sobota, 25 lipca 2026

Rybna Zaraza

O ile na poprzedni pełnowymiarowy koncert Zarazy czekaliśmy kilkanaście lat, to na dzisiejszy tylko trzy. To prawie jak chwilka, czyli zaraz.


Stanąłem na Targu Rybnym w pierwszym rzędzie czołowych psychofanów zespołu, który (nie) istnieje tylko o połowę krócej niż Rolling Stonesi. O połowę!

Centralny Zespół Reprezentacyjny Monty Pythona wykonał dziś następujący grejtesthits:

„Dacza”
Skoro już padła nazwa The Rolling Stones, to przypomniał mi się koncert z Chorzowa, który też zaczął się od największego hitu.


„Kochać kraj”
Dawno niegrane, dawno niesłyszane (tak dawno, że wtedy „nie” z imiesłowami pisało się jeszcze oddzielnie).


„Charka Noego”
Eksternistyczny egzamin z egzegezy egzekutywy.


„Jestem radio jestem telewizja”
Czasami sobie żartujemy, a czasami mówimy poważnie.


„Tato kupił nowy wóz”
Ale jakiej marki?


„Przewóz osób”
Gdyby nowy samochód się zepsuł, to mamy w zastępstwie komunikacyjny grandż.


„Amfetamina”
Chwila wytchnienia dla Sikora. Odmówił przetaczania krwi i namiotu tlenowego.


„Kochaj wariata (Zatańczymy?)”
Do swego danse macabre Sikor wciągnął córkę Dżawora.


„Regina”
Nadal się nie ujawniła…


„Dziewczyna błąd”
Sikor musi jeszcze potrenować rzut do celu damską bielizną.


„Ja chcę być Martiną Navratilovą”
Tańczą siostry Williams.


„Na sygnale”
Zapomniany hajdentrak.


„Dziewczyna błąd” (bis)
Halo, zespoły punkowe nie grają takich funkowych jamów!


Fotografia rodzinna:

Przejąłem playlistę:

Wyjaśniło się, czemu Sikor na nią zerkał (spryciarz zapisał sobie pierwsze słowa zwrotek):

I poczłapałem do Sowy, którą trzeba wspierać moralnie i finansowo w ostatnich dniach istnienia…

Luźne Granie imieninowe

Galeria Sowa za 39 dni kończy (nie ze swojej winy) działalność, warto w miarę możliwości wpadać tam i wspierać Krzyśka moralnie i finansowo. Dziś po koncercie Zarazy wpadłem na Luźne Granie, które uświetniło imieniny właściciela.


Duetu Luźne Granie nie miałem okazji oglądać, chociaż już parę razy w Sowie się pojawiał. Gdy zobaczyłem panów, okazało się, że duet tworzą Organek i Vincent van Gogh (mam nadzieję, że nikt się nie obrazi za ten żart...).

Polska muzyka w fajnych opracowaniach:


Zjadłem imieninową zupę pietruszkowo-gruszkową i opuściłem lokal z powodu licznych obowiązków zawodowych. Jeszcze tu wrócę!

czwartek, 23 lipca 2026

Monterey na średnim ekranie

Znawcy mówią, że Monterey jest ważniejszy niż Woodstock. To chyba ci sami znawcy, którzy uważają, że prawdziwy Pink Floyd skończył się po wydaniu debiutanckiej płyty. Kłócić się nie będę.

Film „Monterey Pop” w reżyserii D.A. Pennebakera obejrzałem dziś w towarzystwie jakiegoś tuzina osób. To byłby drugi muzyczny film, na jaki wybrałem się tego roku w kinie, gdyby któryś olsztyński moloch kinowy zechciał zaprezentować „Power to the People: John & Yoko Live in NYC”, czyli koncert Johna Lennona z 1972 roku. Nie zechciał. Niezbadane są wyroki korporacji, bo na wyświetlenie w Olsztynie dużo bardziej niszowego dokumentu o Monterey Pop Festival z 1967 roku się zdecydowali. Film krótki, więc tym cenniejszy był wstęp Piotra Metza, który wyjaśnił co i jak.
Obraz widziałem wiele razy i znam na pamięć, ale oglądanie na wielkim (no, średnim) ekranie to są jednak inne emocje. Filmy muzyczne w kinie mają kilka plusów i jeden ogromny minus – cienki niczym punkowa solówka na nienastrojonej gitarze dźwięk. Nie inaczej było i tym razem. Niby wiedziałem, że tak będzie, ale to zawsze zaskoczenie…