niedziela, 24 lipca 1994

Blues ci wszystko wybaczy

Nocnym jam session zakończyły się w niedzielę III. Olsztyńskie Noce Bluesowe. Najbardziej wytrwali i odporni na organizacyjne nieporozumienia mogli wysłuchać kilkunastu wykonawców, którzy w różnych konfiguracjach zagrali łącznie ok. 25 godzin bluesowej muzyki.


Na koncerty sprowadzono prawie całą czołówkę polskiego bluesa, wystąpili: Gang Olsena, Hot Water, Nocna Zmiana Bluesa, Zdrowa Woda, Easy Rider, Kasa Chorych.


Gwiazdami Nocy byli Tadeusz Nalepa i Michał Urbaniak oraz Stanisław Sojka. Do pełni szczęścia zabrakło chyba tylko Martyny Jakubowicz, Dżemu (który ma ostatnio kłopoty personalne), Ireneusza Dudka i Jana Skrzeka.


Największa, choć nie tak znów wielka, frekwencja była na piątkowym koncercie.


Magnesem był oczywiście Nalepa - widzów, równych wiekiem ojcowi polskiego bluesa, jak i młodszych, przybyło do „Uranii” kilkuset. Wydarzeniem imprezy miał być pierwszy oficjalny wspólny występ Tadeusza Nalepy i Michała Urbaniaka. Miał być, ale nie był. Urbaniak większość występu zajmował się naprawą swej przystawki do skrzypiec, właściwie nie pograł. Jedyne dłuższe solo zagrał w „Gdybym był wichrem”. Nalepa sprawiał wrażenie zmęczonego i niechętnego całemu temu zamieszaniu. Dał szybki bis i... pojechał spać do hotelu. Nie pojawił się w ogóle na jam session.


Artystycznie III. Olsztyńskie Noce Bluesowe należy uznać za udane. Kilkudziesięciu muzyków przez łącznie ok. 25 godzin zagrało tyle radosnego bluesa, że najwięksi nawet jego fani powinni czuć się usatysfakcjonowani.


Ilość przeszła również w jakość. W „Uranii” zespoły dały z siebie wszystko, jak na prawdziwych artystów przystało niezważając na słabą frekwencję. Przedstawmy tylko fragment długiej listy zagranych standardów: „Sweet Home Chicago”, „Hey Joe”, „Purple Haze”, „Gloria”, „Hear My Train A-Comin'”, „Roadhouse Blues”, „Maggie M'Gill”, „Little Wing”, „I'm A Man”, „Who Do You Love?”, „Red House”, „Bad Love”, „Blue Suede Shoes”, „What a Wonderful World”, „On the Road Again”, „What'd I Say”, „Cocaine”, „Knockin' on Heaven's Door” i przedwojenny szlagier „Na pierwszy znak”.


Szczególnie ciekawe chwile czekały na słuchaczy w galerii OKOP, gdzie odbywały się nocne, kończące się o 4-5 rano improwizowane spotkania muzyków występujących wcześniej w „Uranii”.


Łączone składy, zmiany instrumentów, granie standardów mogło się podobać. Gwiazdą jam session był poznański zespół Hot Water. Nie oszczędzał się w OKOP-ie również Krzysztof Ścierański, który wpadał co wieczór do Olsztyna znad jeziora, gdzie wypoczywa.


No i Tom Shaka, amerykański Europejczyk, który zakończył w niedzielę część oficjalną III. ONB.

wtorek, 19 lipca 1994

Przybyłem, przepłaciłem, zobaczyłem

Z pewnym niepokojem jechałem do stolicy na koncert Boba Dylana. Krakowska impreza okazała się częściowo niewypałem (Dylan przerwał swój występ), jakie niespodzianki czekają na mnie w Warszawie?
Mieszkanie poza Warszawą ma kilka plusów i wśród innych ten minus, że trudno się dostać na najważniejsze koncerty. W Polsce ciągle nie można kupić czy zamówić biletów telefonicznie, organizatorzy koncertów nie mają zorganizowanej sieci sprzedaży. Co pozostaje mieszkańcowi np. Olsztyna? Albo dwukrotna podróż (raz po bilet, raz na koncert), albo szukanie znajomych w stolicy, albo jechanie w ciemno. Wybrałem z konieczności tę trzecią możliwość.
Niespodzianek nie było. Zgodnie z przewidywaniami na kilka godzin przed koncertem pod Salą Kongresową stał tłumek osób oczekujący na bilety oraz równie licznie zgromadzone „koniki", które na początek rzucały od niechcenia „milion" za bilety kosztujące 300-600 tys. zł. Na to byłem przygotowany - każdy konik podaje taką samą maksymalną cenę. Zresztą – „to jedna firma”, jak mówili o sobie. Konie bluffują na potęgę - dwojgu Anglików usiłowali sprzedać bilety po 100 marek czyli 1,4 mln zł.
- Nie mam tyle - mówię jak najbardziej obojętnie proponującemu mi bilet. Kupowanie biletu u konika to wojna nerwów. Najbardziej odpornym nerwowo czasami udaje się kupić bilet nawet poniżej ceny nominalnej. Na kilka godzin przed koncertem, gdy pani siedząca w kasie powtarza tylko „Nie ma, nie ma”, koniki podbijają maksymalnie cenę i głównie wówczas zarabiają. Zdesperowany fan Dylana (jak na przykład ja) jest w panice zdolny zapłacić każdą cenę. Jechałem z mocnym postanowieniem, że przeczekam. Nie wytrzymałem jednak - zaproponowany za milion bilet kupuję za 700 tys. zł, nie do końca przekonany, że robię dobry interes, gdyż w kasie kosztowałby mnie tylko 300 tys.
Na godzinę przed koncertem widzę, że jednak przepłaciłem - ceny biletów spadają. Kwadrans przed 19.00 można już dostać bilet po cenie nominalnej. Cóż, przegrałem wojnę nerwów. Z dwojga złego lepiej jednak przepłacić, niż pojechać do Warszawy i nie zobaczyć artysty, który gdyby przestał śpiewać nawet przed moimi urodzinami, to i tak przeszedłby do historii nie tylko muzyki rockowej, ale i całej kultury XX wieku.
Evergreen bez kompleksów
Bez kompleksów zaśpiewała Katarzyna Kowalska z zespołem Evergreen, która pięcioma piosenkami rozpoczynała zarówno krakowski, jak i warszawski koncert Boba Dylana. Bo i o żadnych kompleksach nie może być mowy - Kowalska śpiewa lepiej od Dylana. Nie za śpiew jednak cenimy Dylana.
Gdy kilka minut po 20.00 artysta wszedł na scenę - Kongresowa zagrzmiała gromkimi brawami. Dylan nagrał już w swej ponadtrzydziestoletniej karierze prawie 40 płyt, więc miał w czym wybierać przygotowując repertuar na koncert w Polsce. Po zaprezentowanych piosenkach widać, że to twórca ciągle aktywny, nie odcinający jedynie kuponów od sławy zdobytej przed laty. Większość piosenek na wtorkowym koncercie pochodziła z ostatnich płyt Dylana, choć można sądzić, że większość publiczności przyszła wysłuchać „Blowin' In The Wind”, „The Times They're A-Changin'” czy też „Like A Rolling Stone". Nie wszystkie z tych piosenek Dylan w Warszawie zaśpiewał, ale części z nich publiczność się doczekała.
Pierwszym utworem, który publiczność rozpoznała było „Just Like A Woman", w całkiem innej, niż przed laty, aranżacji - w zespole akompaniującym Dylanowi brak było klawiszy. Zaraz potem „All Along The Watchtower", znów w całkiem innej niż na płycie „John Wesley Harding" aranżacji – przejętej od Jimiego Hendriksa.
W kolejnym utworze Dylan sięgnął w końcu po harmonijkę. Wprawdzie pokazał, że nie umie na niej grać, ale publiczności to nie przeszkadzało, nawet nagrodziła solo brawami.
Po kolejnych dwóch piosenkach nastąpiła część akustyczna koncertu - dwie gitary akustyczne, banjo, kontrabas, harmonijka Dylana (tym razem zabrzmiała bardziej przekonywująco). W tej części zabrzmiał wczesny protest song „Masters Of War" z drugiej płyty „The Freewheelin' Bob Dylan", utwór już 31-letni.
Po 80 minutach Dylan zakończył swój występ, ale był oczywiście bis, w którym artysta zaśpiewał m.in. „Blowin' In The Wind". Na nic dały się kolejne brawa - Dylan już nie wyszedł.
Kilku utworów zabrakło - z pewnością "The Times They're A-Changin'" i “Like A Rolling Stone", może również “Ballad Of Hollis Brown", “Highway 61 Revisited". Cóż, nie można mieć wszystkiego naraz. Po przerwanym krakowskim koncercie Bob Dylan obiecał, że jeszcze wróci do Polski. Może wówczas łatwiej będzie można kupić bilet, ja nie przepłacę ponaddwukrotnie, a Dylan zaśpiewa wszystkie wymarzone przeze mnie utwory...


Refleksja po latach:
Tyle zmian... Rzecz dzieje się w epoce przed denominacją (bilety po 300 tys. zł), internetu właściwie nikt nie znał (a już tylko fantaści mogli sądzić, że przez komputer będzie można kupić bilet). Dziś bilety kosztowały tylko 260 zł, czyli po staremu 2,6 mln zł. Jakby nie patrzeć - 9 razy drożej niż 14 lat temu. Więc może jednak wtedy nie przepłaciłem? :)


Utwory, jakie dane mi było usłyszeć na żywo 19 lipca 1994 roku:

1. Jokerman


2. Just Like a Woman


4. You're a Big Girl Now


5. Tangled Up in Blue


6. Under the Red Sky


7. Mama, You Been on My Mind (akustycznie)


8. Masters of War (akustycznie)


9. Love Minus Zero/No Limit (akustycznie)


10. God Knows


11. In the Garden


12. Maggie's Farm


14. It Ain't Me, Babe (akustycznie)


15. Blowin' in the Wind (akustycznie)


Wykonawcy:
- Bob Dylan – śpiewa, gitara, harmonijka (4-7, 14),
- Bucky Baxter (electric slide guitar oraz pedal steel guitar, czyli elektryczna gitara hawajska),
- John Jackson – gitara
- Tony Garnier – bas
- Winston Watson – perkusja i instrumenty perkusyjne.

sobota, 16 lipca 1994

Mistrz z cudzym wiosłem

Na zamkowym międzymurzu odbyła się dziś przygrywka III. Olsztyńskich Nocy Bluesowych. Wznowiona po dziesięciu latach impreza zapowiada się interesująco pod względem artystycznym. Oby również organizacyjnym...
Bilety na przygrywkę kosztowały 100 tys. zł, większość osób przyszła z pewnością zwabiona nazwiskiem Tadeusza Nalepy. Poznańska grupa Hot Water miała, w mniemaniu sporej części publiczności, przygrywać mistrzowi.
Hot Water zaczął spokojnie, momentami w stylu J.J. Cale'a. - To jazz? - zapytała cicho jedna z mniej zorientowanych słuchaczek sobotniego koncertu. - Blues to jedna z form jazzowych - wyjaśnił z miną znawcy jej towarzysz.
Blues to przede wszystkim standardy. Tych na przygrywce do nocy bluesowych nie zabrakło. Było „All Along the Watchtower” Boba Dylana, „Who Do You Love?” Bo Diddleya, „Gloria” Vana Morrisona, „I'm Going Home” Ten Years After i wiele innych.
Hot Water pokazał się z jak najlepszej strony, długim kilkugodzinnym koncertem dał przedsmak tego, co czeka nas podczas Nocy Bluesowych, a zwłaszcza podczas nocnych jamów.
W czasie jednej z przerw odbyła się konferencja prasowa z Tadeuszem Nalepą. Kontrowersję wzbudziła kwestia występu Nalepy na przygrywce. Mistrz nie wiedział, że ma zagrać tego wieczora. Co więcej - stanowczo odmawiał wzięcia gitary do ręki. Ostatecznie z Hot Water zagrał i Tadeusz Nalepa (choć z wyraźną niechęcią i na nie swoim „wiośle”), i przybyły trochę później Krzysztof Ścierański. Nalepa wykonał trzy utwory, wśród nich najgoręcej oczekiwane przez publiczność „Kiedy byłem małym chłopcem” („Tadziu, a-moll” - ktoś życzliwie podpowiadał) i o wiele lepiej dziś brzmiące „Oni zaraz przyjdą tu”.
Po ostatecznym zejściu ze sceny Nalepy pojawił się Krzysztof Ścierański, który pierwszy utwór zagrał na gitarze... solowej, choć wiadomo, że jest mistrzem basu. Po kilkunastu minutach Ścierański powrócił do Hot Water już ze swym podstawowym instrumentem. Około północy muzycy zeszli ze sceny, a organizatorzy zakończyli przygrywkę. Okazało się jednak, że Ścierańskiemu to za mało. Już na zupełnym luzie muzycy pojamowali jeszcze przez godzinę.