Wracam na wystawę Zdzisława Beksińskiego. Totalnie inny rok, zupełnie inne miasto, całkiem inne obrazy. A ja tak samo brzydko się bawię w nazywanie dzieł, które autor przedstawiał nam jako abstrakcyjne.
W budynku Muzeum Wojska Polskiego trafiliśmy (wybraliśmy się celowo!) na wystawę „Beksiński na Cytadeli Warszawskiej. Nieznane oblicza mistrza”. 40 niewidzianych wcześniej obrazów to wystarczający powód, by jechać w 20-stopniowym mrozie na drugi koniec Warszawy.Beksiński wzdragał się przed nadawaniem konkretnego znaczenia swoim pracom (słynne „znaczenie nie ma dla mnie znaczenia”). A przecież człowiek cały się trzęsie oglądając te wszystkie całkowicie nieabstrakcyjne trumny, zwłoki, kości, rozkład, degrengoladę… Umówmy, że gdyby Beksiński był klasycznym abstrakcjonistom (takim uprawiającym naprawdę sztukę nieprzedstawiającą), nie szokowałby tak bardzo (albo wcale) i nie przyciągałby takiego (albo wcale) szerokiego zainteresowania ludności miast i wsi, do której to ludności się zaliczam.
Więc, uwaga, znowu nazywam rzeczy po imieniu!
„I nie opuszczę cię po śmierci”:
„Chciałabym się do czegoś przyznać”:
„Przelotna miłość”:
„Wieczny zwycięzca”:
„Muszę o tym pomyśleć. Dasz mi sto lat?”:
„Wszystkie dzieci grabarza”:
„Następca tronu nadal nie żyje”:
„Niespodziewane wyrzuty sumienia”:
„Tysiąc lat samotności”:
„Wielki Zderzacz Hadrionów”:
„Dzisiaj powiem wszystko”:
„Admirał spraw przegranych”:
„Zatańczysz, jak ci zagram”:
Pozwoliłem sobie dodać swoją muzykę. Powiedzmy, że też abstrakcyjną.
















