sobota, 10 lutego 1996

Ptaszyn sadzi susy na schodach

Do przodu żyj! - śpiewała Ewa Bem Janowi „Ptaszynowi” Wróblewskiemu w finale sobotniego koncertu, na którym świętowano czterdziestolecie estradowej kariery tego wybitnego saksofonisty, kompozytora, aranżera, człowieka wielu talentów. Orkiestra złożona z przyjaciół artysty zagrała mu „When the Saints Go Marching In”, czyli takie tradycyjne, jazzowe „Sto lat”. Na koniec mocno zmęczony jubilat zawołał z estrady: - Mam jeszcze dla Państwa bardzo dobrą wiadomość: w przyszłym roku nie będę obchodził jubileuszu!
Przez prawie cztery i pół godziny sobotniego wieczoru, zbliżający się do sześćdziesiątki Ptaszyn, wspomagany chwilami przez Andrzeja Jaroszewskiego, przypominał kolejne grupy, z którymi pracował w ciągu tych lat czterdziestu swojego grania. Usłyszeliśmy specjalnie na ten koncert zaaranżowane tematy, które pamiętamy z występów Mainstreamu, Kwintetu Andrzeja Kurylewicza, Ligi Dżentelmenów, Stowarzyszenia Popierania Prawdziwej Twórczości Chałturnik, zespołu Made in Poland. Oczywiście, tamtych dawnych składów nie udało się dokładnie zrekonstruować na olsztyńskim festiwalu, nieobecnych zastępowali inni, grywający z Ptaszynem obecnie, m.in. Wojciech Karolak, Piotr Wojtasik, Maciej Sikała, Jarosław Śmietana, Zbigniew Wegehaupt.
Ale gdy doszło do wspomnienia zespołu New Presentation, Ptaszyn ze szczególną atencją podkreślił: „w tym wypadku udało się nieomal precyzyjnie takie samo odtworzenie zespołu, który był dla mnie niesłychanie ważny”. Zagrali więc z Ptaszynem, jak przed laty: Henryk Miśkiewicz na saksofonie, Andrzej Dąbrowski na perkusji, Jacek Niedziela na basie, Wojtek Niedziela na fortepianie i Robert Majewski, wówczas debiutujący, na trąbce. I tylko nieobecnego w Polsce perkusistę Jerzego Głoda zastąpił młody Michał Miśkiewicz.
W tym koncercie wspomnień nie mogło zabraknąć chwili poświęconej Krzysztofowi Komedzie. - Krzysztof Komeda był moim pierwszym nauczycielem - powiedział Ptaszyn i zapowiedział „Sophia's Tune” – „Melodię dla Zosi”, żony zmarłego artysty, która sama, niestety, nie mogła przyjechać do Olsztyna.
Zanim była sobota z benefisem Wróblewskiego, był piątek. Piątkowy koncert zaczął wokalny oktet Lelum Polelum. Osiem świetnie współbrzmiących głosów musiało walczyć nie tylko z odbywającą się za ścianą próbą, ale i eksperymentami oświetleniowymi (w pewnym momencie na scenie zapadła ciemność). Mimo to nie mogły nie podobać się ciepłe wykonania standardów „Fever” czy „When I Follin’ Love”.
Kolejny zespół, The Newest Quintet, rozpoczął z Janem Ptaszynem Wróblewskim. Ptaszyn zagrał tylko jeden utwór i sadząc susy po schodach udał się za kulisy, dając pole do popisu młodzieży (w składzie zespołu grają młodzi ludzie studiujący w Warszawie).
Zagrało też Collegium, grupa z Kaliningradu, która występowała na olsztyńskim festiwalu przed dwoma laty. Razem ze śpiewającą Mariną Zacharową wykonali kilka standardów, m.in. „Sweet Georgia Brown” i „Love for Sale”.
Krzysztof Ścierański wystąpił tego wieczora jako jeden z laureatów ankiety „Jazz Forum”. Najpopularniejszy polski basista jazzowy ubiegłego roku zagrał jako jednoosobowa orkiestra. Przy pomocy swego basu i kilku elektronicznych przystawek wyczarował wspaniałą muzykę. Jego gitara basowa brzmiała raz jak harfa, raz jak organy. Raz były to melodie hiszpańskie, raz brazylijska samba, a nawet arabskie zawodzenia.
Piątkowy koncert zakończyła olsztyńska grupa Head Up. To prawie big band, na scenie było dziesięciu muzyków, a gdy doliczyć śpiewającą z nimi Dorotę Miśkiewicz, to jedenastu.
A po piątku była sobota, a po sobocie niedziela i wtedy zakończył się III. Olsztyński Festiwal Jazzowy.