niedziela, 28 października 2018

Grecy przyjmują do wiadomości istnienie Wenus

Po sytej greckiej kolacji spędzonej w muzycznych oparach tutejszego folku, zapragnęliśmy mocniejszych wrażeń. Koncert w Mojo Club miałem już namierzony kilka dni przed wyjazdem, przypominające spojrzenie na Facebooka, znalezienie taksówki, która załaduje pięć osób (żaden wyczyn, w Indiach jeździliśmy w ambasadorze w sześć osób z dużymi plecakami + kierowca) i już po 15 minutach byliśmy przed klubem na ul. Papadiamantopoulou.


Wnętrze klimatyczne, w środku pełno ludzi, bo za 10 minut zaczynają grać Sinnis i Zervos, cokolwiek to znaczy.


No i zagrali kilkadziesiąt utworów, same covery. Sama klasyka, z połowę mam przetłumaczonych. Kilka fragmentów ocaliłem dla potomności.
„Seven Nation Army” The White Stripes. Kiedyś przetłumaczę. I zagram.


A teraz pomieszanie z poplątaniem, czyli napisana po angielsku „Venus” holenderskiego Shocking Blue tym razem po grecku. Zamieszanie tym większe, że przecież Wenus to rzymski wynalazek, Grecy mieli Afrodytę.


„Wish You Were Here”. Czymże byłby koncert z repertuarem zaczerpniętym z klasyki rockowej bez Pink Floydów?

Do greckiego kotleta

Niby klasyczna ateńska sytuacja – restauracja pod turystów (Bairaktaris przy placu Monastiraki) z muzykami grającymi greckie kawałki.


Faceci wzbudzili moją sympatię wyglądem robotników pobliskiej budowy, podejściem na luzie i totalnym brakiem prób nawiązania kontaktu z ludźmi wcinającymi greckie specjały. Po prostu weszli, podłączyli się do wzmacniacza, postawili kubek na kasę i zagrali kilkanaście utworów.


W tym oczywiście obowiązkową zorbę (w ten sposób usłyszałem ją w czasie czterodniowego pobytu w Atenach trzy razy).


Restauracja nie jest do końca taka turystyczna. Odwiedzają ją od lat greckie sławy – aktorzy, muzycy, politycy. Przepraszam, nie znam.

sobota, 27 października 2018

Grecka sałatka muzyczna

To prawda, że w Atenach poszliśmy do restauracji z programem artystycznym skrojonym na miarę możliwości poznawczych masowego turysty. I to prawda, że grali i tańczyli zorbę. Co poradzisz. Siedź człowieku i doceniaj kunszt tych, co tańczą, śpiewają i grają… Nawet jeśli to jest nieco hermetyczne. Kolejne ludowe piosenki z kolejnych regionów Grecji, niczym się nie różniące od siebie dla słowiańskiego ucha.


Nie szkodzi, przynajmniej stroje się zmieniały jak w kalejdoskopie (szkocki wynalazek, ale nazwa grecka, co na pewno zauważyłaby nasza przemiła pani przewodnik, gdyby ją o to słowo zapytać).


Mieliśmy więc tańce męskie:


I to w wersji ekwilibrystycznej:


Z zaskoczeniem patrzyłem na taniec brzucha, tradycję utożsamianą raczej z Turcją (a wiadomo, że Turek Grek nie dwa bratanki bynajmniej).


Od głównie mnie interesującej strony muzycznej była oczywiście zorba zagrana na buzuki. Turysta chce, turysta ma.


No i zorba zatańczona (co za zaskoczenie) na nogach. Turysta chce, turysta ma.


Na sali byli Hindusi, Anglicy i inne nacje, ale szybko opanowaliśmy restaurację i pani Greczynka (kogoś mi przypomina…) zaskoczyła nas śpiewając po polsku „Hej, sokoły”. Mam do takich sytuacji ambiwalentny stosunek. Z jednej strony miło, że się nauczyła (setki polskich wycieczek…). Z drugiej strony nie po to człowiek jedzie za granicę, by obcować z polską kulturą biesiadną. Coś w rodzaju tych enklaw w Egipcie, gdzie serwują schabowego.


Wszystko to nie zmienia faktu, że było miło. Tezę o tym, że Grecy położyli podwaliny pod kablówkę, da się obronić.

O czym tu śpiewać na ateńskim bruku?

Pierwszy wyjazd do Aten i od razu wylądowałem na ulicy…


Konkretnie na ulicy Ermou, handlowym deptaku w centrum greckiej stolicy. Ludzie deptają w tę i z powrotem, więc jest okazja zarobić parę groszy. Ja, póki co, nie muszę, ale nie odmówiłem przykolegowania się do tamtejszego rezydenta muzycznego.


Robiący z gitarą na stricie Dimitris Glaros Kostagiolas wygląda jak najprawdziwszy Grek, ale repertuar ma światowy (po zorbę zapraszamy do licznych nastawionych na turystów restauracji). Więc po pierwsze zaśpiewaliśmy, jak na prawdziwych Polaków przystało, „Whisky” Dżemu.


Uważny obserwator powyższego filmu powinien zauważyć, że porcję whisky rozłożyliśmy na dwa dni. Pierwsze zwrotki zaśpiewaliśmy w piątek, a końcowe wykonaliśmy w sobotę. Różnicy nie szukajcie w mojej koszuli (dwa wieczory w tej samej, co za wstyd), to Dimitris ubrany jest inaczej.


Chciałem zagrać niedawno przetłumaczonego Hendriksa, ale gitara Dimitrisa była ewidentnie w nieznanym mi stroju…


Na szczęście w jego kosmopolitycznym repertuarze Dimitrisa jest np. „Sunshine Of Your Love” (spokojnie wysłuchałem) oraz „Whole Lotta Love”. Tu nie wytrzymałem i musiałem się przyłączyć. W końcu ja też mam na imię Robert


Dzięki, Dimitris, za dwa spotkania na greckiej ulicy. Jeśli kiedyś tam wrócę, na pewno coś zagramy razem!

piątek, 5 października 2018

Dreptak w Gietrzwałdzie

Tak, to prawda, że najpierw poznałem twórczość Olka Grotowskiego, a dopiero potem usłyszałem o Jerzym Grotowskim. Tak, to prawda, że gdy w połowie lat 90-tych powiedziałem do sekretarz redakcji olsztyńskiej „GW”, że w Olsztynie będzie śpiewał Grotowski i chciałbym zapowiedzieć na łamach ten koncert, to świętej pamięci Pani Maria popukała się w głowę, bo przecież Grotowski nie śpiewa, tylko reżyseruje. I tak, to prawda, że nie byłem jeszcze na koncercie Olka Grotowskiego. Do dziś.


W pierwszych słowach mego listu wyrażam ogromny szacunek dla wykonawcy za genialną pamięć. Pierwszy raz byłem na koncercie, na którym można było poprosić o konkretną piosenkę i od ręki ją usłyszeć (ognisk harcerskich nie liczę). A że repertuar Olek Grotowski ma przebogaty (300 piosenek), to wybierać z czego jest. No, ale jeśli się przez kilkadziesiąt lat zagrało parę tysięcy koncertów, to ma się te wszystkie teksty Andrzeja Waligórskiego (choć nie tylko jego) w głowie.


W drugich słowach mego listu podkreślam talent wykonawczy Aleksandra Grotowskiego. I nie tylko wokalny, ale też instrumentalny. Ustalał tonacje piosenek w locie, zmieniał akordy, a wszystko to z uśmiechem na twarzy godnym pewnego siebie profesjonalisty.


W trzecich słowach mego listu zauważam, że występ pana Olka uświetniły pani Ola i pani Olga.


Jedna przed, czyli pani Ola Krasowska na marimbie, które wykonała efektownie m.in. „Asturias” Isaaca Albéniza (przypomnę to sobie, gdy za kilka tygodni będę ponownie w Alhambrze i oczami wyobraźni zobaczę, jak ten utwór grał tam przed laty Andrés Segovia). Wytęż wzrok i znajdź na zdjęciu marimbę.


Oraz jedna w trakcie, czyli pani Olga Leszczyńska, która dała chwilę wytchnienia bohaterowi dzisiejszego wieczoru, śpiewając najpierw po rosyjsku pieśń Bułata Okudżawy „Молитва Франсуа Вийона”, czyli „Пока Земля ещё вертится” (trzeba było się uczyć cyrylicy)...


… a potem wykonując dwa utwory Boba Dylana we własnych tłumaczeniach. Drugi z nich to „Man of Constant Sorrow” (tego utworu akurat Dylan nie napisał, ale znalazł się na jego debiutanckiej płycie z 1962 roku).


Jeśli dodam, że pani Olga nieźle gra na gitarze i świetnie śpiewa oraz, jak twierdzi Olek Grotowski, jest jego kierowcą i ochroniarzem w jednym, to mamy do czynienia z naprawdę utalentowaną osobą…


Wracając do bohatera dzisiejszego wieczoru... Skoro koncert miał repertuar „na zawołanie”, to siłą rzeczy były najbardziej znane piosenki. Sam Olek zaczął, niewywoływany do tablicy, od „Ballady o cysorzu”. Sprawdzał zapewne czy publiczność wie, na jaki koncert przyszła… Cwany sposób, rozpoznanie bojem. Jako że znaliśmy tekst na pamięć, dalsza część wieczoru przebiegła w miłej i sympatycznej atmosferze wzajemnego zrozumienia i sojuszu wykonawcy z publicznością.


Krótki przegląd piosenek z dzisiejszego wieczoru rozpoczynają „Kajakowcy”, bardziej znani pod wszystko mówiącym tytułem „Kajakowa wycieczka”. Słowo daję, mam ten tekst wpisany ręcznie w swoim prywatnym śpiewniku z 1988 roku. Pływanie pod prąd równie niepopularne wtedy, jak i dziś.


„Jesień idzie” też by się nadawała do tego śpiewnika. Ostatnio śpiewałem dwa lata temu.


A teraz „Jesień idzie” w dekonstruktywistycznej wersji Artura Andrusa, która zamyka dyskusję nad tym, która pora roku jest najgorsza (najlepsza?).


Chwila nieco liryczna. „Pogodne popołudnie kapitana Białej Floty” („Transatlantyki na oceanach”), czyli wspomnienie Gosi Zwierzchowskiej. Wstyd powiedzieć, ale o jej śmierci dowiedziałem się dopiero po roku z audycji w Trójce.


„Na Księżycu”. Odnoszę wrażenie, że zgromadzonej na sali Gminnego Ośrodka Kultury w Gietrzwałdzie publiczności nie trzeba było wyjaśniać, że Kitaj to Chiny.


Dwa przykłady, z podobno 53, Bajeczek Babci Pimpusiowej. Nie tylko o niedźwiedziu.


„Rola”, czyli Stanisław Barańczak, Maciej Zembaty i Roman Kołakowski to geniusze tłumaczeń, ale dopiero w zestawieniu ze mną…


Na bis „Jarocin”. Słowa, dla odmiany, Artura Andrusa.


Z pamiątkowego zdjęcia na finał wynikają dwie rzeczy. Po pierwsze, że dziś na scenie pojawił się także Tomasz Salej z gitarą, który zapowiedział Olka Grotowskiego występując. Po drugie, że na scenie pojawił się dziś Paweł Jarząbek bez gitary, który zapowiedział Olka Grotowskiego nie występując.


Gietrzwałdzkie słoneczniki dla artystów.


Ukłony dla mistrza. Dzięki.


Aha, odnoszę wrażenie, że Olek Grotowski ma taką sama gitarę jak ja. Albo odwrotnie…