środa, 29 sierpnia 2018

Stary człowiek i może

To nawet fajnie, że gdy 3 grudnia będę na krakowskim koncercie Paula McCartneya, w czasie którego pojawią się na pewno ze dwie lub trzy piosenki z jego najnowszej płyty „Egypt Station”, minie dokładnie dziesięć lat od czasu, gdy stałem pod piramidami w Gizie. Tymi samymi, jakie zdobią okładkę płyty, która ukaże się w najbliższy piątek. Swoją drogą to ciekawe, że płyty jeszcze nie ma, a już tyle o niej wiadomo – że 16 stacji (przepraszam, utworów) + dwa dodatkowe, że concept album, że okładka z piramidami. Nie wspominając o tym, że znamy już trzy utwory, co akurat jest standardowe.


Na przykład „Come On To Me”, czyli coś w rodzaju „Mam w hotelu najnowszy numer Przekroju”, na co podrywał w Paryżu z wiadomym skutkiem dyrektor Pol-Pimu Tadeusz Krzakoski. Jak widać 76-letni Paul McCartney potrafi nie tylko wydać ciekawą (tak się zapowiada) płytę, ale i ma jeszcze sporo wigoru…


Ujrzałem uśmiech twój
A może to był sen
Ty chciałaś więcej niż
Niewinnej konwersacji

Przysięgam – oka rzut
Nim odwróciłaś się
Nie widzę sensu już
Z pokusą twoją walczyć

Czy ty odwiedzisz mnie?
Czy ja odwiedzę cię?
Jeśli odwiedzisz mnie,
To ja odwiedzę cię

du du du du du du
du du du du du du
du du du du du du
du du du du du du

Nie sądzę, żebym mógł
W oczekiwaniu trwać
Jak szybko uda się
Te formalności przebyć?

Musimy znaleźć gdzieś
Miejsce, by sami być
Spędzić cudowny czas
By nikt nam nie przeszkodził

Jeśli odwiedzisz mnie,
To ja odwiedzę cię
Jeśli odwiedzisz mnie,
To ja odwiedzę cię

du du du du du du
du du du du du du
du du du du du du
du du du du du du

du du du du du du
du du du du du du
du du du du du du
du du du du du du

Zanim swój chwycisz płaszcz
Dyskretny stanę się
Nie może widzieć nikt
Wymiany informacji

Cóż, ujrzałem uśmiech twój
A może to był sen
Ty chciałaś więcej niż
Niewinnej konwersacji

Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja
Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja

Jeśli odwiedzisz mnie,
To ja odwiedzę cię
Jeśli odwiedzisz mnie,
To ja odwiedzę cię

Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja
Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja

Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja
Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja

Zrobię to, zrobię to, zrobię to, tak
Zrobię to, zrobię to, zrobię to, tak, jeśli…

Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja
Jeśli odwiedzisz mnie,
To potem ciebie ja
Olsztyn, 28-29.08.2018



Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

piątek, 10 sierpnia 2018

Zalef Niemena

Dawno już nie byłem na tradycyjnym sierpniowym koncercie z Niemenem w roli głównej w olsztyńskim Amfiteatrze im. Czesława (a jakże) Niemena. A to impreza z tradycją już dziesięcioletnią. Jak na Olsztyn, ogromną. 2009, 2011, 2013, 2014


Gdy w styczniu ukazała się płyta „Zalewski śpiewa Niemena”, wiedziałem, że w tym roku pójdę na Dzień Niemena, ale pod warunkiem, że pojawi się na nim Zalef. Jako że się pojawił, oto jestem. Jestem, bo przezornie kupiłem bilet pierwszego dnia sprzedaży. A nie ma tych, którzy odkładają wszystko na ostatnią chwilę… Biletów oczywiście zabrakło! I tylko nie wiem czy bardziej z powodu Niemena, czy bardziej z powodu Zalewskiego.


A może z powodu sióstr Przybysz?


Jak wypadł koncert? Byłem niedawno na Stonesach i na Watersie, Tymona nie wspominając, więc jest do czego porównywać. A że ręce same składały się do braw, nie moja wina (tylko rąk i Zalefa).


Zagrali całą płytę i coś jeszcze.


Zagrali bez wydziwiania – utwory według kolejności na płycie. Z jedną drobą zmianą – ostatnim utworem (instrumentalnym „Outro inspirowane Blue Community”) otworzyli koncert. Na rozgrzewkę. A potem:
- „Doloniedola” (jakaż aranżacja!)
- „Przyjdź w taką noc” (tak zaczynać od przeboju…)
- „Dziwny jest ten świat” (tu mógłby Zalewski zapolitykować, coś nawet napomknął, ale kropki nad i nie postawił)
- „Status mojego ja” (Niemen deklaruje w 1989 roku apolityczność czy apartyjność?)
- „Począwszy od Kaina” (bujamy się do piosenki o złych uczynkach)
- „Kwiaty ojczyste” (skandujemy w myślach „Tadeusz Kubiak!”, „Tadeusz Kubiak!”)
- „Jednego serca” („Adam Asnyk!”, „Adam Asnyk!”)
- „Pielgrzym” („Cyprian Kamil Norwid!”)

Odstępstwo od płyty, czyli głos mają siostry:
- Natalia Przybysz – „Mów do mnie jeszcze” („Kazimierz Przerwa-Tetmajer!”)
- Paulina Przybysz – „Ode to Venus” („Czesław Niemen!”)

I wracamy na płytę:
- „Spojrzenie za siebie” (trzeci i ostatni kawałek z płyty „Terra Deflorata”, programowo niepopularnej)
- „Domek bez adresu” (w końcu coś dla ludzi…)

Udało się wyklaskać bis:
- „Sen o Warszawie” (Zalef akustyczny)
- „Jednego serca” (Krzysztof Zalewski kocha publiczność, publiczność kocha Krzysztofa Zalewskiego).


Skład aż ośmioosobowy, identyczny z tym, jaki nagrał płytę:
- Krzysztof Zalewski – wokal, gitara,
- Natalia Przybysz – chór, wokal,
- Paulina Przybysz – chór, wokal,
- Jerzy Zagórski – gitara,
- Tomasz Duda – saksofon, flet,
- Jarosław Jóźwik – instrumenty klawiszowe,
- Pat Stawiński – bas,
- Kuba Staruszkiewicz – perkusja.


I bisu już nie było, ale zrobiłem sobie jeszcze dwa pokątnie:
- Męskie Granie Orkiestra 2018 z Zalewskim, czyli „Początek” na 1. miejscu Listy Przebojów Trójki słyszałem już w domu z radia (gdy kilkadziesiąt minut wcześniej słyszeliśmy na żywo „Jednego serca”, słuchacze Trójki słyszeli ten utwór na 8. miejscu),
- a potem audycja „Zalef zgiełku” (teraz już wiem, że czasem bywa z taśmy, dziś się chyba nie przyznał).

I tak powinny wyglądać wszystkie piątki!

sobota, 4 sierpnia 2018

Bez paniki! Jesteśmy w Dywitach

Miałem trochę obaw związanych z tym koncertem. Raz, że występ darmowy. Dwa, że na imprezie promującej piwo. Trzy, że ludność mogła mieć rozmijające się z artystą oczekiwania co do przebiegu koncertu. W końcu Tymon Tymański, bo o nim mowa, należy do tej grupy muzyków, którzy mają wiele twarzy (jedną z nich widziałem trzy miesiące temu w Giżycku). I wprawdzie każda z tych twarzy ciekawa, ale nie każda musi przypaść do gustu przypadkowej widowni.


Tymon stanął na wysokości zadania, bo… stoi na czele wielu projektów i mógł zaspokoić różne oczekiwania. Było więc coś z „Wesela”, było coś z płyty „P.O.L.O.V.I.R.U.S.” i było coś z najnowszego wynalazku, jakim jest grupa Tymon Tymański & MU. Z tym właśnie zespołem pojawił się dziś na Święcie Warmińskiego Piwowara w Dywitach.


MU tworzą: Tymon Tymański – gitara, bas, klawisze, wokal, Marcin Gałązka – gitara, Michał Jan Ciesielski – saksofon, klawisze, Jacek Prościński – perkusja, Szymon Burnos – klawisze.


Zarejestrowane dla potomności, momentami w strugach deszczu, utwory pokazują, że Tymon może wyjść z jazzu, ale jazz z Tymona nie chce… Np. „Heartbreaker”:


Jak to się stało, że „Jesienna deprecha” leczy nas z depresji już od 20 lat… Chyba wpadnę z tego powodu w depresyjkę.


Słuchając „Nie mam jaj” przypomniałem sobie, jak to w 1999 czy 2000 roku koncertowa płyta „Na żywo w Pstrągu” z prawie jedenastominutową wersją tego utworu nie opuszczała mego odtwarzacza. I że miałem wówczas okazję dwukrotnie widzieć na żywo Kury, m.in. z tym utworem. Dziś wersja „tylko” ośmiominutowa.


Nie znam jeszcze twórczości zespołu MU na wyrywki, więc zaryzykuję, że ten utwór nazywa się „Techno”.


Koncert krótki, bo w warunkach festynowych, a w kolejce czekał Maleo Reagge Rockers. Nie zostałem, pewnie źle zrobiłem.

piątek, 3 sierpnia 2018

Tylko z polityką proszę

Podobno muzyka łagodzi obyczaje. To prawda. Z tym, że raczej gówno prawda. Taką mało wyszukaną refleksję mam po krakowskim koncercie Rogera Watersa (po gdańskim, mimo że na nim nie będę, refleksja mi się zapewne pogłębi). I nie, nie chodzi mi o to, że Waters uruchomił jakiś przemysł pogardy, czy coś w tym rodzaju. Po prostu ludzie na siebie napadli, bo jednym spodobało się to, co Roger Waters głosił słowem, tekstem, obrazem ze sceny, a innym wręcz przeciwnie. A nawet nie tyle to, co mówił, ale to, że w ogóle mówił.


Od razu sobie wyjaśnijmy, że ja należę do tej pierwszej grupy. I teraz napadnę na tę drugą. Dlaczego? Bo nie rozumiem, jak można podniecać się muzyką Pink Floydów, wybulić kilkaset złotych na koncert Rogera Watersa, a następnie irytować się, że ktoś miesza politykę z muzyką… Drodzy miłośnicy Czystej Formy, Waters robi to już ponad 40 lat, był czas przywyknąć! Podobnie jak robił to John Lennon, jak robili to Rage Against the Machine, jak czynił Bob Dylan, że wymienię tylko najbardziej wyraziste przykłady. Pusty śmiech mnie zatem ogarnia, gdy ktoś marudzi, że przyszedł do Tauron Areny posłuchać tylko muzyki, a nie politycznych manifestów.


Tylko muzyki? Serio? To może od razu powiedzmy sobie, że otwierająca koncert scena na plaży to reklama wczasów nad morzem…


Powiedzmy, że „Breathe” to jest „tylko muzyka”, a nie krytyka wyścigu szczurów, które i tak wszystkie skończą w trumnie.


Powiedzmy, że „One of These Days” to jest „tylko muzyka”, bo przecież nie ma słów.


Powiedzmy, że „Time” to jest „tylko muzyka”, a nie gorzkie żale z powodu marnowania czasu.


Powiedzmy, że „The Great Gig in the Sky” to jest „tylko muzyka”, a nie flaki mentalne, które wychodzą nam na wierzch, gdy pomyślimy o śmierci.


Powiedzmy, że „Welcome to the Machine” to jest „tylko muzyka”, a nie krytyka pazernego show bussinesu.


Powiedzmy, że „Déjà Vu” to jest „tylko muzyka”, a nie rozpacz nad światem, który Komuś nie wyszedł.


Powiedzmy, że „The Last Refugee” to jest „tylko muzyka”, a nie jeden z tych bolesnych tematów, których świat wolałby nie dostrzegać.


Powiedzmy, że „Picture That” to jest „tylko muzyka”, a nie rozważania o współczesnym świecie.


Powiedzmy, że „Wish You Were Here” to jest „tylko muzyka”, a nie smutek za czymś utraconym, może ideałami, może przyjacielem.


Powiedzmy, że „The Happiest Days of Our Lives” to jest „tylko muzyka”, a nie wyrzut sumienia ciała pedagogicznego rekompensującego sobie w szkole nieudane życie osobiste.


Powiedzmy, że „Another Brick in the Wall (Part 2)” to jest „tylko muzyka”, a nie sprzeciw wobec skostniałego systemu edukacji.


Powiedzmy, że „Another Brick in the Wall (part 3)” to jest „tylko muzyka”, a nie kolejny odcinek bolesnej autopsychoanalizy Rogera W.


Powiedzmy, że ten cały manifest polityczno-społeczny w przerwie koncertu to tylko niepotrzebny dodatek do ślicznej muzyki, która przecież od tylu lat robi nam ciary, gdy słuchamy Topu Wszech Czasów Trójki.


Powiedzmy, że znak zapytania przy Putinie oznacza, iż Waters jest lewakiem (bo zawsze tak mówimy, gdy nie potrafimy sobie poradzić z czyimiś poglądami).


Powiedzmy po przerwie, że „Dogs” to jest „tylko muzyka”, a nie cierpkie refleksje o tym, że zawsze ktoś będzie kimś chciał rządzić, być ważniejszy.


Powiedzmy, że „Pigs (Three Different Ones)” to jest „tylko muzyka”, a nie szydera z ludzi chorych na władzę.


(Na marginesie – zastanawiałem się, czy nie padnie rym do nieodzownego na rozpolitykowanym koncercie słowa FUCK).


Powiedzmy, że „Money” to jest „tylko muzyka”, a nie rozważania o tym, co robią z nami pieniądze (ciut poważniejsze niż to, że ona czuje we mnie piniądz).


Powiedzmy, że „Us and Them” to jest „tylko muzyka”, a nie obraz świata podzielonego na „my” i „oni”, co brzmi niepokojąco znajomo…


Powiedzmy, że „Smell the Roses” to jest „tylko muzyka”, a nie kilka gorzkich słów o świecie, który swoje problemy rozwiązuje zazwyczaj siłą.


Powiedzmy, że „Brain Damage” to jest „tylko muzyka”, a nie rzecz o szalonych politykach.


Powiedzmy, że „Eclipse” to jest „tylko muzyka”, a nie dręczenie słuchacza wszystkimi problemami tego świata.


Rymu do słowa „fuck” nie było, ale Waters nie mógł być gorszy od Jaggera, więc kilka słów bezpośrednio do nas przed bisem usłyszeliśmy. Słowa o rozdziale Kościoła od państwa w Krakowie brzmią nieźle, ale szkoda, że koncert nie odbywał się w Toruniu… Ciekawe, co Roger Waters powie w Gdańsku.


Wsłuchując się w dwa utwory na bis, powiedzmy, że „Mother” to jest „tylko muzyka”, a nie pieśń o toksycznej miłości rodzicielskiej.


I powiedzmy na finał, że „Comfortably Numb” to jest „tylko muzyka” (wiadomo, ze świetną solówką), a nie jakaś tam podróż do wnętrza pozbawionego wszelkich emocji bohatera, którego świat zdążył skrzywdzić, a on świata jeszcze nie…


Zapewne ci, którzy poszli na koncert Rogera Watersa „tylko po muzykę”, sądzą, że:
- „Mother” nadaje się na Dzień Matki,
- „Have a Cigar” jest o szkodliwości palenia,
- cały album „The Dark Side of the Moon” to wyraz fascynacji zespołu astronomią,
- „Dogs” powstał, gdy Waters zapisał się do Brytyjskiego Towarzystwa Kynologicznego,
- „Smell the Roses” mówi o tym, że kobiecie należy dawać kwiaty,
- „Welcome to the Machine” to rozważania o mechanizacji produkcji,
- „Us and Them” to nastrojowa ballada, pościelówa w zasadzie...


Takich kontrowersji nie było po koncercie Davida Gilmoura, który wystąpił dwa lata temu we Wrocławiu. Zupełnie inne przedstawienia, pokazujące chyba dobitnie, dlaczego panowie nie mogą ze sobą pracować. Takiego obrazka na koncercie Gilmoura przecież byśmy nie zobaczyli:


Ani takiego tym bardziej:


No, może taki, bo przecież i Gilmour, i Waters są kustoszami spuścizny po Pink Floydach, którzy zapewne już się nie zejdą. I Mason też, jak się okazało, bo wyrusza na sentymentalną trasę z utworami Pink Floydów (czekam, aż zawita do Polski).


Zarówno wrocławski koncert Gillmoura, jak i krakowski występ Watersa miałem przyjemność oglądać w towarzystwie muzyków Spare Bricks, z którymi przygotowaliśmy „The Wall” po polsku z moim tłumaczeniem (oficjalna premiera 2 listopada w Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku).


Jeśli komuś zostało jeszcze 16 minut wolnego czasu, to może obejrzeć skrót koncertu ze wszystkimi 22 utworami, jakie wykonał dziś w Krakowie Roger Waters.


I jeszcze doceńmy cały zespół, towarzyszącemu Watersowi.


Gus Seyffert (gitary, bas, klawisze, wokal wspierający)


Jonathan Wilson (gitary, klawisze, wokal i wokal wspierający)


Jon Carin (klawisze, gitary, wokal wspierający)


Ian Ritchie (saksofon)


Joey Waronker (perkusja)


Bo Koster (organy Hammonda)


Jessica Wolfe i Holly Laessig (wokal i wokal wspierający, instrumenty perkusyjne)


I Dave Kilminster (gitary, talk box, wokal wspierający), którego nie udało mi się uchwycić na zdjęciu.

No i oczywiście dwanaścioro podopiecznych Akademii Przyszłości.