Już od radykalnie przeredagowanej inwokacji wiadomo było, że z olsztyńskiej inscenizacji „Pana Tadeusza” uczniowie chcący szybko opanować treść dzieła Adama M. pożytku mieć nie będą.
Jak przerzucić kładkę między Soplicowem a starożytną Grecją? O, to proste domino: „Pan Tadeusz” – Adam Mickiewicz – romantyzm – lord Byron – Grecja. Albo jeszcze prościej: „Pan Tadeusz” – Adam Mickiewicz – philáretos. Albo najprościej – bo reżyser tak chciał.
Olsztyński Teatr Jaracza nie przestaje mnie w ostatnich latach zaskakiwać (co niekoniecznie przekłada się na liczbę wizyt, ale staram się). Wystawienie „Pana Tadeusza” w starożytnym anturażu rozbudziło mój apetyt na intelektualną przygodę, w czasie której będę pławił się w aluzjach do relacji grecko-rzymskich a może nawet grecko-perskich (czytaj: polsko-rosyjskich), odniesieniach do greckich mitów (Robak niczym Odyseusz?), nawiązaniach do Platona czy Arystotelesa (Sędzia miał sporo do powiedzenia). Cóż – albo nie taki był zamysł reżysera, albo do intelektualnych przygód muszę jeszcze dorosnąć...
Dorastałem przyglądając się z przyjemnością Soplicowie kręcącemu się w kółko w greckim amfiteatrze. A tam kilka ciekawych dramatis personæ (cholera, to łacina, a nie greka) – przerysowany Bocian, rozerotyzowana Telimena, przebiegły Robak, podminowany Gerwazy, krotochwilny Hrabia (zestawcie sobie kreacje Marcina Tyrlika i Marka Kondrata). Gdybym jeszcze tylko wszystkich dobrze i wyraźnie słyszał… Może zasłaniał mi ekran perkusisty zespołu Mateusza Cwalińskiego. Bo, jakby wszystkich cudownych wariactw było mało, to jest spektakl w konwencji musicalu!










