własnej tegorocznej twórczości niech będzie ta wariacja na temat kolędy z niedawnej wigilii instruktorskiej.


Na miejscu 8.:
Nie wychodzę z dąbrowy gęstego listowia

Bardzo ciekawy harcerski rok. Nasz Krąg Instruktorski zebrał się 17 razy (to się nazywa: miał zbiórkę). Załatwiliśmy sprawę na jednym szczeblu, załatwiliśmy sprawę na drugim szczeblu. Tak się rozochociliśmy, że zaczęliśmy myśleć o szczeblu trzecim (co nie jest miarą naszej omnipotencji, a raczej świadczy o tymże szczeblu).
Dwie udane imprezy. Po pierwsze gra miejska „O jak Olsztyn” na zakończenie roku harcerskiego. Efektem gry było powstanie filmu prezentującego różne miejsca z historii Olsztyna, a podsumowanie odbyło się w Domu Mendelsohna.


Po drugie wspomniana już wigilia instruktorska.


Jedna impreza nieudana, czyli obiecanki cacanki.

W ramach pokuty inwentaryzacja sprzętu hufca.


Na miejscu 7.:
T jak tłumaczenia

Liczbę tegorocznych tłumaczeń trudno ustalić. Niby tylko piętnaście, ale trzeba dołożyć co najmniej drugie tyle z pozycji 2., która teoretycznie była już gotowa, lecz przecież nad większością utworów musiałem się ponownie poważnie pochylić, by mogły trafić na profesjonalną scenę.
No i tłumaczyłem się z tłumaczeń przed słuchaczami radia UWM FM nagrany przez Piotra Szauera, redaktora naczelnego tej stacji:


Oraz na żywo przed słuchaczami Radia Olsztyn przepytywany przez Gosię Sadowską:


Tegoroczny zestaw, a w nim między innymi pierwsze tłumaczenie z hiszpańskiego (chociaż piosenki z Hiszpanii dwie, z okazji pozycji 4.):
Ptaszek czy pszczółka? (The Beatles - Cry Baby Cry)
Przespałem się z rozwódką w Nowym Jorku (The Rolling Stones - Honky Tonk Women)
Słodki kawałek disco w ustach Micka Jaggera (The Rolling Stones - Miss You)
Czerń to czerń, a biel to biel (Budgie - Parents)
Na śmierć (Queen - All Dead, All Dead)
Hiszpanie widzą to na czarno (Los Bravos - Black is Black)
Człowiek znikąd (The Beatles - Nowhere Man)
Nie rób tego (The Beatles - You Can't Do That)
Nikt nie będzie widział nas (The Beatles - Why Don't We Do It in the Road?)
Dziewczyna imieniem Jet (Paul McCartney - Jet)
Stary człowiek i może (Paul McCartney - Come On To Me)
Fiolet mgieł miał w głowie swej (Jimi Hendrix - Purple Haze)
Każdy miewał to przeczucie (The Beatles - I've Got a Feeling)
Żyli długo i nieszczęśliwie (Eric Clapton - Layla)
Płacząc za Granadą (Los Puntos - Llorando por Granada)

I żeby przykryć mizerię tegorocznej liczby 15, dodam, że w sumie tłumaczeń jest już 318. I jeszcze mam trzy prawie skończone, jedno ledwie rozpoczęte, więc jest z czym wchodzić w nowy rok.

A w ramach reminiscencji, komparacji i ambiwalencji jeszcze raz przypomniałem sobie ubiegłoroczne tłumaczenie „The Times They Are a-Changin'”, które porównałem z wersją Filipa Łobodzińskiego i popadłem w stany nieustalone.

Na miejscu 6.:
Sceny ze sceny

Jak już człowiek ma TTT (tysiąc ton tupetu), to raz wstąpiwszy na scenę raczej z niej nie zejdzie. W poprzednich dwóch latach zorganizowałem sobie solowe występy z własną, zaprzyjaźnioną publicznością, którą zmusiłem do wysłuchania swoich tłumaczeń i swoich piosenek. W tym roku poprzeczka poszła wyżej, pojawiłem się kilkakrotnie na gietrzwałdzkiej scenie z polskimi wersjami utworów The Rolling Stones.


A na finał przyłączyłem się do genialnego Tumblin Flash', by wykonać po polsku jedną zwrotkę „(I Can't Get No) Satisfaction”:


A potem ruszyliśmy na koncert prawdziwych Stonesów, ale to historia z pozycji 3.

Gietrzwałdzkiego występu było mi najwyraźniej mało, skoro w październiku, w czasie pierwszej wizyty w Atenach, od razu trafiłem na ulicę. Ulica nazywa się Ermou, jest długim deptakiem w centrum Aten i urzęduje na niej kilku muzyków ulicznych, wśród nich Dimitris Glaros Kostagiolas, do którego od razu się przyłączyliśmy i to przez dwa wieczory. Pierwszego zaczęliśmy jedynie słuszną polską pieśń masową „Whisky”, by skończyć ją drugiego.


Drugiego wieczora Dimitris udawał Page'a, ja udawałem Planta, a widownia udawała Greka.


Do tegorocznych scenicznych epizodów dokładam dwa wywiady radiowe na temat swojej twórczości, o których wspominałem przy okazji pozycji 7., oraz wymądrzanie się na scenie olsztyńskiej filharmonii na finał pozycji 2.



Na miejscu 5.:
Antyczny weekend

Krótko, ale intensywnie. Na dzień dobry (a właściwie na dobry wieczór) zwalający z nóg widok na Akropol z balkonu naszego hotelu.


Rano dwa widoki w jednym ze wzgórza Likawitos – Akropol w pełnym słońcu oraz skryta w tymże słońcu wyspa Salamina, z której znaczeniem dla całej Europy zapoznałem się prawie trzydzieści lat temu na zajęciach z dr. Ryszardem Sajkowskim (wówczas magistrem). Nasza miła grecka przewodniczka też dołożyła od siebie kilka refleksji na temat bitwy pod Salaminą (odnoszę wrażenie, że gdyby zakładała partię polityczną, nazwałaby ją Grecja Jest Najważniejsza).


Ostatniego ranka finał jak z greckiej tragedii. Dlaczego nikt nie pilnuje Grobu Nieznanego Żołnierza przy parlamencie? Bo wartownicy zostali przed chwilą przepędzeni przez manifestację ateńskich studentów, protestujących oczywiście w sprawach finansowych.


No i posłuchałem trochę muzyki, ale to wrzucam do wspólnego worka w pozycji 3.

Na miejscu 4.:
Andaluzja na chłodno

Byłem już w Andaluzji dziewięć lat temu, ale na tyle krótko i tak bardzo bez Żony, że chciałem i musiałem tu wrócić, by dopełnić wyczerpującej peregrynacji. Piętnaście dni, cztery miasta.

Sewilla. Obowiązkowe flamenco, na przykład na ulicy.


Kordoba. Obowiązkowa Mezquita, na przykład z pozującą Żoną.


Malaga. Obowiązkowe morskie dziwolągi, na przykład zamburiña, czyli chlamys varia.


Granada. Obowiązkowa Alhambra, na przykład nocą w przetłumaczonej piosence Los Puntos.


No i kilka ciekawych koncertów na pozycji 3.

Na miejscu 3.:
Zasłuchany i zapatrzony

Bardzo intensywny rok spędzony na widowniach w Olsztynie, Mrągowie, Giżycku, Dorotowie, Gietrzwałdzie, Dywitach, Krakowie, Sewilli, Maladze, Warszawie, Atenach. Razem z pozycją 1. tworzy to rok, jaki już nigdy się nie powtórzy. Bo co może przebić rok koncertowy, w czasie którego w odstępie niespełna pięciu miesięcy zobaczyłem na scenie The Rolling Stones, Rogera Watersa i pana z pozycji 1.?


Ale zaczęło się w styczniu od Dr. Misia, na którego olsztyński koncert czekałem pięć lat.


Piotr Wojtasik (i Kazimierz Jonkisz!) w kościele ewangelickim, czyli nowa inicjatywa jazzowa w Olsztynie.


Grzech Piotrowski i Liz Rosa w Dorotowie (przypomniałem sobie pewien koncert 25 lat temu).


W Giżycku ze dwadzieścia lat nie widziany przeze mnie na żywo Tymon Tymański. Tym razem w repertuarze m.in. beatlesowskim (ten sam Tymon, z nieco większym składem, trzy miesiące później w Dywitach).


Niezawodny Piotr Bukartyk w niezawodnej Sowie:


Początek lipca to kilkudniowy maraton koncertowy. Na początek, na rozgrzewkę przed koncertem Stonesów, Dzień The Rolling Stones w Gietrzwałdzie. Gwiazdą jest zjawiskowy Tumblin Flash', ale grają też olsztyńscy The Doctors oraz Janusz Sendela z Gietrzwałdu. No i ja.


Dwa dni później koncert The Rolling Stones na Stadionie Narodowym. Wydawało się, że to będzie mój koncert roku, ale kilka dni później okazało się co innego…


Po następnych dwóch dniach koncert z pozycji 2., a po jeszcze kolejnych dwóch Lao Che.


Potem trzy tygodnie nudy i wyjazd do Krakowa na koncert Rogera Watersa, który wywołał mnóstwo kontrowersji wśród fanów, a zwłaszcza „fanów”.


Nie było żadnych kontrowersji po występie Tymona Tymańskiego w Dywitach, na który wpadłem godzinę po powrocie z Krakowa.


Niespełna tydzień odpoczynku i Zalewski w towarzystwie sióstr Przybysz zaśpiewał mi Niemena.


Długa przerwa i normalny (w przeciwieństwie do pozycji 2.) koncert Spare Bricks, chociaż w nietypowych okolicznościach, bo w planetarium warszawskiego Centrum Nauki Kopernik (w drodze powrotnej emocjonowaliśmy się siatkarskim półfinałem Polska-USA, ze szczęśliwym zakończeniem w okolicy Olsztynka).


Skoro w sobotę był półfinał, to w niedzielę był finał. Kupując wcześniej bilet na koncert Grażyny Łobaszewskiej (a były dwa) musiałem obstawić, czy zagramy w finale czy o trzecie miejsce… Kupiłem na wcześniejszy koncert, co okazało się dobrym wyborem. Miałem i udany koncert, i satysfakcję wiernego kibica zwycięskich drużyn.


Ledwo ochłonąłem, a już musiałem podreptać do Gietrzwałdu posłuchać Dreptaka. Od jakichś 30 lat chciałem zobaczyć Olka Grotowskiego i Gosię Zwierzchowską. Gosi nie zdążyłem…


Trzy greckie sytuacje muzyczne.
Obowiązkowa zorba w restauracji Neos Rigas:


Obowiązkowa zorba w restauracji Bairaktaris:


I „Venus” po grecku w klubie Mojo. Nie tylko ja tłumaczę…


Dwa tygodnie później zmiana kręgu kulturowego i sześć sytuacji muzycznych w Andaluzji.
Śpiew, taniec i gitara w Baraka Sala Flamenca w Sewilli:


Flamenco prosto z sewilskiej ulicy:


Flamenco przepuszczone przez psychodeliczną maszynkę do mielenia widzów, czyli Quentin Gas & Los Zíngaros w sewilskiej Sala Malandar:


I ostatni koncert w Sewilli. Niby nie flamenco, ale w kluczowym momencie Dolores Berg wyciągnęła kastaniety…


W Maladze zapominamy o flamenco. Najpierw wybija nam je z głowy Eric Gales w Sala Trin Chera.


I prawie na koniec pobytu w Maladze akustyczny kameralny występ w Sala Premier Centro. Pablo Gomez Arjona z kolegami zagrał z gitarą i harmonijką jakieś (przepraszam, nie znam) hiszpańskie kawałki oraz m.in. „Have You Ever Seen the Rain?” Creedence Clearwater Revival, co po kilkunastu dniach okazało się zapowiedzią tego, że niedługo usłyszę ten utwór w autorskim wykonaniu (bilety na koncert Johna Fogerty’ego w Dolinie Charlotty już mam).


I przedwczoraj Kasia Nosowska godnie zakończyła najlepszy rok koncertowy, jaki dane mi było przeżyć.


Na miejscu 2.:
Mur a sprawa polska

Nieco się wahałem, co na pierwszym miejscu, a co na drugim, ale ostatecznie ustępuję miejsca Paulowi McCartneyowi. Miło przegrać z Beatlesem…

Poznany w 2014 roku zespół Spare Bricks długo męczyłem swoimi tłumaczeniami Pink Floydów, aż w tym roku zrobiliśmy całe „The Wall” po polsku. Najpierw był grudniowy telefon od Pawła, potem długa wymiana maili z tekstami, a w marcu Dom Pracy Twórczej u Jacka we Wrocławiu.


Z suplementem w pociągu:


W lipcu próba generalna z udziałem publiczności w Mrągowie:


Z dodatkowymi atrakcjami na hacjendzie Darka:


Jesienią dwa koncerty „The Wall” po polsku – w Jeleniej Górze (czyli w mateczniku zespołu) oraz w Olsztynie (niech i tłumacz ma swoje show).


W przyszłym roku 40-lecie „The Wall”. Jesteśmy gotowi!


Na miejscu 1.:
Ludzi mrowie, Paul w Krakowie

Krótko i na temat! Paul był moim numerem jeden w 2013 roku i w tym roku nie mogło być inaczej! Tegoroczny koncert Paula McCartneya w Krakowie, ogłoszony znienacka kilka dni po warszawskim występie Stonesów, był jeszcze lepszy. Bo mniejsza sala. Bo lepsze nagłośnienie. Bo bliżej stałem. Bo jeszcze lepszy wybór repertuaru. Bo Paul nadal w świetnej formie.


Dla przypomnienia:
Moja lista przebojów 2008 roku
Moja lista przebojów 2009 roku
Moja lista przebojów 2010 roku
Moja lista przebojów 2011 roku
Moja lista przebojów 2012 roku
Moja lista przebojów 2013 roku
Moja lista przebojów 2014 roku
Moja lista przebojów 2015 roku
Moja lista przebojów 2016 roku
Moja lista przebojów 2017 roku

sobota, 29 grudnia 2018

Przygrywały trzy Michały

Ostatni koncert w tym roku (no, chyba że w noc sylwestrową sam chwycę za gitarę). Pozostanie dla mnie tajemnicą koncepcja organizacyjna dzisiejszego występu Katarzyny Nosowskiej w Olsztynie. Impreza chyba wymyślona i przygotowana w ostatniej chwili. Ogłoszona jakieś cztery tygodnie temu, w zapowiedziach na stronie artystki jej nie widziałem (a są wszystkie inne koncerty z wielomiesięcznym wyprzedzeniem). Do organizacji trudno się przyczepić – fajna scena, dobre nagłośnienie, ciepłe napoje w sam raz na zimowy wieczór spędzany pod gołym niebem, wejście otwarte co najmniej 45 minut przed koncertem (o tej porze wchodziłem), rozpoczęcie prawie punktualne.


Moje zdziwienie wynika z zestawienia poważnego jednorazowego wysiłku organizacyjnego (pełna scena, ogrzewanie, stoiska, ochrona) z niewielką w sumie pojemnością zamkowego dziedzińca. Biletów szybko zabrakło, a przecież wiadomo, że na Nosowską w sobotni wieczór w okresie świątecznym, gdy mało się w Olsztynie dzieje, przyszłoby dwa, a może i trzy razy tyle ludzi. Kolejny raz okazuje się, że w mieście nie ma gdzie robić rockowych koncertów (tzn. jest kilka miejsc, ale każde ma jakiś mankament…).


Nie moja to jednak broszka, jak się impreza spięła finansowo. Miejski Ośrodek Kultury z jej powodu nie upadnie, zwłaszcza że koncert miał swoich sponsorów.


No to może kilka słów o koncercie… Repertuar niespecjalnie długiego, ale też nie skandalicznie krótkiego występu prawie w całości składał się z utworów z tegorocznej płyty „Basta”. Ale występ zaczął się od „Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć”, czyli z debiutanckiego solowego singla Nosowskiej sprzed ponad 20 lat.


A potem już poleciała prawie cała „Basta”. M.in. „Takie to przykre”.


„Mówiła mi matka” z większym udziałem Mikiego, czyli syna Kasi (co symbolizuje swoistą sztafetę pokoleń w narzekaniu na młodzież).


Utwór „Hey Boy, Hey Girl” The Chemical Brothers. Boję się użyć słowa „piosenka” w stosunku do czegoś, co ma tekst składający się z dziewięciu słów. Wyczuwam w tym wyborze mieszaninę ironii, na jaką mogła sobie pozwolić artystka pisząca i śpiewająca gęste teksty oraz nostalgii za muzyką z czasów, gdy była jeszcze przed trzydziestką.


Otwierające płytę „Goń”.


Przed ostatnimi piosenkami Kasia złożyła nam życzenia noworoczne. Podobno słowa wypowiedziane przez mikrofon sprawdzają się. Coś w rodzaju wiary, że słowo napisane jest zawsze mądre i prawdziwe, w co już dawno nie wierzę (aha, to jest ten moment, gdy mogę zadumać się nad nadekspresyjną fanką w średnim wieku, która stała obok mnie na koncercie, głośno krzyczała, dużo się ruszała, ale zupełnie tak, jakby przyszła po prostu potańczyć, nie zważając na wynurzenia autorki).


I jeszcze dwa i pół bisu (pół, bo „Ja pas!” powtórzone) i można iść do domu…


Fajny zespół ma Kasia:
- Michał „Fox” Król – instrumenty klawiszowe (producent płyty)
- Michał „Bunio” Skrok – bas, syntezator basowy (chyba), wokal wspierający
- Michał „Malina” Maliński – perkusja.
No i syn, czyli Mikołaj „Miki” – wokal wspierający.


Aha, jeśli dobrze liczę (a przecież ja zawsze dobrze liczę), to był czwarty raz, gdy stała przede mną na scenie Kasia Nosowska. W 1994 i 2017 roku w ramach zespołu Hey. W 2013 roku i dziś w ramach samej siebie.

poniedziałek, 24 grudnia 2018

Trzy razy siedemnaście

Do faktu, że trzy razy siedemnaście równa się coś tam coś tam, odnoszę się w miarę obojętnie. Strzałka czasu w znanej nam rzeczywistości porusza się w jedną stronę i nie zmienisz pan tego, choćbyś zagrał „Time” od tyłu, nawet bosymi stopami i nawet stojąc na głowie.
Skoro już o stopach mowa… Jeśli o kimś, kto ma duże stopy, mówi się, że nosi kajaki, to jakież duże stopy trzeba mieć, by nosić łódź podwodną. A ja od dziś na każdą stopę będę nakładał Żółtą Łódź Podwodną.


Bo moja Żona nie zna się na żartach. Wystarczyło, że żartem poprosiłem na urodziny o skarpetki. Seria odzieżowa z okazji 50-lecia filmu „Yellow Submarine” jak znalazł.


Ale żebym nie musiał chodzić w samych skarpetkach, stosowna odzież górna (o bieliźnie na razie cisza…).


No i skoro mowa o filmie, to z dzisiejszej okazji powstały też dwa obrazy. Na pierwszym, który wyprodukowała Żona (i wystąpiła w nim w roli cameo), Hamlet mówi do Horacego (!), że reszta jest milczeniem i inne cytaty z wiadomego dzieła.


Produkcję drugiego filmu sfinansowała ekipa Spare Bricks (wytwórnia FilmowyPrezent.pl), a Don Corleone przekazał życzenia nie do odrzucenia… No i to niebezpieczne zakończenie!


Dzięki! Za rok cztery razy trzynaście…

sobota, 22 grudnia 2018

Płacząc za Granadą

Pamiętacie ze szkoły opowiadanie „Różaniec z granatów” Ksawerego Pruszyńskiego z 1946 roku? W skrócie: w czasie II wojny światowej młody Polak, potomek starej (popowstaniowej?) Polonii francuskiej trafia poważnie ranny do angielskiego szpitala. Sąsiadem na szpitalnym łóżku jest inny Polak, któremu umierający chłopak opowiada o swoim udziale w hiszpańskiej wojnie domowej, po stronie republikańskiej. Z 1936 roku został mu różaniec z granatów, który ocalił mu życie, i wspomnienie rosyjskiego wiersza o Granadzie… Leżący na łóżku obok byłego Dąbrowszczaka narrator (alter ego Pruszyńskiego) pociesza umierającego chłopaka recytując mu te strofy… Wiersz rosyjskiego poety Michaiła Swietłowa powstał w 1926 roku i nie mógł mieć żadnego związku z hiszpańską wojną domową. Był raczej próbą łączenia wody z ogniem, czyli poezji romantycznej z literaturą proletariacką (czerwonoarmista w jakiś dziwny transcendentny sposób tęskni za Granadą, w której w życiu nie był). Chyba mu wyszło, ale do rangi sztuki przez duże S podniósł ten wiersz swoim tłumaczeniem na język polski Julian Tuwim. W Polsce wiersz już nieco zapomniany, w Rosji (a wcześniej w ZSRR) ciągle wykonywany jako popularna piosenka.
Wstęp nieco przydługi i tylko pozornie nie na temat. Przygotowując się do tegorocznego pobytu w Andaluzji zabrałem się za tłumaczenie pieśni o Granadzie. Nie, nie tej Swietłowa. Wybrałem hiszpański utwór z 1974 roku „Llorando por Granada”, czyli „Płacz za Granadą” zespołu Los Puntos.


Tłumaczyłem przed urlopem, tłumaczyłem w czasie urlopu (konkretnie w czasie powrotnego lotu), aż wreszcie postanowiłem skończyć, bo dziś wieczorem Los Puntos grają koncert, oczywiście w Granadzie. Płaczę, że nie mogę być na tym koncercie…


Prawdę mówią, że
Wsłuchaj dobrze się,
Kiedy nocą księżyc świeci
Nad murami, słychać ich szept

Nie jest śmiały nikt,
By przez ciemność iść
Wszyscy mówią to, że nocą
Jest Alhambra nawiedzona
To Maurowie, to Granada

Prawdę mówią, że
Twoja dusza jest
Zachwycona dniem w Granadzie zatraconym
I zapłakana

Gaśnie słońca dzień
Słychać słowa gdzieś
Ktoś ze smutkiem się przechadza
Przez Alhambrę
Wspominając i wciąż płacząc
Za Granadą

Prawdę mówią, że
Tu na zawsze jest,
Jest skazany, by na wieki
Żyć w Alhambrze
I wciąż płakać

Gaśnie słońce dnia
Mów, co widzisz tam,
Pośród nocy widać postać
Tego Maura, cień się kładzie,
Zaklętego dniem w Granadzie

Prawdę mówią, że
Twoja dusza jest
Zachwycona dniem w Granadzie zatraconym
I zapłakana

Gaśnie słońca dzień
Słychać słowa gdzieś,
Ktoś ze smutkiem się przechadza
Przez Alhambrę
Wspominając i wciąż płacząc
Za Granadą
I wciąż płacząc za Granadą

Prawdę mówią, że
Twoja dusza jest
Zachwycona dniem w Granadzie zatraconym
I zapłakana

Gaśnie słońca dzień
Słychać słowa gdzieś
Ktoś ze smutkiem się przechadza
Przez Alhambrę
Wspominając i wciąż płacząc
Za Granadą
Olsztyn, 2-3.09.2018, 22.12.2018
samolot Malaga-Modlin, 27.11.2018

Dlaczego Granada jest natchnieniem dla tylu poetów, muzyków? Wystarczy pojechać, zobaczyć i nie zadawać głupich pytań… Ja dla pewności byłem dwa razy w Granadzie i trzy razy w Alhambrze.


Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

środa, 19 grudnia 2018

Od hali Urania do Wysokiej Bramy "Czuwaj!" powtarzamy...

W różnych miejscach odbywały się wigilie instruktorskie hufca „Rodło”, ale w kazamatach Wysokiej Bramy jeszcze nie. Napisałbym „chyba jeszcze nie”, ale pamiętam wszystkie grudniowe spotkania od prawie trzydziestu lat, a wcześniej na pewno kadra hufca by się tu nie zmieściła.


Ugościła nas znajdująca się tam (oraz piętro wyżej, na powierzchni) Manufaktura Sztuki. Średniowieczna piwnica to miejsce, w którym czujemy się najlepiej.


Podobnie jak przed rokiem wigilię instruktorską przygotowywał nasz Krąg Instruktorski (który ciągle nie ma nazwy, ale jakoś dajemy radę). By zachować dla potomnych pamięć dzielnych druhów, którzy stanęli jak zawsze na wysokości zadania, zauważmy, że przygotowania naszej wigilii wymagały pracy w zespołach.


Ekipa, którą zorganizował Wojtek i z marszu dołączył do niej Gosię i Antka, upiekła pyszne pierniki.


Zespół Makarona przygotowała dwie sałatki, o dziwo bez makaronu.


Bo czymże byłaby wigilia bez sałatki warzywnej i sałatki śledziowej, tak szczodrze nakładanych na talerze wygłodniałych druhen i druhów.


Grupa pod wodzą Marasa zadbała o barszczyk z pasztecikami oraz kompot.


Joseph i jego ludzie przystroili piękną choinkę własnoręcznie wykonanymi ozdobami.


Bóła z pomocą kilku druhów i druhen zadbali o nakrycie do stołu.


Ja i trzy druhny napisaliśmy na poczekaniu alternatywną, zanurzoną w harcerskim sosie kolędę-niekolędę z podtekstem personalnym (nikt nie wie jakim, autorzy zwłaszcza).


Oto tekst, pod którym, oprócz mnie, podpisują się Ania, Magdalena i Paulina:

Pójdźmy wszyscy szukać zwierza
Dla harcerki i harcerza
Poszukajmy ogromnego
Lub przeciwnie – niewielkiego
Poszukajmy ogromnego
Lub przeciwnie – niewielkiego

Gdzieś ty śniegu ukochany
Przez harcerzy wyczekany
Komendantka powiedziała,
Że cię w lesie już widziała
Komendantka powiedziała,
Że cię w lesie już widziała

Co ty śniegu nasypany
Chowasz pod swymi warstwami?
Może skrywasz wielkie zwierzę,
Które chciało być harcerzem
Może skrywasz wielkie zwierzę
Które chciało być harcerzem

Śnieg zasypał Rodło całe
W ciemną noc to odśnieżałem
Rano przerwa na jedzenie
A tu pędzą dwa jelenie
Rano przerwa na jedzenie
A tu pędzą dwa jelenie
Olsztyn, 19.12.2018

A to wykonanie, autorzy na wszelki wypadek z tyłu kamery:


Inne, już na poważnie, dzisiejsze kolędy? Proszę bardzo, „Pójdźmy wszyscy do stajenki”:


„Dzisiaj w Betlejem”:


„Wśród nocnej ciszy”:


„Przybieżeli do Betlejem pasterze”:


„Gdy śliczna Panna”:


Pośpiewali? Wszystko gotowe? Pora na wieczerzę. Najpierw życzenia od komendantki i harcerska wersja opłatka, który powędrował wokół stołu…


I zasiadamy do stołu.


Może dokładkę?


Pora na prezenty. Otwieramy na trzy-cztery!


Święty Mikołaj nikogo nie zawiódł.


Część bardzo oficjalna – rozkaz komendantki hufca.


I mianowanie kilku nowych funkcyjnych w hufcu.


Na przykład komendantki szczepu.


Jeszcze „R jak Rodło” (w końcu jesteśmy w Wysokiej Bramie, która trafiła do tej piosenki), jeszcze „Bratnie słowo”, jeszcze harcerskie porządki i kolejna wigilia instruktorska naszego hufca przeszła do historii…