sobota, 30 maja 2026

Życie seksualne polityków

Od premiery sztuki „Erotyczne immunitety, sex i transformacja” w Teatrze Jaracza minął już ponad tydzień i szczerze mówiąc jestem zdumiony, że Olsztyna nie rozpaliły jeszcze do czerwoności emocje, kontrowersje i protesty.


Kilkadziesiąt lat temu właśnie zmieniałem swój status dziennikarza z „amator” na „profesjonalista”, gdy Polska żyła aferą Anastazji Potockiej, też poniekąd dziennikarki. Pomyślałem, że wybrałem ciekawy zawód. Nie przypuszczałem oczywiście wówczas, że czterech prezydentów i kilkunastu premierów oraz trzy premierki później wybiorę się do teatru na sztukę opartą na tej historii.

Pogranicze polityki, mediów i seksu to samograj. Każdy (?) chce z wypiekami na twarzy zajrzeć pod tę kołderkę. A tam mizoginistyczni napaleńcy o każdej orientacji politycznej, obłudni przedstawiciele suwerena i femme fatale o naturze perfidnej ofiary. Publicystyka w kostiumie historycznym (bohaterowie „Pamiętnika Anastazji P.” już raczej nic nie znaczą w polityce albo wręcz nie żyją) jest stosunkowo bezpieczna. Chętnie bym obejrzał taką sztukę dziejącą się tu i teraz.

Dramaturgicznie chciałbym dostać coś więcej, ale do pracy aktorów nie mam zastrzeżeń. Pełen profesjonalizm w każdej sytuacji. W każdej.

PS
Co dziś z Anastazją P.? Jedna z plotek mówi, że żyje w Japonii. Japonia, mówicie? Potrzymajcie mi sake…

niedziela, 17 maja 2026

W Sopot zjeść nie kłopot

Tegoroczna perfekcyjna pod każdym względem relaksacyjna wizyta w Sopocie godna jest podsumowania kulinarnego.


Restaurację Endi Wine House poznaliśmy już podczas którejś z poprzednich sopockich peregrynacji. Znów nas nie zawiodła.

tatar wołowy (na wierzchu konfitowane żółtko)

pączki z kaczką (dynia, cytrusy, imbir)

łosoś szkocki (sos holenderski, wiosenne warzywa, młode ziemniaki, bottarga)


risotto bianco (wiosenne warzywa, marynowana cytryna, orzeszki piniowe)


rabarbar (krem jogurtowy, kruszonka, geranium)

ciasto filo (słony karmel, orzeszki ziemne, krem czekoladowy, rokitnik)

Śniadanie, owszem, można zjeść w hotelu, ale od czego są prześwietne śniadaniówki, np. Cały Gaweł przy dworcu.

shokupan, czyli japoński chleb mleczny (boczniak, trufla majo, piklowana cebulka, szczypiorek)

kaszubskie śniadanie (dwa kaszubskie jaja z wolnego wybiegu, twaróg i jogurt wiejski, kaszubskie sery i kiełbasy, świeże warzywa, oliwa z ziołami, konfitura z czarnej porzeczki, miód)

Pora na południowe grzeszki cukrowe. Będziemy niegrzeczni w Deseo, czyli w polskim topie gastronomii cukierniczej.

mora

Azia 2.0

kawa po wietnamsku, czyli wspomnienie listopadowego urlopu

Tegoroczne nasze sopockie odkrycie to istniejąca od kilku lat restauracja Fisherman Rafała Koziorzemskiego. Wcześniej nawet parę razy mijaliśmy...

kultowy tatar z pstrąga tęczowego (gorczyca, żółtko, kapary, piklowana cebulka, grzyby)

paprykarz sopocki by Fisherman (na wierzchu przegrzebek i foie gras!, a poza tym ryż, olej z lubczyku, papryka wędzona, pomidor)

okoń morski (mizeria, rybny demi glace, palona pietruszka)


troć fiordowa (słynne lody z mizerii, uszka, sos paprykowy, omułki)

lody z mizerii godne oddzielnego zdjęcia


pleśniak (czarna porzeczka, migdały, lody z maślanki, chips z mleka)

rabarbar (i sam nie wiem, co)

Wieczór po koncercie Mikołaja Trzaski podsumowujemy na Placu Przyjaciół Sopotu, gdzie tamtejsza wiśniówka przypomina nam, że zbyt długo nie konsumowaliśmy ginjinhi w Lizbonie...

Wyjazd zamykamy długim nadmorskim spacerem do restauracji Do Brzegu. Stosowna nazwa ze stosownym widokiem.

chałka z kurczakiem (chałka z guacamole, kurczakiem, cebulą, bekonem i salsą pico de gallo, kolendra)
klasyk sopocki (jajecznica z 3 jaj od kur z wolnego wybiegu, posypana szczypiorkiem, kawałek wędzonego smażonego boczku, twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem, miks sałat z sosem winegret)


sobota, 16 maja 2026

Kiejstut Trzaska obrazki z wystawy

Lennon uczył się (nieskutecznie) w Liverpool College of Art. Musorgski skomponował „Obrazki z wystawy”, co należy odczytywać dosłownie. Dylan, gdy odłoży gitarę, sięga po pędzel. Trzaska odwrotnie – odłożył pędzel, bo sięgnął po saksofon.


Dzisiejszy koncert Mikołaja Trzaski na wystawie prac Kiejstuta Bereźnickiego to nie przypadek. Trzaska otarł się o Bereźnickiego w Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, chociaż nie był jego uczniem. A znajomymi są do dzisiaj, zapewne również za pośrednictwem, nieżyjącego już, ojca Mikołaja Trzaski. Trzaska stojący z saksofonem pod dziełami Kiejstuta Bereźnickiego jest więc jak najbardziej na miejscu.

Logistycznie tak wyszło, że w pierwszej kolejności wysłuchaliśmy koncertu, a potem zapoznaliśmy się z obrazami. Najpierw był saksofon.


Potem klarnet basowy. Tu padłem ofiarą skojarzenia brzmieniowego, bo kilka nut ewidentnie zabrzmiało mi jak melodia Jerzego Matuszkiewicza do „Stawki większej niż życie” (sprawa za chwilę się wyjaśni).


Ponownie saksofon.


Skoro mamy dziś Noc Muzeów, to nieodzowne było kilka minut edukacyjnych. Mikołaj Trzaska wyjaśnił krótko znaczenie klarnetu basowego dla peerelowskich wieczorynek, a następnie przedstawił zasadę działania saksofonu. Altowego w tym przypadku.


Tym razem klarnet basowy zabrzmiał melodią z filmu „Róża”, który bajką nie jest…


I jeszcze raz saksofon.


A na finał ponownie saksofon, czyli Krzysztof Komeda i jego „Nim wstanie dzień” z filmu „Prawo i pięść”.


Gdy po występie żona składała podziękowania za dostarczone nam emocje, nie omieszkałem zapytać o melodię ze „Stawki”, bo błyskotliwie chciałem zauważyć, że fraza powracała dziś kilkakrotnie. Otóż nie wracała, bo Trzaska wyjaśnił, że wcale jej nie grał! Ale wspólnie doszliśmy do wniosku, że każdy ma swoje ulubione frazy, z których buduje swoją muzyczną opowieść. A że my z Olsztyna, to nam wszystko kojarzy się z Hansem Klossem, co gdański artysta zrozumiał doskonale.

Kiejstut Bereźnicki to nie było nieznane mi nazwisko, na pewno trafiłem już na jego dzieła gdzieś w Polsce, ale tutaj mieliśmy obszerną wystawę „Harmonia Mundana”, przygotowaną z okazji 90. urodzin artysty. Tytuł wystawy został zaczerpnięty z tego gobelinu z 1991 roku:

Inne dzieła zebrałem w taki oto filmik, który skomentowałem, a jakże, własną muzyką. Żeby kółko się zamknęło, dodam, że dźwięki naśladują nieudolnie brzmienie Keitha Emersona z efektownej końcówki „Lucky Man”. A jak Emerson, to wiadomo, niesamowita interpretacja „Obrazków z wystawy” w wykonaniu zespołu ELP.

piątek, 15 maja 2026

Brzydka poezja ładnej dziewczyny

No dobra, muszę to napisać – w życiu nie byłem na takim koncercie. W sopockim Teatrze Boto snuli dzisiaj swoje opowieści Basia Flow Adamczyk i Marcin Grabiński. Ona swoją snuła słowem, on swoją snuł dźwiękiem. Czasem się spotykali.


Nie będę ściemniał, że znałem wcześniej Flow. Przecież ja ledwie kojarzę Skubasa, dla którego kilkanaście (!) lat temu napisała teksty na jego płytę, a z której to płyty do wieczności przeszła na pewno piosenka „Nie mam dla ciebie miłości”.
Basia Flow Adamczyk przeczytała dzisiaj kilka fragmentów ze swojej wydanej w 2024 roku książki „Baśka. Łobuzerka”. Już sam tytuł wiele mówi i z tego, co się zorientowałem, nie jest to licentia poetica.

Zaśpiewała parę piosenek ze swoimi tekstami, w których nic nie jest łatwe ani proste.

Był przy tym obecny ze swoim Stratocasterem i obszernym zestawem elektroniki gitarowej Marcin Grabiński, którego dźwięki też nie były ani łatwe ani proste. Ot, anarchistyczny ambient, jeśli chcieć próbować nazywać rzeczy po imieniu.

Co w repertuarze koncertu? Z pamięci przytaczam kilka numerów:

„Dziewczyna z tramwaju”
Kurde, napisałem coś takiego prawie 40 lat temu. Nie tak onirycznie, rzecz jasna.

„Anielski chuj”
Chuja jestem pewien, ale tytułu nie… Łobuzerstwo w pełnym rozkwicie. Ładne dziewczyny uprawiają brzydką poezję, wiadomo.

„Janusz!!!”
Trzy dni temu była premiera teledysku, więc coś się dzieje.


„PiliPalili”
Piosenka nagrana kilka lat temu ze Skubasem. Prawie przebój.

I pod koniec „Kłębek”, który zabrzmiał tak:

piątek, 8 maja 2026

Pan Jaracz

Już od radykalnie przeredagowanej inwokacji wiadomo było, że z olsztyńskiej inscenizacji „Pana Tadeusza” uczniowie chcący szybko opanować treść dzieła Adama M. pożytku mieć nie będą.


Jak przerzucić kładkę między Soplicowem a starożytną Grecją? O, to proste domino: „Pan Tadeusz” – Adam Mickiewicz – romantyzm – lord Byron – Grecja. Albo jeszcze prościej: „Pan Tadeusz” – Adam Mickiewicz – philáretos. Albo najprościej – bo reżyser tak chciał.

Olsztyński Teatr Jaracza nie przestaje mnie w ostatnich latach zaskakiwać (co niekoniecznie przekłada się na liczbę wizyt, ale staram się). Wystawienie „Pana Tadeusza” w starożytnym anturażu rozbudziło mój apetyt na intelektualną przygodę, w czasie której będę pławił się w aluzjach do relacji grecko-rzymskich a może nawet grecko-perskich (czytaj: polsko-rosyjskich), odniesieniach do greckich mitów (Robak niczym Odyseusz?), nawiązaniach do Platona czy Arystotelesa (Sędzia miał sporo do powiedzenia). Cóż – albo nie taki był zamysł reżysera, albo do intelektualnych przygód muszę jeszcze dorosnąć...
Dorastałem przyglądając się z przyjemnością Soplicowie kręcącemu się w kółko w greckim amfiteatrze. A tam kilka ciekawych dramatis personæ (cholera, to łacina, a nie greka) – przerysowany Bocian, rozerotyzowana Telimena, przebiegły Robak, podminowany Gerwazy, krotochwilny Hrabia (zestawcie sobie kreacje Marcina Tyrlika i Marka Kondrata). Gdybym jeszcze tylko wszystkich dobrze i wyraźnie słyszał… Może zasłaniał mi ekran perkusisty zespołu Mateusza Cwalińskiego. Bo, jakby wszystkich cudownych wariactw było mało, to jest spektakl w konwencji musicalu!

sobota, 2 maja 2026

Przystanek jazz

Międzynarodowy Dzień Jazzu zawitał również do Olsztyna (co prawda z dwudniową synkopą). Z tej okazji w Zajezdni Trolejbusowej odbył się dzisiaj koncert w hołdzie Zbigniewowi Namysłowskiemu, jednemu z największych gigantów polskiego jazzu.


Namysłowskiego widziałem na koncercie tylko jeden raz, ponad 30 lat temu. Przez te trzy dekady podciągnąłem się nieco ze znajomości jazzu, ale poza odróżnianie „Astigmatic” od „Bitches Brew” raczej nie wyjdę. Co nie zmienia faktu, że słuchać jazzu po prostu lubię.

Najpierw była okazja posłuchać wywiadu, jaki na żywo Piotr Metz przeprowadził z Tomaszem Tłuczkiewiczem, znawcą jazzu a twórczości Namysłowskiego szczególnie.

Tomasza Tłuczkiewicza zawsze słucha się z przyjemnością (mam w pamięci jego wystąpienia przed laty w radiu i telewizji).


W części muzycznej, a dla niej tu przecież przede wszystkim przyszliśmy, wystąpił zespół Jacka Rodziewicza.


Zagrali kilka utworów Namysłowskiego („Winobranie”, „Jasmin Lady”), kilka Rodziewicza („Steve Nash Flow”) a także „Central Park West” Coltrane’a. Na żonie największe wrażenie zrobił Coltrane, na większości „Winobranie”, a na mnie wszystko.


Kto dziś na scenie? Aż siedem osób: Jacek Rodziewicz (saksofon barytonowy), Jan Smoczyński (instrumenty klawiszowe), Maciej Sikała (saksofon tenorowy), Marcin Gawdzis (trąbka), Beniamin Przeradowski (perkusja), Jacek Namysłowski (puzon, klarnet, flet), Mateusz Kurek (gitara elektryczna).


piątek, 1 maja 2026

Joe na Rybnym

Zapewne nigdy jeszcze w historii Olsztyna tylu gitarzystów nie zagrało jednocześnie w jednym miejscu. Robiliśmy, co mogliśmy, jednak lokalny rekord nie przełożył się niestety na rekord światowy. Ale grając na Targu Rybnym „Hey Joe”, bawiliśmy się doskonale!



Ja bawiłem się tym bardziej, bo gitarowym rekordzistą zostałem już w 2014 roku. A dziś zdążyłem sobie przypomnieć nie tylko tamten wrocławski rekord Guinnessa, ale i zupełnie inny rekord Guinnessa, jaki zorganizowaliśmy również 1 maja 2000 roku (i też był na nim prezydent Olsztyna – o ile Janusz Cichoń wykonywał wtedy harcerskie pląsy, to Robert Szewczyk grał dzisiaj jak wszyscy zgromadzeni mieszczanie CGDAE).

Ba, w ramach mentalnych przygotowań do bicia gitarowego rekordu, wyciągnąłem klawisze i z okazji 22. rocznicy wstąpienia Polski do Unii Europejskiej wykonałem parafrazę stosownego utworu:


Przed tym, zanim punktualnie o 16:00, uderzyliśmy w C-dur, zagrało kilku olsztyńskich tuzów gitary. Sekcję rytmiczną tworzyli Krystian Zemanowicz (gitara basowa) i Aleksander Ostrowski (perkusja). Na scenie cały czas był też Piotr Szymański (gitara elektryczna, m.in. Zaraza i Big Day).

W instrumentalnej wersji „Black Dog” Led Zeppelin pierwsze skrzypce (pardon, pierwszą gitarę) grał Marcin Stanczewski. W solo wplótł cytat muzyki do „Stawki większej niż życie”, co doskonale korespondowało z faktem, że przygody Klossa kręcono głównie w Olsztynie i we Wrocławiu.


Natomiast przy „Cocaine” J. J. Cale’a sprawdzał się na Antek Waraksa.


Ostatecznie okazało się, że na Targu Rybnym w Olsztynie stanęło z gryfami w rękach 234 gitarzystek i gitarzystów. Wrocław zameldował 7649 gitarzystów, czyli do zeszłorocznego rekordu (8122) zabrakło kilku kompanii gitarzystów.


Wśród nich ja.

Za udział dostałem śliczny certyfikat. Dzięki.