niedziela, 17 maja 2026

W Sopot zjeść nie kłopot

Tegoroczna perfekcyjna pod każdym względem relaksacyjna wizyta w Sopocie godna jest podsumowania kulinarnego.


Restaurację Endi Wine House poznaliśmy już podczas którejś z poprzednich sopockich peregrynacji. Znów nas nie zawiodła.

tatar wołowy (na wierzchu konfitowane żółtko)

pączki z kaczką (dynia, cytrusy, imbir)

łosoś szkocki (sos holenderski, wiosenne warzywa, młode ziemniaki, bottarga)


risotto bianco (wiosenne warzywa, marynowana cytryna, orzeszki piniowe)


rabarbar (krem jogurtowy, kruszonka, geranium)

ciasto filo (słony karmel, orzeszki ziemne, krem czekoladowy, rokitnik)

Śniadanie, owszem, można zjeść w hotelu, ale od czego są prześwietne śniadaniówki, np. Cały Gaweł przy dworcu.

shokupan, czyli japoński chleb mleczny (boczniak, trufla majo, piklowana cebulka, szczypiorek)

kaszubskie śniadanie (dwa kaszubskie jaja z wolnego wybiegu, twaróg i jogurt wiejski, kaszubskie sery i kiełbasy, świeże warzywa, oliwa z ziołami, konfitura z czarnej porzeczki, miód)

Pora na południowe grzeszki cukrowe. Będziemy niegrzeczni w Deseo, czyli w polskim topie gastronomii cukierniczej.

mora

Azia 2.0

kawa po wietnamsku, czyli wspomnienie listopadowego urlopu

Tegoroczne nasze sopockie odkrycie to istniejąca od kilku lat restauracja Fisherman Rafała Koziorzemskiego. Wcześniej nawet parę razy mijaliśmy...

kultowy tatar z pstrąga tęczowego (gorczyca, żółtko, kapary, piklowana cebulka, grzyby)

paprykarz sopocki by Fisherman (na wierzchu przegrzebek i foie gras!, a poza tym ryż, olej z lubczyku, papryka wędzona, pomidor)

okoń morski (mizeria, rybny demi glace, palona pietruszka)


troć fiordowa (słynne lody z mizerii, uszka, sos paprykowy, omułki)

lody z mizerii godne oddzielnego zdjęcia


pleśniak (czarna porzeczka, migdały, lody z maślanki, chips z mleka)

rabarbar (i sam nie wiem, co)

Wieczór po koncercie Mikołaja Trzaski podsumowujemy na Placu Przyjaciół Sopotu, gdzie tamtejsza wiśniówka przypomina nam, że zbyt długo nie konsumowaliśmy ginjinhi w Lizbonie...

Wyjazd zamykamy długim nadmorskim spacerem do restauracji Do Brzegu. Stosowna nazwa ze stosownym widokiem.

chałka z kurczakiem (chałka z guacamole, kurczakiem, cebulą, bekonem i salsą pico de gallo, kolendra)
klasyk sopocki (jajecznica z 3 jaj od kur z wolnego wybiegu, posypana szczypiorkiem, kawałek wędzonego smażonego boczku, twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem, miks sałat z sosem winegret)


sobota, 16 maja 2026

Kiejstut Trzaska obrazki z wystawy

Lennon uczył się (nieskutecznie) w Liverpool College of Art. Musorgski skomponował „Obrazki z wystawy”, co należy odczytywać dosłownie. Dylan, gdy odłoży gitarę, sięga po pędzel. Trzaska odwrotnie – odłożył pędzel, bo sięgnął po saksofon.


Dzisiejszy koncert Mikołaja Trzaski na wystawie prac Kiejstuta Bereźnickiego to nie przypadek. Trzaska otarł się o Bereźnickiego w Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, chociaż nie był jego uczniem. A znajomymi są do dzisiaj, zapewne również za pośrednictwem, nieżyjącego już, ojca Mikołaja Trzaski. Trzaska stojący z saksofonem pod dziełami Kiejstuta Bereźnickiego jest więc jak najbardziej na miejscu.

Logistycznie tak wyszło, że w pierwszej kolejności wysłuchaliśmy koncertu, a potem zapoznaliśmy się z obrazami. Najpierw był saksofon.


Potem klarnet basowy. Tu padłem ofiarą skojarzenia brzmieniowego, bo kilka nut ewidentnie zabrzmiało mi jak melodia Jerzego Matuszkiewicza do „Stawki większej niż życie” (sprawa za chwilę się wyjaśni).


Ponownie saksofon.


Skoro mamy dziś Noc Muzeów, to nieodzowne było kilka minut edukacyjnych. Mikołaj Trzaska wyjaśnił krótko znaczenie klarnetu basowego dla peerelowskich wieczorynek, a następnie przedstawił zasadę działania saksofonu. Altowego w tym przypadku.


Tym razem klarnet basowy zabrzmiał melodią z filmu „Róża”, który bajką nie jest…


I jeszcze raz saksofon.


A na finał ponownie saksofon, czyli Krzysztof Komeda i jego „Nim wstanie dzień” z filmu „Prawo i pięść”.


Gdy po występie żona składała podziękowania za dostarczone nam emocje, nie omieszkałem zapytać o melodię ze „Stawki”, bo błyskotliwie chciałem zauważyć, że fraza powracała dziś kilkakrotnie. Otóż nie wracała, bo Trzaska wyjaśnił, że wcale jej nie grał! Ale wspólnie doszliśmy do wniosku, że każdy ma swoje ulubione frazy, z których buduje swoją muzyczną opowieść. A że my z Olsztyna, to nam wszystko kojarzy się z Hansem Klossem, co gdański artysta zrozumiał doskonale.

Kiejstut Bereźnicki to nie było nieznane mi nazwisko, na pewno trafiłem już na jego dzieła gdzieś w Polsce, ale tutaj mieliśmy obszerną wystawę „Harmonia Mundana”, przygotowaną z okazji 90. urodzin artysty. Tytuł wystawy został zaczerpnięty z tego gobelinu z 1991 roku:

Inne dzieła zebrałem w taki oto filmik, który skomentowałem, a jakże, własną muzyką. Żeby kółko się zamknęło, dodam, że dźwięki naśladują nieudolnie brzmienie Keitha Emersona z efektownej końcówki „Lucky Man”. A jak Emerson, to wiadomo, niesamowita interpretacja „Obrazków z wystawy” w wykonaniu zespołu ELP.

piątek, 15 maja 2026

Brzydka poezja ładnej dziewczyny

No dobra, muszę to napisać – w życiu nie byłem na takim koncercie. W sopockim Teatrze Boto snuli dzisiaj swoje opowieści Basia Flow Adamczyk i Marcin Grabiński. Ona swoją snuła słowem, on swoją snuł dźwiękiem. Czasem się spotykali.


Nie będę ściemniał, że znałem wcześniej Flow. Przecież ja ledwie kojarzę Skubasa, dla którego kilkanaście (!) lat temu napisała teksty na jego płytę, a z której to płyty do wieczności przeszła na pewno piosenka „Nie mam dla ciebie miłości”.
Basia Flow Adamczyk przeczytała dzisiaj kilka fragmentów ze swojej wydanej w 2024 roku książki „Baśka. Łobuzerka”. Już sam tytuł wiele mówi i z tego, co się zorientowałem, nie jest to licentia poetica.

Zaśpiewała parę piosenek ze swoimi tekstami, w których nic nie jest łatwe ani proste.

Był przy tym obecny ze swoim Stratocasterem i obszernym zestawem elektroniki gitarowej Marcin Grabiński, którego dźwięki też nie były ani łatwe ani proste. Ot, anarchistyczny ambient, jeśli chcieć próbować nazywać rzeczy po imieniu.

Co w repertuarze koncertu? Z pamięci przytaczam kilka numerów:

„Dziewczyna z tramwaju”
Kurde, napisałem coś takiego prawie 40 lat temu. Nie tak onirycznie, rzecz jasna.

„Anielski chuj”
Chuja jestem pewien, ale tytułu nie… Łobuzerstwo w pełnym rozkwicie. Ładne dziewczyny uprawiają brzydką poezję, wiadomo.

„Janusz!!!”
Trzy dni temu była premiera teledysku, więc coś się dzieje.


„PiliPalili”
Piosenka nagrana kilka lat temu ze Skubasem. Prawie przebój.

I pod koniec „Kłębek”, który zabrzmiał tak: