sobota, 26 marca 1994

Rockowe igraszki z czasem

Ponad dwa tysiące osób uczestniczyło w największym, a z pewnością najdłuższym, rockowym koncercie w historii Olsztyna. Dla wielu osób „Stage of Power” zaczęło się grubo przed godz. 17.00, a zakończyło przed 4.00 rano następnego dnia. Czas był chyba zresztą największym bohaterem tego koncertu. Mimo swych oczywistych niedociągnięć „Stage of Power” zasługuje na pamięć o nim, choćby dlatego, że był ważnym doświadczeniem zarówno dla organizatorów, jak i dla widzów.
Do sali jednostki wojskowej przy ul. Warszawskiej organizatorzy zaczęli wpuszczać widzów kilka minut po piętnastej. Ludzie przychodzili jednak jeszcze długo po godz. 17.00. Sporo osób chciało sobie zapewne darować występy pierwszych zespołów, aby zachować siły na prawdziwe gwiazdy sobotnio-niedzielnego koncertu. Czekało ich jednak rozczarowanie. Zamiast koncertu o godz. 17.00 zaczęła się... próba. Publiczność była chyba dość wyrozumiała, skoro dopiero po godzinie zaczęła skandować ZA-CZY-NA-MY!, ZA-CZY-NA-MY! W końcu kwadrans po osiemnastej wybiegł na scenę Szalony Konjo, prezenter „Stage of Power”. Koncert się zaczął, ale zabrakło z pewnością wyjaśnień lub choćby tylko przeprosin.
W chwili rozpoczęcia występu przez grupę Saron, niezapowiadaną wcześniej na plakatach, opóźnienie wynosiło ok. 75 minut. Potem zaczęło rosnąć, by podczas występu Christ Agony osiągnąć ponad dwie godziny.
Po Saronie, którego występ brzmiałby zupełnie dobrze, ale bez wokalisty, Konjo zapowiedział pana Witka, człowieka już niemłodego, który z akompaniamentem mocno sfatygowanej gitary śpiewał „Speedy Gonzalesa” i inne stare przeboje. Publiczności początkowo podobał się ten żart, w następnych jednak wejściach pan Witek nie mógł już liczyć na łaskawe przyjęcie i został wygwizdany.
Grające po Saronie zespoły Screen i Atrocious Filth niczym się specjalnie nie wyróżniły poza tym, że w pierwszym z nich grała zupełnie niesłyszalna wiolonczelistka (czy prześliczna trudno było ocenić z kilkudziesięciu metrów). Obydwa zespoły grały muzykę industrialną, co sprowadzało się do tego, że publiczność się nudziła, bo nie mogła tańczyć przy łamanym rytmie. Chwilami można było odnieść wrażenie, że nawet najbardziej metalowa publiczność miała dosyć tej huty i gdyby pojawił się nagle na scenie jakiś grający tradycyjnie rockandrollowy band, to zostałby gwiazdą wieczoru. Sytuacji nie poprawiło nawet to, że basista Screen w muzycznym transie dramatycznie spadł ze sceny.
Pierwszym bisującym zespołem było Prophecy, zespół wprawdzie deathmetalowy, ale grający dość równo i rytmicznie, co pozwoliło publiczności poszaleć. Bisowała także grupa Christ Agony, grająca black metal. Trzyosobowy skład daje zespołowi czytelne brzmienie, co spodobało się z pewnością widzom.
Nasza międzynarodowej sławy grupa Vader doczekała się w końcu dużego koncertu w Olsztynie. Oczekiwanego sukcesu jednak nie było. Publiczność albo była zmęczona trwającym już ponad pięć godzin koncertem, albo ostatecznie pokazała, że woli punk rocka. - Ja nie jestem w Olsztynie - powiedział z żalem w głosie Peter, lider Vadera, komentując słabą reakcję publiczności na występ. Vader skrócił swój koncert z planowanych 50 do 20 minut. Kolejne zespoły też grały coraz krócej, bo publiczność była coraz bardziej zmęczona i mniej skłonna do zabawy.
Nieoczekiwaną gwiazdą wieczoru został punkowy zespół The Bill. Publiczność wykrzesała podczas jego występu jeszcze tyle siły, żeby wspólnie śpiewać razem z zespołem, tańczyć radosne pogo i domagać się bisów (były dwa). Grający po The Billu także punkowy Sedes nie miał już tak ciepłego przyjęcia i gdyby Konjo nie wymusił bisu, publiczność rozstałaby się z zespołem bez żalu.
Przewidywane kłopoty zespołu Closterkeller nie nastąpiły. Zmiana stylu granej muzyki (grupa Anji Orthodox gra mroczną muzykę określaną mianem rocka gotyckiego) nie spowodowała protestów publiczności, która świetnie się bawiła i także wywołała kapelę na bis.
Gwiazdą gwiazd „Stage of Power” miał być Proletaryat. Był nią, choć nie do końca. Zmęczona publiczność nie miała już po godzinie drugiej w nocy takiej ochoty do zabawy, gdy Proletaryat wszedł na scenę. Dużo większym sukcesem byłby z pewnością występ jakieś cztery godziny wcześniej. Niemniej było wspólne śpiewanie piosenek, taniec i dwa bisy. Na drugi bis wyszedł z Proletaryatem także Peter z Vadera. Wspólnie wykonali „No Woman, No Cry” Boba Marleya.