sobota, 27 lipca 2019

Torwar tajemnic

No i mam komplet. David Gilmour w 2016 roku, Roger Waters w 2018 roku i Nick Mason dziś. Tym sposobem Pink Floydzi ściągnęli ze mnie kasę trzy razy. Nie żałuję żadnej wydanej złotówki, szczególnie dzisiejszych. Co więcej, gdybym miał zrezygnować z któregoś z tych trzech postfloydowskich koncertów, to na pewno nie z występu Nick Mason’s Saucerful of Secrets. Powód jest prosty – to była naprawdę unikalna okazja, by posłuchać na żywo muzyki Pink Foydów sprzed 1973 roku. „The Dark Side of the Moon”, „Wish You Were Here”, „Animals” i „The Wall” to genialne płyty, ale okazji do obcowania z nimi na koncertach nie brakuje. Nicka Masona oglądałem zresztą z Jackiem Aumüllerem, basistą i wokalistą Spare Bricks, który dostarcza nam kilkanaście razy w roku okazji do wysłuchania na żywo muzyki z tych wielkich albumów Pink Floyd (choć zapuszczają się również w psychodeliczny okres PF).


Repertuar koncertu, jeśli go zestawić z twórczością Pink Floyd z lat 1973-1983 (przepraszam, ale skoro niektórzy sądzą, że Pink Floyd skończył się z odejściem Syda Barretta, to ja pozwolę sobie uważać, że skończył się z odejściem Rogera Watersa), pokazuje jak zespół zmienił się od „The Piper at the Gates of Dawn”(z którego usłyszeliśmy dziś aż cztery utwory) do powiedzmy „The Wall” (z którego nie usłyszeliśmy dziś żadnego utworu, bo oczywiście nie mieliśmy usłyszeć). Tak na marginesie dodam, że to był ogromny rozwój, ale i tak nic nie może przebić przemiany, jaka stała się udziałem The Beatles na drodze od „Love Me Do” do „Tomorrow Never Knows” (żeby nie podpierać się wyeksploatowanym przykładem „Revolution 9”).


No to jedziemy z tym repertuarem… Nie było zaskoczenia, grają praktycznie to samo na całej trasie (dziś się zresztą kończącej, przynajmniej na razie).

„Interstellar Overdrive”


„Astronomy Dominé”


„Lucifer Sam”


„Fearless” (staje mi przed oczami Maciej Zembaty…)


„Obscured by Clouds”


„When You're In”


„Remember a Day”


„Arnold Layne” (pamiętam zaskoczenie, gdy usłyszałem to na pierwszym koncercie Spare Bricks, na którym miałem okazję być)


„Vegetable Man”


„If” # „Atom Heart Mother” # „If” (z okazji tego koncertu przetłumaczyłem tylko jeden utwór, właśnie „If”)


„The Nile Song”


„Green Is the Colour”


„Let There Be More Light” (nieźle to brzmi w wersji Tales of Pink Floyd)


„Childhood's End”


„Set the Controls for the Heart of the Sun”


„See Emily Play”


„Bike”


„One of These Days”


A na bis…

„A Saucerful of Secrets”


„Point Me at the Sky”


Trochę statystyki:
- płyta „The Piper at the Gates of Dawn” – 4 utwory
- płyta „A Saucerful of Secrets” – 4 utwory
- płyta „More” – 2 utwory
- płyta „Atom Heart Mother” – 2 utwory (no, może półtora, bo tytułowa suita we fragmencie)
- płyta „Meddle” – 2 utwory
- płyta „Obscured by Clouds” – 3 utwory.
I cztery utwory singlowe:
- „Arnold Layne” (singlowy debiut),
- „Vegetable Man” (no, to jednak nie był singiel, ale też nie żadna regularna płyta),
- „Point Me at the Sky” (singiel jak najbardziej),
- „See Emily Play” (drugi singiel).

Kronika personalna:

Nick Mason – perkusja i gong. Pojawił się z sugestywnym wąsem. Może i to nawiązanie do dawnych lat (przypomnijmy sobie, jakiego wąsa miał w Pompejach), ale przecież my w Polsce wiemy, z czym się nam kojarzą takie wąsy… (nawet jeśli koncert nie odbywał się w Gdańsku).


Guy Pratt – gitara basowa, wokal, gong. Facet wżeniony w Pink Foydów, niemalże członek zespołu. Świetny muzyk i takiż showman.


Gary Kemp – gitary, wokal. Pan ze Spandau Ballet, ale granie muzyki New Romantic odkupuje niosąc floydowski kaganek muzycznej oświaty.


Lee Harris – gitary, wokal wspierający.


Dom Beken – instrumenty klawiszowe, wokal wspierający. Zupełnie niczym Rick Wright, trochę niewidoczny, a jakże istotny dla brzmienia zespołu…


Nie, nie zapomniałem, że byli też inni wykonawcy. Bo to przecież cały festiwal był. Na Summer Fog Festival wystąpili Amarok, Soft Machine, Believe, David Cross & David Jackson Band oraz Nick Mason's Saucerful Of Secrets. Z przyczyn artystycznych (nie jest fanem – co nie znaczy, że wrogiem – współczesnego rocka progresywnego) chciałem zobaczyć Soft Machine, Davida Crossa oraz Nicka Masona, a z przyczyn logistycznych zdecydowałem się na dwa ostatnie podmioty wykonawcze („na szczęście” Soft Machine, w opinii Jacka, zawiodło oczekiwania). Ja się nieco spóźniłem (cztery godziny z Olsztyna do Warszawy? czemu nie, skoro jakieś sześć razy staliśmy po drodze w korku), koncerty się nieco spóźniły, więc w efekcie zobaczyłem połowę występu Davida Crossa…


…wspieranego przed Davida Jacksona…


…i resztę zespołu.


Zespół Crossa widziałem już 9 lat temu w Dolinie Charlotty, ale warto było doświadczyć tego crimsonowskiego ukąszenia ponownie.


Skoro już padła nazwa Summer Fog Festival, to zauważmy, że organizatorzy (z całą sympatią dla świetnego konceptu artystycznego) muszą się jeszcze trochę nauczyć:
- zmiana miejsca koncertu (niezależnie od tego, że słuszna) to jednak porażka wizerunkowa,
- impreza masowa przy 30-stopniowym upale bez zapewnienia dostępu do wody? (w środku można było kupić tylko piwo, a woda na zewnątrz była tylko w food truckach, co nie dawało żadnej gwarancji, że się znienacka nie skończy),
- podobno nie wolno było wnosić na teren festiwalu żywności i napojów... Przepraszam, ale to był martwy zapis w regulaminie (gdy wchodziliśmy pierwszy raz sprawdzono nam torby, za drugim razem już nie),
- informacje na temat festiwalu były nienachalne, a osoba prowadząca wydarzenie na FB koncentrowała się głównie na pytaniu nas, czy aby na pewno przyjdziemy…
- satysfakcja z bycia na koncercie Nicka Masona byłaby jakieś trzy i pół raza większa, gdyby występ odbył się w jakieś sali koncertowej z prawdziwego zdarzenia (nagłośnienie było OK, ale żal było patrzeć na w połowie pusty Torwar).

Uwaga na zupełnym marginesie – plotki o pojawieniu się Rogera Watersa (nie wiem, kto za nimi stał) szyte były tak grubymi nićmi, że nie sądzę, by ktoś się na nie nabrał…

poniedziałek, 8 lipca 2019

Orkiestra Elektrycznych Przebojów

Z facebookowych ujawnień dowiedziałem się, że na dzisiejszym olsztyńskim koncercie Electric Light Orchestra Classic – Phil Bates and Band było sporo znajomych. Skoncentrowany na muzyce nikogo nie zobaczyłem osobiście w amfiteatrze. Znak czasów. Swoją drogą frekwencja nie była zresztą oszałamiająca. Nie sprzyjało jej ani przeniesienie terminu z soboty na poniedziałek, ani pogoda, która w ciągu ostatniego tygodnia przeniosła Olsztyn z Sahary na Spitsbergen. Bo nie sądzę, by dla ludzi miało znaczenie, że na scenie miała się pojawić druga pochodna ELO, czyli facet, który grał w zespole, który powstał po rozwiązaniu prawdziwego ELO przez jego lidera. Zresztą ma Phil Bates to szczęście, że może robić za zupełnie niezłą kopię Jeffa Lynne’a. Trochę z głosu, trochę z wyglądu.


Cała reszta muzyków, z którymi od lat przemierza świat z piosenkami Lynne’a też niczego sobie. Nic odkrywczego raczej nie stworzą, ale przyszliśmy tu przecież posłuchać fajnych piosenek i to właśnie w niezłym wykonaniu dostaliśmy.


Z jednym małym wyjątkiem usłyszeliśmy dziś same przeboje. To, że publiczność znała wszystkie mające po 40 lat utwory (poza tym jednym małym wyjątkiem), dowodzi tego, jak wielkim i ważnym zespołem była Electric Light Orchestra. Kiedyś John Lennon wypalił, że Beatlesi, gdyby grali nadal, to robiliby to właśnie tak, jak powstała akurat w 1970 roku ELO… I tak już przeszło do legendy, że Electric Light Orchestra to kontynuacja The Beatles (a jeszcze przecież Jeff Lynne współpracował z Georgem Harrisonem w Traveling Wilburys oraz z całą trójką żyjących wówczas Beatlesów przy nagraniu nowych piosenek zespołu w połowie lat 90.). To prawda, z tym, że moim zdaniem gówno prawda. Uwielbiam wszystkie albumy ELO aż do wydanej w 1981 roku koncepcyjnej płyty „Time”, ale The Beatles to zupełnie inna liga… Co nie zmienia faktu, że jeśli będę miał okazję, wybiorę się na koncert prawdziwego ELO, bo Jeff Lynne od kilku lat przeprosił się ze swoimi piosenkami i koncertuje jako Jeff Lynne's ELO (hallo, Dolina Charlotty, nie śpijcie!).


Plan dzisiejszego koncertu? Same hity, jak już wspominałem.

„All Over the World”


„Rock 'n' Roll Is King”
Ten utwór zawsze wydawał mi się muzyczną kopią „Hold on Tight”. Pierwowzór z 1981 roku lepszy niż autopodróbka z 1983 roku.


„Calling America”
Braku tego utworu bym ani nie zauważył, ani nie żałował. Powiedzmy sobie szczerze – czy w 1986 roku można było nagrać dobry rockowy album?


„Telephone Line”
Pamiętam jak dziś, gdy około 1980 roku przesłuchiwałem dyskografię ELO. Ten utwór z płyty „A New World Record” od razu zrobił na mnie wrażenie.


„Confusion”


„Last Train to London”
Nie pamiętam kiedy. Nie pamiętam czy w radiu czy w telewizji. Ale pamiętam, że słuchałem kiedyś polskiej wersji tego utworu. Nie mogę jej do dziś odnaleźć. Refren leciał „nocny na Londyn”… Sam bym lepiej nie przetłumaczył.


„Sweet Talkin' Woman”


„Rockaria!”


„Ticket to the Moon”
Wystarczyło przekręcić nieco głowę w lewo, by zobaczyć, że nad amfiteatrem wisiał księżyc w pierwszej kwadrze.


„Turn to Stone”


„Shine a Little Love”


„I'm Alive”


„Xanadu”
Jak to powiedział Phil Bates – udana muzyka do nieudanego filmu. Ciekawe co u Olivii Newton-John…


„Livin' Thing”
Przetłumaczone wczoraj z okazji koncertu.


„Mr. Blue Sky”
Jedna z tych piosenek, które pokochałem przy pierwszym przesłuchaniu jakieś 40 lat temu.


„Hold on Tight”
Na przełomie 1981 i 1982 roku tytułem tej piosenki żegnaliśmy się zawsze z przyjacielem z podstawówki.


„Don't Bring Me Down”
Też przetłumaczone z okazji koncertu.


„Roll Over Beethoven”
Przetłumaczyłem kilka lat temu, ale idzie na konto Chucka Berry’ego.


„Whiskey Girls”
O, i to jest ta jedna jedyna piosenka dzisiejszego wieczora, której nikt nie znał. Utwór z płyty „Moment of Truth” grupy ELO Part II wydanej w 1994 roku. Piosenkę napisali Phil Bates oraz Bev Bevan.


I to chyba wszystko, co można powiedzieć o tym koncercie. Dziękujemy. Pozdrowienia przesyła nam noga Phila Batesa.


Są dowody na to, że byłem na tym koncercie:

niedziela, 7 lipca 2019

Straszna rzecz do stracenia

Jakaś burza w Zurichu lub inna zaraza uziemiła samolot, którym miał wczoraj przylecieć nad Wisłę Phil Bates, by olśnić nas muzyką elektrycznego światła. Wykorzystując dwa dni więcej, jakie zostały do olsztyńskiego koncertu Electric Light Orchestra Classic (został przeniesiony na jutro), zająłem się jeszcze jedną piosenką autorstwa Jeffa Lynna (bo jedną już przetłumaczyłem okolicznościowo).
No i weź człowieku powiedz, o co w niej cho... Czy to rozważania wytrawnego surfera? A może rozterki młodego kochanka chwilę przed pierwszym razem? Czy, nie daj Boże, hamletowskie dylematy człowieka, który chce z sobą skończyć. Dość dużo tych pomysłów, jak na piosenkę podstępnie lekką, łatwą i przyjemną, czyli „Livin’ Thing”.


Żeglując gdzieś, wchodzę na fali grzbiet
To jak czary
Się toczyć i jeździć, i ślizgać, i zsuwać
To czary

I ty, i twe słodkie żądze
Brałaś mnie, o, mocniej i mocniej, kotku

To jest żywa rzecz
Straszna do stracenia rzecz
To jest dana rzecz
Do stracenia straszna rzecz
Zanurzam się w dół (w dół)

Wierzę co sił, że zrobiłaś to, gdy
Dzień najgorszy (zanurzam się w dół)
Ruszając wraz, oglądając się na
Dzień swój pierwszy (zanurzam, zanurzam)

I ty, i twe słodkie żądze
(Nie rób mi tak) Brałaś mnie, o, mocniej i mocniej, kotku

To jest żywa rzecz
Straszna do stracenia rzecz
To jest dana rzecz
Do stracenia straszna rzecz
Zanurzam się w dół (drogą tą)

Nurzam się w dół, bo nie wstrzymasz mnie już
Płynę z prądem (zanurzam się w dół)
O, niech idzie stąd, nie przeszkadzaj w tym show
Zły sen w głowie (zanurzam, zanurzam)

I ty, i twe słodkie żądze
(Nie rób mi tak) Brałaś mnie, o, mocniej i mocniej, kotku

To jest żywa rzecz
Straszna do stracenia rzecz
To jest dana rzecz
Do stracenia straszna rzecz

To jest żywa rzecz
Straszna do stracenia rzecz
To jest dana rzecz
Do stracenia straszna rzecz
Olsztyn, 6-7.07.2019

Horacy Tłumacy - na Facebooku
Horacy Tłumacy - na YT
Horacy Tłumacy - lista przetłumaczonych piosenek

sobota, 6 lipca 2019

Trzeba byłoby ich wymyślić

Od lat powtarzam, że wszelkie talentszoły muzyczne (nie wiem jak inne) nie mają większego artystycznego sensu (bo komercyjny, to i owszem). Dlaczego? Bo w większości przypadków w muzyce najpierw jest dzieło, za którym stoi autor, a dopiero potem wykonanie (nie licząc jazzu). Nieprzypadkowo tantiemy płaci się za autorstwo, a nie za najbardziej nawet udane wykonawstwo. I obejrzany przed chwilą film „Yesterday” to potwierdza. Wprawdzie to filmowa fikcja, ale historyjka Jacka Malika uczy, że świat zdobywa się dzięki wspaniałym piosenkom, a nie marketingowej kreacji, pokazaniu majtek czy możliwości epatowania trudnym dzieciństwem.


Nie upadłem na kolana przed tym filmem, bo nie było przed czym, ale dzięki za ten świetny pomysł, który udowadnia, że gdyby nie było Beatlesów, trzeba byłoby ich wymyślić.
Szkoda, że nie było jakiejś solowej piosenki Lennona. Zabrakło mi też gościnnego udziału Ringo Starra lub Paula McCartneya (to się nazywa cameo, ale widocznie producenci się nie dogadali z menedżerami lub odwrotnie, bo przecież Ringo i Paul mają poczucie humoru). „Zagrał” inny Beatles, co koniecznie trzeba zobaczyć.


I dwa pytania:
- czemu Rosjanin wyglądał jak Joe Cocker?
- czemu mieszkanka Liverpoolu przypominała Cynthię Lennon?
To pewnie ma jakieś ukryte przesłanie, ale jakie…


Film nadziany jest piosenkami Beatlesów jak dobra kasza skwarkami i chyba żadnej nie przegapiłem (w całości, we fragmencie czy nawet tylko w jakiejś aluzji):
Yesterday
A Day in The Life
I Saw Her Standing There
Something
Let It Be
Strawberry Fields Forever
Penny Lane
Carry That Weight
Here Comes the Sun
The Long and Winding Road
Help!
She Loves You
A Hard Day’s Night
In My Life
I Want to Hold Your Hand
Back in the USSR
All You Need is Love
Hey Jude
Ob-La-Di, Ob-La-Da
While My Guitar Gently Weeps
Eleanor Rigby
Yellow Submarine
When I’m Sixty-Four
Being for the Benefit of Mr. Kite!
And I Love Her
With a Little Help from My Friends
Hello, Goodbye
Octopus's Garden
Nowhere Man