niedziela, 20 maja 2018

Hiszpanie widzą to na czarno

Niemiec przyłącza się do hiszpańskiego zespołu koncertującego w Berlinie Zachodnim i pod okiem francuskiego menedżera robią krótką, ale intensywną i zaskakująco utrwaloną w popkulturze karierę dzięki swemu jednemu jedynemu światowemu przebojowi zaśpiewanemu w języku angielskim. Przebój napisany zresztą przez Anglików (Tony Hayes, Steve Wadey, Michelle Grainger) i nagrany w 1966 roku w studio w Rochester niedaleko Londynu. Smakowita i dość prawdopodobna legenda mówi, że w nagraniu wziął udział, jako muzyk sesyjny, średnio jeszcze wówczas znany (oczywiście poza branżą) Jimmy Page. Prawdopodobna, ale czy prawdziwa? Owszem, Page od 1963 roku do czasów Led Zeppelin załapywał się na mnóstwo nagrań studyjnych, nawet tak znanych wykonawców jak Donovan czy The Rolling Stones. Ale na jego oficjalnej liście sesji nie ma Los Bravos.
O tym właśnie zespole warto dziś wspomnieć w 50. rocznicę tragicznej śmierci jego współzałożyciela i klawiszowca. Manuel (Manolo) Fernández popełnił samobójstwo20 maja 1968 roku, nie mogąc otrząsnąć się po śmierci swej żony Loti, która zginęła w wypadku samochodowym, gdy wracali ze ślubu Miguela Vicensa, basisty zespołu. Lo, jak ją czule nazywał, była w ciąży, a małżeństwem byli zaledwie dwa miesiące…
Tłumaczenie tego, przyznajmy, nieskomplikowanego utworu, powstało również z tej okazji, że od kilku tygodni mamy bilety do Sewilli (w której 29 września 1942 roku urodził się Manolo). Poprzedni hiszpański urlop spędzaliśmy dwa lata temu w Katalonii, więc tym razem pora na Andaluzję, do której z przyjemnością wrócę po dziewięciu latach. Z tym większą przyjemnością, że tym razem to będzie komfortowy listopad, a nie piekielnie upalny sierpień. Tłumaczenie zaczynałem zresztą dwa lata temu, z okazji tamtego urlopu, ale porzuciłem je wówczas z niejasnych powodów.


Czerń to czerń, by powróciła chcę
To szare jest, od kiedy nie ma jej, o, o
Cóż zrobić, cóż? Gdy czu-u-u-u-uję się smutny znów

Gdybym tylko mógł, wróciłaby tu już
Lecz czy ona chce widzieć znowu mnie, o, o
Cóż zrobić, cóż? Gdy czu-u-u-u-uję się smutny znów

Wybrać cóż, by nie stracić już
Co sił kocham ją
Gdyby u drzwi stanęła dziś mych
Wybaczyła błąd

Źle mi, źle, gdy smutno wciąż mi jest
Już czas, już czas, bym spokój ducha miał, o, o
Cóż zrobić, cóż? Gdy czu-u-u-u-uję się smutny znów

Wybrać cóż, by nie stracić już
Co sił kocham ją
Gdyby u drzwi stanęła dziś mych
Wybaczyła błąd

Czerń to czerń, by powróciła chcę
To szare jest, od kiedy nie ma jej, o, o
Cóż zrobić, cóż? Gdy czu-u-u-u-uję się smutny znów
Gdy czu-u-u-u-uję się smutny znów
Olsztyn, 1.05.2016, 9-20.05.2018

Teledysk z epoki, a właściwie scena otwierająca film z 1967 roku o adekwatnym tytule „Los chicos con las chicas” (Chłopcy i dziewczyny). Film w reżyserii Javiera Aguirre’a ewidentnie naśladował to, co z Beatlesami zrobił kilka lat wcześniej Richard Lester.


Nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć pewnej piosenki Rolling Stonesów i zastanowić się kto ewentualnie dla kogo był inspiracją. „Paint it Black” Stonesi nagrali 6-9 marca 1966roku, a singiel wyszedł 6 maja. Kiedy dokładnie nagrywali pod Londynem Los Bravos nie wiem, ale „Black is Black” wylądowało na 2. miejscu brytyjskiej listy przebojów w lipcu 1966 roku. Zaryzykuję, że to od Stonesów szła inspiracja.
Aha, skoro na początku pojawia się Niemiec, poznajmy jego nazwisko. Nazywa się Michael Kogel i urodził się w Berlinie 25 kwietnia 1944 roku.

Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

piątek, 11 maja 2018

Czas nie tyka Bukartyka

Nie wiem, jak to się stało, że Piotr Bukartyk przyjeżdża do Olsztyna częściej niż Antoni ma erupcje swego geniuszu, a ja jestem dopiero drugi raz na jego koncercie. Nie Antoniego. Piotra. I to po dziewięciu latach. Na usprawiedliwienie dodam, że poprzednio, gdy chciałem się wybrać, też do Sowy, artysta musiał odwołać występ z powodu choroby. Swojej. Nie Antoniego.


Koncert, jak to w Sowie tradycyjnie podzielony na dwie części, składał się, niespodzianka, z dwóch części. W pierwszej części była część pierwsza z piosenkami z najnowszej płyty „Ja, wolny człowiek” (czyli vol. 2 „Z czwartku na piątek” z 2010 roku). W drugiej części była część druga z przeglądem płyt, które Piotr B. wydał w ostatnich dwudziestu latach (spóźniony debiucik fonograficzny).


Piotrowi B. od lat towarzyszy Krzysztof Kawałko z Dywit, nie inaczej było dziś.


Przysłuchując się kolejnym piosenkom, w których dobra zmiana dostaje tęgie lanie, zacząłem zastanawiać się nad sensem sprzedawania tych tekstów publiczności składającej się ewidentnie z czołowych przedstawicieli olsztyńskiego gorszego sortu. Podobnie mnie zresztą zastanawia, gdy lepszy sort bawi się przy coraz cieńszych bon motach Ryszarda Makowskiego lub Jana Pietrzaka. Przecież w obu przypadkach widzowie nie dowiadują się niczego, czego by nie wiedzieli lub z czym by się nie zgadzali. Klasyczny efekt potwierdzania.


Piosenki wesołe przeplatały się z niewesołymi, przy czym te pierwsze to w paru miejscach śmiech przez łzy… Na finał piosenka niewesoła, żebyśmy po koncercie poszli pić na smutno.


A tą niewesołą pieśnią było „I nawet mam już ten dom”, czyli wspomnienie Wojtka Bellona. Tym bardziej przygniatająca, że napisana przez faceta, który pił wódkę i rozmawiał do rana z Bellonem w ostatnich dniach jego życia.


No to czekam na kolejny koncert w Olsztynie. Może nie dziewięć lat. Wprawdzie nie zakładam, by koncert Bukartyka AD 2019 różnił się od koncertu Bukartyka AD 2018 czy AD 2009, ale nie oczekujemy przecież by był lepszy, skoro jest świetny. Czas się go nie ima (imak się go nie czesze?)

niedziela, 6 maja 2018

Na śmierć

Umówmy się, że pierwszy (nie znaczy, że pierwszy w ogóle) był Cat Stevens, któremu rozstanie z ukochaną skojarzyło się z jej zgonem. Brian May, przyznajmy, jest jednak bardziej dosadny. Stevens poetycko opisuje domniemane zwłoki, a May wali prosto z mostu już w tytule piosenki. „All Dead, All Dead” to utwór z „News of the World”, chyba mojego albumu Queen, który poznałem z grubsza już w chwili jego ukazania się w 1977 roku (grali w Programie Trzecim Polskiego Radia aż miło).


W tłumaczeniu musiałem być czujny, bo Brian, człowiek bądź co bądź wykształcony (co prawda w matematyce, fizyce i astrofizyce, z której to ostatniej nawet się po latach doktoryzował, co nie dziwi, wziąwszy pod uwagę np. jego utwór „'39”), wcisnął do tekstu tytuł sztuki Williama Shakespeare'a „Wiele hałasu o nic”. Co jeszcze wcisnął, każdy szuka na własną rękę.

Zjawiła się bez forsy
I bez imienia też
Hałasu wiele o nic
To próbowała rzec

Hałasu wiele, słodka
Graliśmy w tyle gier
Przez każde przeszłe lato
Przez każdy cenny dzień

To śmierć, to śmierć
Naszych marzeń kres
I tak myślę, czemu żyję wciąż
To śmierć, to śmierć
Ja, choć sam, trzymam się
Ma słodka jednak nie
To śmierć, śmierć to, to śmierć

To śmierć, to śmierć
Tam, gdzie tęczy kres
Słyszę, pieśń jej słodką wciąż
To śmierć, to śmierć
Przyjmij znowu mnie
Ma przyjaciółka, wiesz
To śmierć, śmierć to

Łączyły nam się drogi
Włóczyłem cały czas
Lecz, proszę, wybacz to mi
Że dziecko w sobie mam

To śmierć, to śmierć
Lecz pocieszam się
Każdego kiedyś spotka to
To śmierć, to śmierć
Lecz nadzieję mam
I nie chcę wierzyć sam
W twą śmierć, śmierć twą
To śmierć, śmierć to
Olsztyn, 4-6.05.2018



Jak się okazuje, na wschodzie też tłumaczą Queen, np. Евгений Суслов, który uważa, że „Всё тлен”. Zaryzykuję, że „wsjo tljen” znaczy mniej więcej „wszystko gnój” albo coś w rodzaju „z prochu powstałeś, w proch się obrócisz”. Niech nas nie myli zwodnicze podobieństwo słów – тлен to nie tlen. Rosjanie nie dorobili się własnej nazwy tego pierwiastka i pozyskują ją tłumacząc, jak znaczna część świata, z łaciny, jako кислород, czyli kwasoród, zupełnie jak my za podszeptem Jędrzeja Śniadeckiego, który wprowadził tę nazwę na kilkadziesiąt lat, zanim Jan Oczapowski w połowie XIX wieku nie zaproponował lepiej brzmiącej nazwy tlen. Co ciekawe, w klasycznym wariancie białoruskiej ortografii (tzw. taraszkiewicy), ukształtowanym około 1918 roku, gdy Białoruś po raz pierwszy próbowała się wybić na niepodległość, tlen to тлен. Ale w zsowietyzowanej w 1933 roku wersji języka białoruskiego tlen to кісларод.
A wracając do rosyjskiego przekładu... Tekst nieco rozpoetyzowany, ale trzymający się z grubsza oryginalnego przesłania.


Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

wtorek, 1 maja 2018

Tymon nad kanałem

Nie będę oceniał występu (bo przecież nie koncertu), na który się spóźniłem. Zresztą przecież już dawno nie oceniam, pozwalałem sobie na to pacholęciem będąc, „when I was younger, so much younger than today” („Help!” było, a jakże). Dziś raczej przyglądam się, rejestruję fakty, a oceny uważam za czyny mocno ryzykowne. Nazwijcie to tchórzostwem, jeśli lubicie… oceniać :)


Pierwszomajowy występ Tymona Tymańskiego na Wielkie Otwarcie Sezonu przy moście obrotowym w Giżycku wpisałem sobie do swego kalendarzyka już kilka miesięcy temu. Tym chętniej, że miał grać Beatlesów, a od dawna Tymon zapowiada własną wersję „White Album”, którą nagrywa (nagrał już?) z zaprzyjaźnionymi muzyki. Od wielu miesięcy ogrywa ją na koncertach w Polsce z dużymi składami. Dziś w Giżycku skład był kameralny, co w niczym nie przeszkadzało zagrać kilku utworów Lennona i McCartneya.


W biegu, wpadając znad kładki nad kanałem, usłyszałem więc wspomniane „Help!” (ten młodzieńczy żar w głosie Lennona jest jednak nie do podrobienia), usłyszałem świetną wersję „Come Together”.


Takie plenerowe występy artystów, którzy, jeśli śpiewają o majteczkach, to na pewno nie o tych w kropeczki, ale o takich, na których z przodu jest napisane ROMA, a z tyłu oczywiście AMOR, są dość ryzykowne dla gospodarzy. Ciekawe czy za kilka miesięcy w czasie samorządowej kampanii wyborczej nie pojawi się zarzut, że Tymon na miejskiej imprezie szargał jedynie słuszne wartości. I że ze sceny padło słowo „gówno” (i jeszcze ze świętym przymiotnikiem).


Na koniec było „Strawberry Fields Forever”. Tymon dał publice do wyboru „Hey Jude” lub właśnie „Strawberry Fields Forever”. Gdzie dwie propozycje, tam Polacy mają trzy zdania, więc jeden głos był za „Hey Jude”, jeden za „Strawberry Fields Forever”, a jeden z nienacka za „Helter Skelter”. Tymon wybrał Truskawkowy Plac, za co dziękuję, bo tym, czym dla Lennona był Liverpool, dla mnie jest przecież Giżycko.


Po koncercie zamieniłem z Tymonem kilka zdań, głównie na swój ulubiony temat, czyli polskie wersje niepolskich piosenek. Będę Cię jeszcze, Tymon, dręczył. Widzimy się w Dywitach 4 sierpnia (mam nadzieję, że zdążę wrócić z krakowskiego koncertu Rogera Watersa). Swoją drogą ciekawe co będzie, jeśli w Dywitach, na świętej Warmii, Tymon też zaśpiewa o majteczkach z napisem Roma. Znam jedną zupełnie niepapierową gazetę, której publicyści dostaną piany na ustach.


Nie tylko z kronikarskiego obowiązku odnotuję, że drugą Martwą Gitarą był dziś Marcin Gałązka. Zbieżność nazwisk nieprzypadkowa :)


Facebook podpowiedział mi, że nad Kanałem Łuczańskim było dziś sporo znajomych. Jakoś pod sceną Was nie widziałem… Czyli muzyka była jednak tylko dodatkiem do otwarcia sezonu żeglarskiego, o co Tymon na pewno się nie obraża. Taka karma.