poniedziałek, 29 listopada 1993

Wilki na „Przedmieściach"

Poniedziałek był w Olsztynie dniem zespołu Wilki. Najpierw członkowie grupy spotkali się z olsztyńskimi mediami, potem Robert Gawliński podpisywał kasetę „Przedmieścia”. O 18.00 Wilki dały w „Uranii” niezły koncert, zaś na koniec można było usłyszeć członków zespołu w olsztyńskim radiu, gdzie gościli w audycji „Głową w mur”.
Podczas konferencji prasowej odpowiedzi udzielał tylko Robert Gawliński, założyciel i niekwestionowany lider zespołu Wilki. - Obecnie na nasze koncerty przychodzą prawdziwi fani Wilków, a nie ci, którzy idą za modą - powiedział lider grupy. Dodał, że frekwencja podczas koncertów granych w trakcie promocji płyty „Przedmieścia” jest niezła. Na każdy koncert przychodzi po 600-700 osób.
Wilki planują wydanie na Zachodzie płyty będącej kompilacją dwóch dotychczasowych wydawnictw fonograficznych zespołu, oczywiście w języku angielskim. Obecnie pracują nad teledyskami do najnowszej płyty. Przed świętami telewizja pokaże rejestrację krakowskiego koncertu Wilków. Gawliński potwierdził także chęć nagrania solowej płyty. Grupa nagra też prawdopodobnie muzykę do drugiej części „Psów”. W planach zespołu jest również zagranie w Warszawie koncertu unplugged. Będą również zagraniczne występy. Wilki wybierają się do Australii i Danii.
Zapytany o swoją muzyczną przeszłość (tzn. członkostwo w zespołach Made In Poland, Opera i Madame), Gawliński odpowiedział, że „to se nevrati” czyli, że nie ma żadnych planów związanych z grupami, w których kiedyś śpiewał.
Po konferencji prasowej przyszedł czas dla fanów, a raczej fanek Wilków, gdyż tych zgromadziło się przed sklepem Levisa zdecydowanie więcej. W sumie jednak chętnych na autograf Gawlińskiego było niewiele, około czterdziestu osób. Robert rozmawiał z dziewczynami, pozował do wspólnych zdjęć, podpisywał ufundowane przez sponsora trasy koncertowej kasety.
Bez „Końca”
Koncert w „Urani” zgromadził podobną liczbę widzów co ubiegłotygodniowy występ T. Love. O ile jednak w małej hali „Startu” kilkusetosobowy tłum wyglądał imponująco, to w ogromnej „Uranii” nie był tak efektowny.
Podczas obecnej trasy koncertowej Wilków ich występy otwiera sandomierski zespół The End. W Olsztynie Wilki musiały jednak radzić sobie same i zagrać bez rozgrzewającego zespołu.
Co powinni biskupi?
Kilkanaście minut po godz. 18.00 gaśnie światło, na scenę wchodzą członkowie zespołu. Gawliński ubrany jest w czarny sweter, no i oczywiście w czarne skórzane spodnie, jak Jim Morrison. Zaczynają utworem „Eroll” z pierwszej płyty. Potem „Nie zabiję nocy” i „Przedmieścia”. Kilka pierwszych utworów to właściwie koncert bez historii. Gawliński zapowiada kolejne numery, publiczność każdy przyjmuje z jednakowym entuzjazmem, niezależnie czy jest to „Moja Baby” czy też „Amiranda”. Trochę cieplej widzowie reagują na „Eli lama sabachtani”. - Bardzo lubię tę piosenkę - mówi Robert. W tygodniku „Niedziela” zarzucano Gawlińskiemu, że wykorzystał w piosence traktującej, jak stwierdziły władze kościelne, o błahych sprawach, słowa z Biblii. W czasie konferencji prasowej lider Wilków mówił, że rozstanie z kimś lub czymś nie jest wcale błahą sprawą i że biskupi nie powinni się wypowiadać na takie tematy, jak rozstanie z kobietą.
Teraz następuje krótka część akustyczna koncertu. Muzycy zasiadają na krzesłach, zmieniają instrumenty. Grają trochę za długą i rozwlekłą wersję „Indian Summer” z repertuaru The Doors i ostatniej płyty zespołu, następnie „Jeden raz odwiedzamy świat” („Nie wierz tym, którzy mówią, że prawdziwą wolność osiągamy po śmierci” - śpiewa w tej piosence Gawliński). Na koniec akustycznego grania „Cień w dolinie mgieł”, ze stosowną do tytułu ilością dymów.
Potem trzy w jednym, czyli wiązanka trzech utworów (min. „Aborygen”). Następnie zespół gra dwie piosenki z angielskimi tekstami, tzn. „Crazy Summer” oraz „Son of the Blue Sky”. Śpiewanie po angielsku kończy utwór „Help” z przedostatniej płyty Iggy’ego Popa. Znaczy to, że Gawliński uważa koncert za udany, gdyż grają ten numer wtedy właśnie, gdy muzycy rozumieją się dobrze na scenie. Największa zabawa na widowni jest zresztą właśnie podczas piosenki Popa. Koncert kończy odśpiewany częściowo z publicznością utwór „Beniamin”. Gawliński przedstawia zespół i znika odprowadzany przez swego bodyguarda.
Jest oczywiście bis. Wilki grają dwa premierowe utwory: „Help Me Now” oraz „Arabski”, które znajdą się na następnej płycie zespołu. Absolutnie na koniec zespół wykonuje po raz drugi tego dnia „Moją Baby”. Zapalają się światła, część publiczności natychmiast opuszcza „Uranię”, część tłoczy się obok sceny w nadziei, że Gawliński jeszcze się pojawi. Irytuje to niektórych właścicieli stoisk w hali, którzy zawsze podczas imprez w „Uranii” pełnią straż przy swoich kramikach.
Wilczy pazur
Wilki zagrały bardzo ostry, dynamiczny koncert. Dla niektórych brzmienie zespołu podczas występu było zaskoczeniem, momentami wydawało się bowiem, że na scenie gra grupa z Seattle, a nie pop rockowe Wilki, mające w końcu za sobą dwa występy na festiwalu w Sopocie.
Koncert miał niezłą oprawę świetlną. Efektownie wyglądały momenty ze stroboskopem, trochę za często jednak stosowanym. Nagłośnienie było poprawne, choć szkoda, że nie wszystkie słowa śpiewane przez Roberta Gawlińskiego docierały do publiczności. Trochę w tym winy także samego wokalisty, którego egzaltowane interpretacje wnoszą dużo zamieszania do tekstów.

sobota, 20 listopada 1993

Zaraza raz

Zaraza zadebiutowała 1 września 1993 roku, ale kto to wiedział, że trzeba było przy tym być... Kilkadziesiąt godzin wcześniej wróciłem z PZHS w Strącznie i odsypiałem kilka dni, więc jestem (?) usprawiedliwiony.
Co się odwlecze, to nie uciecze. Pierwszy raz przyglądałem się Zarazie w sobotę 20 listopada 1993 roku w hali Klubu Sportowego „Start” w Parku im. Janusza Kusocińskiego, gdy poprzedzała występ T.Love. Bilety były po 50 tys. zł (w dniu koncertu 70 tys. zł), ale ja wchodziłem przecież za darmo, by przygotować dla potomności taką oto właśnie relację do olsztyńskiej „Gazety Wyborczej”… (archeologia komputerowa mówi mi, że to była dokładnie 172 publikacja po roku pracy w tej redakcji).

***

Przed kilkusetosobową widownią wystąpił w sobotę w Olsztynie zespół T.Love. Na koncercie trzeba było być z co najmniej trzech powodów: grupa grała dla chorej Patrycji, rejestrowała płytę live oraz żegnała się z gitarzystą Janem Benedkiem. Do tej wyliczanki można też dołączyć występ Zarazy, która rozpoczęła koncert. Zdaniem wielu olsztyńska Zaraza gra coraz lepiej.

„Śmierć leszczom”, czyli dwa grzyby w barszcz
Fani T.Love mieli w sobotę nie lada problem. W czasie, gdy odbywał się koncert, telewizja prezentowała program o zespole pt. „Śmierć leszczom”. W ruch poszły zapewne magnetowidy i stąd spora frekwencja na koncercie.

Przegląd mód
Hala „Startu” zapełnia się wbrew TV już kilkadziesiąt minut przed występem. Służba porządkowa nie dopuszcza jeszcze ludzi do sceny, gdzie przygotowuje się Zaraza. Ludzi podnieca nawet granie na próbę, więc tańczą. Jest też silna grupa fanów Stomilu, którzy okrzykami gnębią nieobecną Jagiellonię. Przez cały koncert nie było na szczęście żadnej zadymy, porządkowi nie interweniowali.
Porządkowi puszczają ludzi pod scenę, tłum radośnie rusza w kierunku estrady. Przeważają nastoletnie dziewczyny. Ubiory tworzą barwny przegląd mód kontestacyjnych z ostatnich trzydziestu lat.

„Zarazie!”
O godz. 17:03 zaczyna Zaraza. Tłum przed sceną rytmicznie faluje. Piotr Szymański, gitarzysta grupy, określił graną przez grupę muzykę jako „lekki thrash”. Hm, na pewno jest to muzyka amerykańska. Słychać tam Pearl Jam oraz Doorsów (jak u „wszystkich” dzisiaj). Wokalista Piotr Sikorski przypomina Jima Morrisona trochę śpiewem, trochę zachowaniem na scenie. Wyróżnić też trzeba Cezarego Ozgę, gitarzystę. Zaraza została ciepło przyjęta przez publiczność, mimo że występuje w niej dwóch członków nielubianego powszechnie w Olsztynie nieistniejącego już zespołu I Want You. Grupa stawia pierwsze kroki, ale gra już bardzo sprawnie ostrą, dynamiczną muzykę. Zatem „Zarazie!”, jak zakończył występ grupy Piotr Sikorski.

Dwa starty w „Starcie”
- Witajcie w Olsztynie, witajcie na Warmii! Lubię tu przyjeżdżać na wakacje! - przywitał publiczność Muniek Staszczyk, po zagraniu na początek tytułowego utworu „King” z ostatniej płyty T.Love. Następnie grają starszy przebój „Pocisk miłości”. Publiczność rozgrzewa się do białości w czasie utworu „Nabrani”, gdy nagle Muniek przerywa występ z powodu braku odsłuchów. - Panowie zróbcie coś z tą techniką! To są jaja! - krzyczy do technicznych i schodzi ze sceny.
Wraca po kilku minutach. - Zaczynamy od nowa! - woła Muniek. Publiczność przyjmuje to z entuzjazmem. Zatem jeszcze raz „King”, „Pocisk miłości”, „Nabrani”. Z najnowszej płyty T.Love gra jeszcze „X”, „Dzikość serca”, „Stany” (- O kraju mlekiem i miodem płynącym - mówi z ironią Staszczyk), „He Was Born To Be A Taxi Driver” oraz „Pani z dołu” o trudnej starości kobiety, która walczyła w Powstaniu Warszawskim. Entuzjazm widowni wzbudzają także stare utwory: „Warszawa", „IV Liceum”, „(Wolny jak) taczanka na stepie”, „Kovalski (Autobusy i tramwaje)”.
To ostatnia trasa z gitarzystą Jankiem Benedkiem. Opinie, że stał się on twórcą stonesowskiego repertuaru grupy, potwierdzają się na estradzie. Benedek nie tylko gra riffy godne Keitha Richardsa, ale i porusza się jak gitarzysta The Rolling Stones. Gdy lekko przygarbiony i z papierosem w ustach sadzi richardsowskie akordy, podobieństwo jest prawie zupełne. No, może Benedek jest trochę przystojniejszy.
Koncert kończy rozbudowana wersja „Wychowania” z udanym udziałem publiczności, która razem z Muńkiem śpiewa:
Ojczyznę kochać trzeba i szanować
Nie deptać flagi i nie pluć na godło
Należy też w coś wierzyć i ufać
Ojczyznę kochać i nie pluć na godło.

Szkoda, że ta wersja pewnie nie trafi na powstającą właśnie płytę live zespołu, bo Muniek kilka razy się sypnął.
Na bis Muniek wychodzi sam i śpiewa razem z widownią „Karuzelę”. Utwór ten pochodzi z czasów starego, bardziej punkowego T.Love i zapewne obecnie grupa nie ma go nawet w repertuarze, dlatego Muniek śpiewał go bez zespołu.
Na drugi i ostatni bis wychodzi cały zespół i gra trzy obce kawałki: „No Woman, No Cry” Boba Marleya, „People Are Strange” The Doors oraz „Play With Fire” The Rolling Stones. Jeszcze pięć lat temu taki numer by nie przeszedł, dzisiaj młodzież nie tylko zna, ale i szanuje rockową tradycję.