Chciałem tylko, żeby gdzieś przekroczyć granicę, wszystko jedno którą, bo ważny dla mnie był nie cel, nie kres, nie meta, ale sam niemal mistyczny i transcendentny akt przekroczenia granicy.
(Ryszard KAPUŚCIŃSKI, „Podróże z Herodotem”)
troć fiordowa (słynne lody z mizerii, uszka, sos paprykowy, omułki)
lody z mizerii godne oddzielnego zdjęcia
pleśniak (czarna porzeczka, migdały, lody z maślanki, chips z mleka)
rabarbar (i sam nie wiem, co)
Wieczór po koncercie Mikołaja Trzaski podsumowujemy na Placu Przyjaciół Sopotu, gdzie tamtejsza wiśniówka przypomina nam, że zbyt długo nie konsumowaliśmy ginjinhi w Lizbonie...
Wyjazd zamykamy długim nadmorskim spacerem do restauracji Do Brzegu. Stosowna nazwa ze stosownym widokiem.
chałka z kurczakiem (chałka z guacamole, kurczakiem, cebulą, bekonem i salsą pico de gallo, kolendra) klasyk sopocki (jajecznica z 3 jaj od kur z wolnego wybiegu, posypana szczypiorkiem, kawałek wędzonego smażonego boczku, twarożek z rzodkiewką i szczypiorkiem, miks sałat z sosem winegret)
Lennon uczył się (nieskutecznie) w Liverpool College of Art. Musorgski skomponował „Obrazki z wystawy”, co należy odczytywać dosłownie. Dylan, gdy odłoży gitarę, sięga po pędzel. Trzaska odwrotnie – odłożył pędzel, bo sięgnął po saksofon.
Dzisiejszy koncert Mikołaja Trzaski na wystawie prac Kiejstuta Bereźnickiego to nie przypadek. Trzaska otarł się o Bereźnickiego w Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku, chociaż nie był jego uczniem. A znajomymi są do dzisiaj, zapewne również za pośrednictwem, nieżyjącego już, ojca Mikołaja Trzaski. Trzaska stojący z saksofonem pod dziełami Kiejstuta Bereźnickiego jest więc jak najbardziej na miejscu.
Logistycznie tak wyszło, że w pierwszej kolejności wysłuchaliśmy koncertu, a potem zapoznaliśmy się z obrazami.
Najpierw był saksofon.
Potem klarnet basowy. Tu padłem ofiarą skojarzenia brzmieniowego, bo kilka nut ewidentnie zabrzmiało mi jak melodia Jerzego Matuszkiewicza do „Stawki większej niż życie” (sprawa za chwilę się wyjaśni).
Ponownie saksofon.
Skoro mamy dziś Noc Muzeów, to nieodzowne było kilka minut edukacyjnych. Mikołaj Trzaska wyjaśnił krótko znaczenie klarnetu basowego dla peerelowskich wieczorynek, a następnie przedstawił zasadę działania saksofonu. Altowego w tym przypadku.
Tym razem klarnet basowy zabrzmiał melodią z filmu „Róża”, który bajką nie jest…
I jeszcze raz saksofon.
A na finał ponownie saksofon, czyli Krzysztof Komeda i jego „Nim wstanie dzień” z filmu „Prawo i pięść”.
Gdy po występie żona składała podziękowania za dostarczone nam emocje, nie omieszkałem zapytać o melodię ze „Stawki”, bo błyskotliwie chciałem zauważyć, że fraza powracała dziś kilkakrotnie. Otóż nie wracała, bo Trzaska wyjaśnił, że wcale jej nie grał! Ale wspólnie doszliśmy do wniosku, że każdy ma swoje ulubione frazy, z których buduje swoją muzyczną opowieść. A że my z Olsztyna, to nam wszystko kojarzy się z Hansem Klossem, co gdański artysta zrozumiał doskonale.
Kiejstut Bereźnicki to nie było nieznane mi nazwisko, na pewno trafiłem już na jego dzieła gdzieś w Polsce, ale tutaj mieliśmy obszerną wystawę „Harmonia Mundana”, przygotowaną z okazji 90. urodzin artysty. Tytuł wystawy został zaczerpnięty z tego gobelinu z 1991 roku:
Inne dzieła zebrałem w taki oto filmik, który skomentowałem, a jakże, własną muzyką. Żeby kółko się zamknęło, dodam, że dźwięki naśladują nieudolnie brzmienie Keitha Emersona z efektownej końcówki „Lucky Man”. A jak Emerson, to wiadomo, niesamowita interpretacja „Obrazków z wystawy” w wykonaniu zespołu ELP.
No dobra, muszę to napisać – w życiu nie byłem na takim koncercie. W sopockim Teatrze Boto snuli dzisiaj swoje opowieści Basia Flow Adamczyk i Marcin Grabiński. Ona swoją snuła słowem, on swoją snuł dźwiękiem. Czasem się spotykali.
Nie będę ściemniał, że znałem wcześniej Flow. Przecież ja ledwie kojarzę Skubasa, dla którego kilkanaście (!) lat temu napisała teksty na jego płytę, a z której to płyty do wieczności przeszła na pewno piosenka „Nie mam dla ciebie miłości”. Basia Flow Adamczyk przeczytała dzisiaj kilka fragmentów ze swojej wydanej w 2024 roku książki „Baśka. Łobuzerka”. Już sam tytuł wiele mówi i z tego, co się zorientowałem, nie jest to licentia poetica.
Zaśpiewała parę piosenek ze swoimi tekstami, w których nic nie jest łatwe ani proste.
Był przy tym obecny ze swoim Stratocasterem i obszernym zestawem elektroniki gitarowej Marcin Grabiński, którego dźwięki też nie były ani łatwe ani proste. Ot, anarchistyczny ambient, jeśli chcieć próbować nazywać rzeczy po imieniu.
Co w repertuarze koncertu? Z pamięci przytaczam kilka numerów:
„Dziewczyna z tramwaju” Kurde, napisałem coś takiego prawie 40 lat temu. Nie tak onirycznie, rzecz jasna.
„Anielski chuj” Chuja jestem pewien, ale tytułu nie… Łobuzerstwo w pełnym rozkwicie. Ładne dziewczyny uprawiają brzydką poezję, wiadomo.
„Janusz!!!” Trzy dni temu była premiera teledysku, więc coś się dzieje.
„PiliPalili” Piosenka nagrana kilka lat temu ze Skubasem. Prawie przebój.
Już od radykalnie przeredagowanej inwokacji wiadomo było, że z olsztyńskiej inscenizacji „Pana Tadeusza” uczniowie chcący szybko opanować treść dzieła Adama M. pożytku mieć nie będą.
Jak przerzucić kładkę między Soplicowem a starożytną Grecją? O, to proste domino: „Pan Tadeusz” – Adam Mickiewicz – romantyzm – lord Byron – Grecja. Albo jeszcze prościej: „Pan Tadeusz” – Adam Mickiewicz – philáretos. Albo najprościej – bo reżyser tak chciał.
Olsztyński Teatr Jaracza nie przestaje mnie w ostatnich latach zaskakiwać (co niekoniecznie przekłada się na liczbę wizyt, ale staram się). Wystawienie „Pana Tadeusza” w starożytnym anturażu rozbudziło mój apetyt na intelektualną przygodę, w czasie której będę pławił się w aluzjach do relacji grecko-rzymskich a może nawet grecko-perskich (czytaj: polsko-rosyjskich), odniesieniach do greckich mitów (Robak niczym Odyseusz?), nawiązaniach do Platona czy Arystotelesa (Sędzia miał sporo do powiedzenia). Cóż – albo nie taki był zamysł reżysera, albo do intelektualnych przygód muszę jeszcze dorosnąć... Dorastałem przyglądając się z przyjemnością Soplicowie kręcącemu się w kółko w greckim amfiteatrze. A tam kilka ciekawych dramatis personæ (cholera, to łacina, a nie greka) – przerysowany Bocian, rozerotyzowana Telimena, przebiegły Robak, podminowany Gerwazy, krotochwilny Hrabia (zestawcie sobie kreacje Marcina Tyrlika i Marka Kondrata). Gdybym jeszcze tylko wszystkich dobrze i wyraźnie słyszał… Może zasłaniał mi ekran perkusisty zespołu Mateusza Cwalińskiego. Bo, jakby wszystkich cudownych wariactw było mało, to jest spektakl w konwencji musicalu!
Międzynarodowy Dzień Jazzu zawitał również do Olsztyna (co prawda z dwudniową synkopą). Z tej okazji w Zajezdni Trolejbusowej odbył się dzisiaj koncert w hołdzie Zbigniewowi Namysłowskiemu, jednemu z największych gigantów polskiego jazzu.
Namysłowskiego widziałem na koncercie tylko jeden raz, ponad 30 lat temu. Przez te trzy dekady podciągnąłem się nieco ze znajomości jazzu, ale poza odróżnianie „Astigmatic” od „Bitches Brew” raczej nie wyjdę. Co nie zmienia faktu, że słuchać jazzu po prostu lubię.
Najpierw była okazja posłuchać wywiadu, jaki na żywo Piotr Metz przeprowadził z Tomaszem Tłuczkiewiczem, znawcą jazzu a twórczości Namysłowskiego szczególnie.
Tomasza Tłuczkiewicza zawsze słucha się z przyjemnością (mam w pamięci jego wystąpienia przed laty w radiu i telewizji).
W części muzycznej, a dla niej tu przecież przede wszystkim przyszliśmy, wystąpił zespół Jacka Rodziewicza.
Zagrali kilka utworów Namysłowskiego („Winobranie”, „Jasmin Lady”), kilka Rodziewicza („Steve Nash Flow”) a także „Central Park West” Coltrane’a. Na żonie największe wrażenie zrobił Coltrane, na większości „Winobranie”, a na mnie wszystko.
Kto dziś na scenie? Aż siedem osób: Jacek Rodziewicz (saksofon barytonowy), Jan Smoczyński (instrumenty klawiszowe), Maciej Sikała (saksofon tenorowy), Marcin Gawdzis (trąbka), Beniamin Przeradowski (perkusja), Jacek Namysłowski (puzon, klarnet, flet), Mateusz Kurek (gitara elektryczna).
Zapewne nigdy jeszcze w historii Olsztyna tylu gitarzystów nie zagrało jednocześnie w jednym miejscu. Robiliśmy, co mogliśmy, jednak lokalny rekord nie przełożył się niestety na rekord światowy. Ale grając na Targu Rybnym „Hey Joe”, bawiliśmy się doskonale!
Ja bawiłem się tym bardziej, bo gitarowym rekordzistą zostałem już w 2014 roku. A dziś zdążyłem sobie przypomnieć nie tylko tamten wrocławski rekord Guinnessa, ale i zupełnie inny rekord Guinnessa, jaki zorganizowaliśmy również 1 maja 2000 roku (i też był na nim prezydent Olsztyna – o ile Janusz Cichoń wykonywał wtedy harcerskie pląsy, to Robert Szewczyk grał dzisiaj jak wszyscy zgromadzeni mieszczanie CGDAE).
Ba, w ramach mentalnych przygotowań do bicia gitarowego rekordu, wyciągnąłem klawisze i z okazji 22. rocznicy wstąpienia Polski do Unii Europejskiej wykonałem parafrazę stosownego utworu:
Przed tym, zanim punktualnie o 16:00, uderzyliśmy w C-dur, zagrało kilku olsztyńskich tuzów gitary. Sekcję rytmiczną tworzyli Krystian Zemanowicz (gitara basowa) i Aleksander Ostrowski (perkusja). Na scenie cały czas był też Piotr Szymański (gitara elektryczna, m.in. Zaraza i Big Day).
W instrumentalnej wersji „Black Dog” Led Zeppelin pierwsze skrzypce (pardon, pierwszą gitarę) grał Marcin Stanczewski. W solo wplótł cytat muzyki do „Stawki większej niż życie”, co doskonale korespondowało z faktem, że przygody Klossa kręcono głównie w Olsztynie i we Wrocławiu.
Natomiast przy „Cocaine” J. J. Cale’a sprawdzał się na Antek Waraksa.
Ostatecznie okazało się, że na Targu Rybnym w Olsztynie stanęło z gryfami w rękach 234 gitarzystek i gitarzystów. Wrocław zameldował 7649 gitarzystów, czyli do zeszłorocznego rekordu (8122) zabrakło kilku kompanii gitarzystów.
Co za czasy! Swoją płytę wydał przedwczoraj Ringo Starr, za kilka tygodni ukaże się nowy album Paula McCartneya, a latem mają wyjść nowi Stonesi. McCartney już tłumaczony, ze Stonesami się zobaczy, dziś pora na Ringo!
Płyta „Long Long Road” to country, do którego to gatunku podchodzę jak pies do jeża, ale znana jest słabość Ringo do tej muzyki. Urzekła mnie tytułowa piosenka, która kończy płytę. Nostalgia za minionymi latami, niczym w nowej piosence Paul McCartneya. Zupełnie jakby się umówili… Kto zabroni panom po osiemdziesiątce podsumowywać swoje życie? I nie mówcie, że wy byście nie podsumowywali, bo ja pierwszą taką piosenkę napisałem już jako dwudziestolatek. Utwór (i płytę) kończy tyleż efektownie, co złowieszczo uderzenie w perkusję. Jakby kropka nad i… W mojej wersji też sobie pozwoliłem ją umieścić.
Życie drogą jest, co prowadzi gdzieś nas Bagaż ciężki bierz, gdy chcesz dostać się tam Wszyscy brniemy przez czas dobry lub zły Spoglądam znów w lustro i myślę, gdzie, gdzie byłem w tym Jak mam tam dotrzeć? To tak daleko jest Może już jutro, dziś raczej nie Błyskawic trzask, ujrzysz światła blask Więc wstań już, już za drzwi wyjdź, na drogę wejdź
Czasem życie zmienia się, nim się obejrzysz Otwórz swe serce, otwórz umysł, niech widzą szerzej Wiesz, że wszystko zmienia się I w twoich rękach życie jest Twój los to ciągle zmienna rzecz
Nie daj się dręczyć myślom wciąż Pozwól im przyjść i odejść stąd Gdy byłem sam i była noc To czułem, że ku złemu szło Lecz znów mam cię, już zmienił się świat mi Gdyby nie ty, w tym smutnym morzu tonąłbym
Czasem życie zmienia się, nim się obejrzysz Otwórz swe serce, otwórz umysł, niech widzą szerzej Wiesz, że wszystko zmienia się I w twoich rękach życie jest Twój los to ciągle zmienna rzecz Życie drogą jest Olsztyn, 25-26.04.2026
Zaglądam ponownie do teledysku Ringo. Ileż tu smaczków! Najpierw jest ośmiornica, potem oczywiście żółta łódź podwodna, a później życie wychodzi na ląd, gdzie na długiej drodze sir Richardowi pojawiają się różne artefakty z przeszłości: - mały Ringo z kolegami na liverpoolskiej ulicy, - z rodzicami na swej Admiral Grove, - z kolegą uruchamia samochód na pych, - ośrodek sieci Butlin’s w Skegness, a tam Rock 'n' Calypso Ballroom, gdzie w 1962 roku Ringo występował jako członek Rory Storm and the Hurricanes, - podbój Ameryki przez Beatlesów (sceny z lądowania w Nowym Jorku, występ w Waszyngtonie), - ujęcia z okresu psychodelicznego Beatlesów, - szczęśliwe chwile na huśtawce z Maureen, pierwszą żoną, i dwójką dzieci (Zakiem i Jasonem), - profetyczne ujęcie z synami i psem, ale już bez Maurren, - Ringo i Marc Bolan (w 1972 roku Ringo zadebiutował jako reżyser i producent filmem dokumentalnym „Born to Boogie” z T. Rex i Eltonem Johnem), - sceny z latającym spodkiem z teledysku do „Only You (And You Alone)” z 1974 roku (w piosence gra na gitarze John Lennon, a harmonie wokalne dośpiewuje Harry Nilsson, którego widzimy również w teledysku), - Ringo mija w swym Fordzie klub Whisky a Go Go przy Sunset Boulevard w West Hollywood (nie znane są mi związki tego klubu z Beatlesami, w przeciwieństwie do choćby The Doors), - na tej samej ulicy billboard z filmem z 1977 roku „Szpieg, który mnie kochał”, w którym dziewczynę Bonda zagrała Barbara Bach (przyjmijmy za dobrą monetę tę licentia poetica, bo film nie jest przecież hollywoodzki), - nie ma scen z filmu „Jaskiniowiec” (zaczynającego się zilion lat przed naszą erą, a konkretnie 9 października), na planie którego Ringo poznał bliżej Barbarę nie ma (nota bene grany przez Ringo Atouk wybiera Talę, czyli Shelley Long, a nie Lanę, czyli Barbarę Bach, która z rąk Ringo ląduje w gigantycznej kupie dinozaura - tak się rodzi miłość!), - ale jest ujęcie ze ślubu Ringo i Barbary, czyli wyjście młodej pary z Westminster Council House, gdzie 27.04.1981 odbyła się ta uroczystość (obok Barbary idzie 13-letnia wówczas Francesca Gregorini, jej córka z pierwszego małżeństwa, czyli pasierbica Ringo, a dziś reżyserka tego właśnie teledysku!), - szczyty perwersji intelektualnej osiągamy, gdy Ringo AD 2026 jedzie za parą młodą Ringo i Barbara AD 1981 i obserwuje pocałunki młodożeńców, - Ringo przejeżdża przez Times Square w Nowym Jorku, - najwyraźniej jedzie na West 48th Street do Music Hall Radio City, gdzie 19 i 20 czerwca 1992 roku występuje wraz ze swoją All Starr Band. Z przyczyn obiektywnych nie byłem na tych koncertach, ale widziałem Ringo w Sali Kongresowej w 2011 roku, a na West 48th Street byłem w 2023:
Gdy 1 stycznia 1962 roku Beatlesi nagrywali demo dla wytwórni Decca (wiadomo, odrzucone), wzięliby w ciemno i z pocałowaniem ręki, że jeden z rejestrowanych wówczas utworów wyda ktoś inny na singlu i że zajmie z tym singlem 35. miejsce na liście przebojów.
Tym utworem było „Love of the Loved”, a wykonawczynią, która wzięła go na warsztat, była Cilla Black, ale to był już wrzesień 1963 roku, od kilku miesięcy w Anglii trwała Beatlemania, a zespół miał już kilka własnych numerów jeden.
„Love of the Loved” próżno szukać w oficjalnej dyskografii The Beatles. Nie nagrali tego, napisanego głównie przez Paula McCartneya, utworu na żaden z albumów, nie wrzucili też ani na „Anthology 1” (chociaż są tam inne utwory z noworocznej sesji), ani na „Anthology 4”. W sumie dziwne, bo przecież nagrania są dobrej jakości, a piosenka zgrabna. Ale widać „zgrabna” to za mało dla perfekcjonisty, jakim jest Paul. Wychodzi na to, że piosenka została odrzucona dwukrotnie...
Gdy patrzę znów w twych oczu blask Widzę, że tam jest właśnie raj Widzę to znów – kocham i kocha mnie ktoś
Pewnego dnia, ujrzą ten fakt Że w sercu twym od zawsze trwam Od zawsze trwam – kocham i kocha mnie ktoś
Choć mówiłem wszystko to Będę to powtarzać wciąż Teraz, kiedy pewność mam, że kochasz
I już wiem od dzisiaj, że Kiedy na mnie patrzysz się To w ten sposób, który mówi, ach, „Ty kochasz!”
Więc, choćby deszcz, ja mam to gdzieś W twym sercu trwam, to miejsce me To miejsce me – kocham i kocha mnie ktoś
Choć mówiłem wszystko to Będę to powtarzać wciąż Teraz, kiedy pewność mam, że kochasz
I już wiem od dzisiaj, że Kiedy na mnie patrzysz się To w ten sposób, który mówi, ach, „Ty kochasz!”
Więc, choćby deszcz, ja mam to gdzieś W twym sercu trwam, to miejsce me To miejsce me – kocham i kocha mnie ktoś Kocham i kocha mnie ktoś Kocham i kocha mnie ktoś Olsztyn, 20-22.04.2026
Po niedawnych węgierskich wyborach parlamentarnych wiele osób deklaruje, że wybierze się w końcu (albo ponownie) nad Dunaj i Cisę. Ja też się oczywiście wybiorę (szósty raz) do Kotliny Panońskiej, ale najpierw melduję się z trzecim węgierskim tłumaczeniem.
Na początku wszystkiego była, wiadomo, Omega. W 1971 roku Gábor Presser i József Laux odeszli z Omegi i z muzykami z grup Metro i Hungária założyli Locomotiv GT. Z kolei już w 1973 roku z Locomotiv GT odszedł Károly Frenreisz i założył Skorpió (dołączył też m.in. Antal Gábor Szűcs z Hungárii). Rok później Skorpió zadebiutował płytą „A rohanás” („Pośpiech”), na której znalazł się m.in. utwór „Így szólt hozzám a dédapám” („Tak mi mówił mój pradziadek”). Omega nie istnieje, Locomotiv GT nie istnieje, a węgierscy Skorpionsi chyba nadal kąsają (na pewno ukąsili w 2023 roku świetnym koncertem na 50-lecie). Polak, Węgier, dwa bratanki – w składzie Skorpió znajduje się od 1976 roku Gábor Németh, który kilkanaście lat temu grał również w naszym SBB (dla odmiany w niemieckich Scorpionsach gra na basie Polak, czyli Paweł Mąciwoda).
Gdy na harcerskich ogniskach w latach 80. młóciliśmy piosenkę „Wędrowiec”, nie miałem zupełnie świadomości, że to piosenka z korzeniami na Węgrzech.
Autorem polskiego tekstu, niezwiązanego z oryginałem, jest Adam Szarek, legenda polskiej piosenki turystycznej, ale swego czasu również członek zespołu Histeryk Filip (o brzmieniu podobnym do… Scorpions, tego niemieckiego oczywiście). Szarek był na koncercie Skorpió (zapewno w 1974 r.), chyba w swoim rodzinnym Inowrocławiu. Napisał polski tekst do utworu, który na węgierskiej płycie nazywał się „My grandfather said” (taki był zwyczaj, że piosenki miały dodane angielskie tytuły). W 1975 roku utwór „Wędrowiec” w wykonaniu grupy Wespół z udziałem Adama Szarka pojawił się na Bazunie. W moim śpiewniku pojawił się dziesięć lat później.
Czarnowłosi przeważnie Węgrzy mają chyba obsesję na punkcie blondynek. Najsłynniejszy węgierski przebój mówi o dziewczynie o perłowych włosach, a w piosence Skorpió tytułowy pradziadek zakochał się oczywiście w blondynce.
Było to dwadzieścia temu Albo więcej lat Wpadał do mnie co dnia Mój pradziadek sam
Mówił to i mówił owo Różne cuda snuł Ciągle różne cuda snuł Może zmyślać też mógł
Synku mój, do mnie tak pradziadek raz rzekł Ze mną chodź, zostaw cały miasta ten zgiełk Ze mną chodź, tam o różnych cudach dowiesz się Chodźmy stąd, jak dwóch kumpli droga będzie nieść
Mówił, jak to pięknie było Gdy na koniu gnał Kiedyś, gdy na koniu gnał Kobiet wzrok na sobie miał
Mówił, że się w niej zakochał W tej dziewczynie blond Potem ta dziewczyna blond Stała się prababką mą
Synku mój, do mnie tak pradziadek raz rzekł Ze mną chodź, zostaw cały miasta ten zgiełk Ze mną chodź, tam o różnych cudach dowiesz się Chodźmy stąd, jak dwóch kumpli droga będzie nieść
Znów czekałem, by mnie zabrał Lecz nie zabrał mnie Nigdy już nie zabrał mnie Już zabrała go śmierć Olsztyn, 15-18.04.2026
Czy znałem swojego pradziadka? Jak każdy miałem ich czterech: - Franciszek 1888-1961 - Józef 1890-1973 - Ludwik 1896-1985 - Stanisław 1902-1986
Popatrzmy na te oblicza ze zdjęć sprzed 80-110 lat, które poddałem całkiem udanej renowacji:
Poznałem tylko Ludwika, którego zasługą, oczywiście oprócz spłodzenia mego dziadka, jest brzmienie naszego nazwiska (z Zinkiewicza zrobił ponad 100 lat temu Zienkiewicza). Zresztą na początku nazywał się Liudvikas Zinkevičius, jak to w Olicie, czyli Alytusie. Nie wiem, czy któryś z pradziadków jeździł konno, ale na początku XX wieku nie byłoby to niczym wyjątkowym. Nie mam też pojęcia, czy któraś z prababek była blondynką: - Emilia 1893-1972 - Katarzyna 1898-1991 - Zofia 1900-1980 - Aniela 1910-1987
Niedługo minie pół wieku, odkąd ojciec zobaczył we mnie materiał na wirtuoza akordeonu. Nic z tego nie wyszło, w końcu John Lennon miał Rickenbackera a nie Weltmeistera. Co kilkanaście lat próbuję jednak wrócić do jakiejś klawiatury. Może tym razem się uda.
Zazwyczaj, gdy jest 17 kwietnia, mój muzyczny ekwipunek powiększa się o kolejny instrument, gadżet, sprzęt. W tym roku mój osobisty menedżer imieniem Anita obwiązał imieninowym sznurkiem AKAI MPK mini plus.
Czym jest kontroler MIDI, wie dziś każde dziecko, bo bez tego chyba już nie powstaje żadna muzyka. Co może powiedzieć o moimi AKAI: - klawiatura dynamiczna (oczywiście nie jest to klawiatura ważona), - 37 klawiszy
- dzięki przyciskom zmiany oktawy mam do dyspozycji aż 10 oktaw (pamiętam, jak się mojemu panu od akordeonu kończyły klawisze, gdy grał jakieś skomplikowane przewroty), - 8 dynamicznych padów MPC, - Note Repeat (cokolwiek to znaczy, będę się dowiadywał), - 8 pokręteł (do filtrów, efektów), - 4-kierunkowy joystick (pitch + modulacja), - OLED display (mały ekran), - sekwencer 64 kroki (będę się dowiadywał), - nagrywanie na żywo, - arpeggiator (czyli można udawać wirtuoza), - tryby scales i chords (czyli jeszcze bardziej kreujesz się na wirtuoza), - łączy się i zasila przez USB (czyli jeden kabel mniej). Moja nowa klawiatura doskonale komponuje się ze starą. Może spróbuję jednocześnie pisać i grać?
Póki co, pierwsza próba tylko na jedną klawiaturę. O dziwo, po podłączeniu do trialowej wersji FL Studio 20 i krótkim grzebaniu w opcjach, zagrało! Na razie udaję, że mam organy kościelne. To mi doskonale pasuje do wczorajszego wieczoru, spędzonego w gronie kolegów z dawnej firmy. Jeden z zacnych kolegów kwadrans opowiadał o mających nawet 400 lat organach znajdujących się w warmińskich kościołach. Moje mają dopiero parę godzin i w dodatku nie są organami (bo każde dziecko wie, że kontroler MIDI nie wydaje własnych dźwięków).
Nie wiem, jak Wam kojarzy się dwóch facetów w szafie, ale moje skojarzenie od dziś to ciekawa dyskusja na temat dobrej muzyki.
Czwarty raz zasiadłem przed mikrofonem audycji Szafa z muzyką. Zawsze pozwalam sobie na nadanie jej własnej nazwy (Moja szuflada w szafie, From Szafa with Love, Radio Babel). Tym razem wymyśliłem sobie, że będzie to Dwóch w szafie.
Paweł Jarząbek, autor audycji Szafa z muzyką w radiu UWM FM, jak co roku wystawił prowadzenie jej na licytację na rzecz WOŚP. Walka była krótka, ale dramatyczna, znów padły kwoty czterocyfrowe, a ja tym razem zająłem zaszczytne drugie miejsce… Honorowo wpłaciłem 1111 zł, a Paweł równie honorowo zaprosił mnie do współprowadzenia audycji. Zaproponowałem dwa tematy, oba zanurzone w mojej ulubionej muzyce po same uszy.
The Beatles - Two of Us Tę piosenkę na początek wybrał Paweł, co zgrabnie skomentowało mój tytuł audycji.
Jimi Hendrix - The Star Spangled Banner (Woodstock 1969) Otwieram pierwszy temat audycji – wojna w Wietnamie. A na antenie i poza anteną mądrzę się, ze znawstwem dyrektora operacyjnego, o niedociągnięciach organizacyjnych festiwalu w Woodstock.
The Beatles - Blackbird Oczywiście byliśmy na koncercie Paula McCartneya i w Warszawie, i w Krakowie. I pamiętaliśmy, że krakowska wersja była poprzedzona ważnymi słowami. Z tym że ja pamiętałem bardziej, że Paul powiedział po polsku „prawa człowieka”. I to jest nasz drugi dzisiejszy temat - piosenki zaangażowane.
The Beatles - A Hard Day's Night Kiedy zaczęła się amerykańska odsłona wojny w Wietnamie? Piosenka wybrana przez Pawła jest okazją, by to wyjaśnić.
The Doors - Peace Frog Jak to u Jima Morrisona - nie do końca wiadomo, o co chodzi...
Jacek Kępka Automaty i Tomasz Zień - Automaty W Polsce lat 60. trzeba było uciekać w tematykę nieoczywistą.
Barry McGuire - Eve of Destruction Zastanawialiśmy się, czy to nie dziś jest właśnie tytułowa „wigilia zniszczenia”... Do Iranu zajrzymy jeszcze pod koniec audycji.
Sex Pistols - Anarchy in the U.K. Atakujemy imperium brytyjskie!
Dead Kennedys - California Über Alles Atakujemy demokratycznego senatora z Kalifornii (niekoniecznie dlatego, że ma dziś urodziny).
Buldog - Do prostego człowieka (live) W połowie audycji tekst Juliana Tuwima z 1929 roku. Zmieniło się wiele i nic się nie zmieniło.
Jean-Michel Jarre - Pop Corn Co utwór instrumentalny robi w audycji o piosenkach z zaangażowanym tekstem? Już wyjaśniam...
Burek! Dobry Pies - Wietnamskie dzieci Jaki mieliśmy właściwie wtedy stosunek do wojny wietnamskiej?
Spare Bricks - Vera (po polsku) Selfmarketing, czyli moje tłumaczenie w profesjonalnym wykonaniu. I świetne przejęzyczenie - uznałem, że „The Wall” to płyta Rogera Watersa.
Måneskin - Gasoline Piosenka o facecie napędzanym benzyną, czyli współcześni artyści też niestety muszą śpiewać o wojnie...
Marianne Faithfull - As Tears Go By Wybór Pawła, który ma ewidentną słabość do tego utworu. Odeszliśmy trochę od obu tematów audycji, ale warto było...
Tilt - Mówię ci, że Wybór Pawła. Pieśń z lat 80., gdy w Polsce można było już być nieco bardziej dosadnym niż w latach 60.
The Bill - Wolność Wybór mojej żony (kaseta The Billa była przebojem w pobliskim akademiku, kilkadziesiąt metrów od radia, w którym jesteśmy). Ja w tym samym mniej więcej czasie byłem niedaleczko na koncercie „Stage of Power”, gdzie obok The Billa pojawili się tacy wykonawcy: Saron, Pan Witek, Screen, Atrocious Filth, Prophecy, Christ Agony, Vader, Sedes, Closterkeller, Proletaryat.
Shervin Hajipour - Baraye Po persku. To, że niemiłych panów atakuje pan, który jest nieobliczalnym narcyzem, nie przekreśla faktu, że atakowani panowie są naprawdę niemili.
The 5th Dimension - Aquarius # Let The Sunshine In Kto nie był na filmie „Hair”, niczego nie rozumie! Muszę się wybrać na wersję sceniczną, ciągle pojawiają się w Polsce kolejne adaptacje.
Uummannaq Børnehjem - Uummannami To nie jest pieśń protestu. Ale są takie momenty w dziejach, że wystarczy tylko kontekst. Kończymy utworem z Grenlandii.
Z muzyki deathmetalowej to ja najbardziej lubię Nicka Cave’a, ale na prezentowany na Scenie Margines olsztyńskiego teatru spektakl o Vaderze musiałem się oczywiście wybrać. I nie wziąłem proponowanych przy drzwiach wejściowych zatyczek do uszu!
Czy to jest rzeczywiście o Vaderze? Przedstawienie „Vader. Wojna totalna”, na podstawie książki Jarosława Szubrychta o tym samym tytule, w zasadzie nie jest o muzyce, chociaż brzmi ona praktycznie przez cały czas. Przesłanie jest dość czytelne – jeśli czegoś bardzo mocno chcesz, to cel osiągniesz. Oczywiście, w tej bajce widzimy krew, pot i łzy zwycięzcy, ale nie widzimy tych, co przegrali. W latach osiemdziesiątych marzenia miały w Olsztynie, w Polsce i na całym świecie miliony takich chłopaków, jak Piotrek z ul. Gietkowskiej. Sukces stał się udziałem bardzo nielicznych. Najbardziej wytrwałych, obdarzonych największym talentem, mających największe szczęście? To zawsze jest mieszanka i niewiadoma porównywalna do tego, że czasem Adam Małysz leciał daleko a czasem blisko, ale w sumie trudno powiedzieć dlaczego…
To również trochę przedstawienie o pokoleniu (także moim), które miało okazję doświadczyć niesamowitej karuzeli społeczno-politycznej – dzieciństwo przeżyliśmy w klimacie fałszywego dobrobytu epoki Gierka, dojrzewaliśmy w oparach gnijącego realnego socjalizmu, a w dorosłość wchodziliśmy oglądając wybuch wolnego rynku (do tego dodajmy, że starość spędzimy zapewne próbując nieskutecznie wyjaśnić młodzieży, że nie wszystko, co widać w internecie jest prawdą). Momentami było zatem zabawnie, bo socjalistyczny model kultury śmieszy po kilkudziesięciu latach tak samo jak „afrykańskość”, którą uprawiał w naszych telewizorach Afric Simone czy buty na koturnach zespołu Slade. Ciekawe, czy gdyby Piotr Wiwczarek urodził się kilka lat wcześniej, załapałby się na glam rock? Załapał się na Black Sabbath, potem na Judas Priest, potem na Slayera i tak ruszyła ta śmiertelna maszyna…
W opowieści przewija się mnóstwo spraw, mnóstwo ludzi. Jest tak gęsto, że nie sposób wszystkiego spamiętać (było przeczytać książkę, mądralo..). Sytuację ułatwia olsztyńskim lub wpędzonym w lata odbiorcom to, że wiele z tego działo się tuż obok nas. O festiwalach Metalmania czytałem na bieżąco w epoce. Eksplodującą kulturę thrash metalu analizowałem dzięki napisom wykonywanym długopisami na szkolnych torbach kolegów z technikum (tyleż długie, co nieskuteczne, dyskusje z niejakim Wiśnią, dzielącym ze mną szkolną ławę na przedmiocie podstawy elektrotechniki, o wyższości Pink Floyd nad Venomem). Na studiach zetknąłem się przez chwilę z Docentem, który, na moment przed światowym sukcesem zespołu, znalazł jeszcze czas, by dołączyć do naszej grupy na historii przy ul. Szrajbera, co zapewne trzeba łączyć z Waldemarem Ziarkiem, również wspominanym w spektaklu. Wnukom będę opowiadał, że podczas kolokwium pożyczyłem Docentowi długopis… Trzy lata później anonsowałem w olsztyńskiej mutacji „Gazety Wyborczej” nie tylko koncerty Vadera, ale i Atrocious Filth, czyli jeszcze innej formacji, w której grał Doc (bardziej ekstremalnej, co może trudno sobie wyobrazić). Nawet robiłem z Odrażającym Brudem jakiś wywiad we From Pubie, ale nie było wtedy Docenta.
Może coś o wykonawcach? Chylę głowę przed unikalnym połączeniem talentu gitarowego Karoliny Ptaszyńskiej (która i krzyknąć umie) z czteroosobowym combo perkusyjnym odegranym przez aktorów naszego teatru (Maciej Mydlak, Krzysztof Plewako-Szczerbiński alias Peter, Marcin Tyrlik oraz Grzegorz Gromek). Najwięcej energii musieli włożyć Maciej Mydlak i Grzegorz Gromek. Były różne fragmenty muzyczne, począwszy od „Paranoid”, „Black Sabbath”, coś Judas Priest (no, nie znam na wyrywki), „Seek and Destroy” aż po „Dark Age”, czyli stawiającą kropkę nad i w tej historii premierą teledysku Vadera w MTV. Trochę szkoda, że tak nagle urwała się ta opowieść, bo historia Vadera jeszcze kilka razy zakręciła…
PS 1 Chciałem zacząć tę relację od banalnej wymyślonej retrospekcji, jak to przedszkolak Piotruś mija w 1971 roku budynek teatru i ani mu w głowie, że to jest teatr i że za 55 lat będą w nim wystawiać sztukę na jego temat, ale Maciej Mydlak przywołał na FB wyznanie Petera, że jako sześciolatek wystąpił już na deskach Teatru Jaracza w szkolnym przedstawieniu… Rzeczywistość jeszcze raz okazała się ciekawsza od wyobrażeń. PS 2 Nie ucieknę w tym miejscu od przypomnienia swojej własnej wprawki quasidramatycznej, którą kilka lat temu zaszczycił swoją interpretacją Maciej Mydlak. To było trochę to samo – człowiek, muzyka, dziwny świat wokół…