poniedziałek, 29 listopada 1993

Wilki na „Przedmieściach"

Poniedziałek był w Olsztynie dniem zespołu Wilki. Najpierw członkowie grupy spotkali się z olsztyńskimi mediami, potem Robert Gawliński podpisywał kasetę „Przedmieścia”. O 18.00 Wilki dały w „Uranii” niezły koncert, zaś na koniec można było usłyszeć członków zespołu w olsztyńskim radiu, gdzie gościli w audycji „Głową w mur”.
Podczas konferencji prasowej odpowiedzi udzielał tylko Robert Gawliński, założyciel i niekwestionowany lider zespołu Wilki. - Obecnie na nasze koncerty przychodzą prawdziwi fani Wilków, a nie ci, którzy idą za modą - powiedział lider grupy. Dodał, że frekwencja podczas koncertów granych w trakcie promocji płyty „Przedmieścia” jest niezła. Na każdy koncert przychodzi po 600-700 osób.
Wilki planują wydanie na Zachodzie płyty będącej kompilacją dwóch dotychczasowych wydawnictw fonograficznych zespołu, oczywiście w języku angielskim. Obecnie pracują nad teledyskami do najnowszej płyty. Przed świętami telewizja pokaże rejestrację krakowskiego koncertu Wilków. Gawliński potwierdził także chęć nagrania solowej płyty. Grupa nagra też prawdopodobnie muzykę do drugiej części „Psów”. W planach zespołu jest również zagranie w Warszawie koncertu unplugged. Będą również zagraniczne występy. Wilki wybierają się do Australii i Danii.
Zapytany o swoją muzyczną przeszłość (tzn. członkostwo w zespołach Made In Poland, Opera i Madame), Gawliński odpowiedział, że „to se nevrati” czyli, że nie ma żadnych planów związanych z grupami, w których kiedyś śpiewał.
Po konferencji prasowej przyszedł czas dla fanów, a raczej fanek Wilków, gdyż tych zgromadziło się przed sklepem Levisa zdecydowanie więcej. W sumie jednak chętnych na autograf Gawlińskiego było niewiele, około czterdziestu osób. Robert rozmawiał z dziewczynami, pozował do wspólnych zdjęć, podpisywał ufundowane przez sponsora trasy koncertowej kasety.
Bez „Końca”
Koncert w „Urani” zgromadził podobną liczbę widzów co ubiegłotygodniowy występ T. Love. O ile jednak w małej hali „Startu” kilkusetosobowy tłum wyglądał imponująco, to w ogromnej „Uranii” nie był tak efektowny.
Podczas obecnej trasy koncertowej Wilków ich występy otwiera sandomierski zespół The End. W Olsztynie Wilki musiały jednak radzić sobie same i zagrać bez rozgrzewającego zespołu.
Co powinni biskupi?
Kilkanaście minut po godz. 18.00 gaśnie światło, na scenę wchodzą członkowie zespołu. Gawliński ubrany jest w czarny sweter, no i oczywiście w czarne skórzane spodnie, jak Jim Morrison. Zaczynają utworem „Eroll” z pierwszej płyty. Potem „Nie zabiję nocy” i „Przedmieścia”. Kilka pierwszych utworów to właściwie koncert bez historii. Gawliński zapowiada kolejne numery, publiczność każdy przyjmuje z jednakowym entuzjazmem, niezależnie czy jest to „Moja Baby” czy też „Amiranda”. Trochę cieplej widzowie reagują na „Eli lama sabachtani”. - Bardzo lubię tę piosenkę - mówi Robert. W tygodniku „Niedziela” zarzucano Gawlińskiemu, że wykorzystał w piosence traktującej, jak stwierdziły władze kościelne, o błahych sprawach, słowa z Biblii. W czasie konferencji prasowej lider Wilków mówił, że rozstanie z kimś lub czymś nie jest wcale błahą sprawą i że biskupi nie powinni się wypowiadać na takie tematy, jak rozstanie z kobietą.
Teraz następuje krótka część akustyczna koncertu. Muzycy zasiadają na krzesłach, zmieniają instrumenty. Grają trochę za długą i rozwlekłą wersję „Indian Summer” z repertuaru The Doors i ostatniej płyty zespołu, następnie „Jeden raz odwiedzamy świat” („Nie wierz tym, którzy mówią, że prawdziwą wolność osiągamy po śmierci” - śpiewa w tej piosence Gawliński). Na koniec akustycznego grania „Cień w dolinie mgieł”, ze stosowną do tytułu ilością dymów.
Potem trzy w jednym, czyli wiązanka trzech utworów (min. „Aborygen”). Następnie zespół gra dwie piosenki z angielskimi tekstami, tzn. „Crazy Summer” oraz „Son of the Blue Sky”. Śpiewanie po angielsku kończy utwór „Help” z przedostatniej płyty Iggy’ego Popa. Znaczy to, że Gawliński uważa koncert za udany, gdyż grają ten numer wtedy właśnie, gdy muzycy rozumieją się dobrze na scenie. Największa zabawa na widowni jest zresztą właśnie podczas piosenki Popa. Koncert kończy odśpiewany częściowo z publicznością utwór „Beniamin”. Gawliński przedstawia zespół i znika odprowadzany przez swego bodyguarda.
Jest oczywiście bis. Wilki grają dwa premierowe utwory: „Help Me Now” oraz „Arabski”, które znajdą się na następnej płycie zespołu. Absolutnie na koniec zespół wykonuje po raz drugi tego dnia „Moją Baby”. Zapalają się światła, część publiczności natychmiast opuszcza „Uranię”, część tłoczy się obok sceny w nadziei, że Gawliński jeszcze się pojawi. Irytuje to niektórych właścicieli stoisk w hali, którzy zawsze podczas imprez w „Uranii” pełnią straż przy swoich kramikach.
Wilczy pazur
Wilki zagrały bardzo ostry, dynamiczny koncert. Dla niektórych brzmienie zespołu podczas występu było zaskoczeniem, momentami wydawało się bowiem, że na scenie gra grupa z Seattle, a nie pop rockowe Wilki, mające w końcu za sobą dwa występy na festiwalu w Sopocie.
Koncert miał niezłą oprawę świetlną. Efektownie wyglądały momenty ze stroboskopem, trochę za często jednak stosowanym. Nagłośnienie było poprawne, choć szkoda, że nie wszystkie słowa śpiewane przez Roberta Gawlińskiego docierały do publiczności. Trochę w tym winy także samego wokalisty, którego egzaltowane interpretacje wnoszą dużo zamieszania do tekstów.

sobota, 20 listopada 1993

Zaraza raz

Zaraza zadebiutowała 1 września 1993 roku, ale kto to wiedział, że trzeba było przy tym być... Kilkadziesiąt godzin wcześniej wróciłem z PZHS w Strącznie i odsypiałem kilka dni, więc jestem (?) usprawiedliwiony.
Co się odwlecze, to nie uciecze. Pierwszy raz przyglądałem się Zarazie w sobotę 20 listopada 1993 roku w hali Klubu Sportowego „Start” w Parku im. Janusza Kusocińskiego, gdy poprzedzała występ T.Love. Bilety były po 50 tys. zł (w dniu koncertu 70 tys. zł), ale ja wchodziłem przecież za darmo, by przygotować dla potomności taką oto właśnie relację do olsztyńskiej „Gazety Wyborczej”… (archeologia komputerowa mówi mi, że to była dokładnie 172 publikacja po roku pracy w tej redakcji).

***

Przed kilkusetosobową widownią wystąpił w sobotę w Olsztynie zespół T.Love. Na koncercie trzeba było być z co najmniej trzech powodów: grupa grała dla chorej Patrycji, rejestrowała płytę live oraz żegnała się z gitarzystą Janem Benedkiem. Do tej wyliczanki można też dołączyć występ Zarazy, która rozpoczęła koncert. Zdaniem wielu olsztyńska Zaraza gra coraz lepiej.

„Śmierć leszczom”, czyli dwa grzyby w barszcz
Fani T.Love mieli w sobotę nie lada problem. W czasie, gdy odbywał się koncert, telewizja prezentowała program o zespole pt. „Śmierć leszczom”. W ruch poszły zapewne magnetowidy i stąd spora frekwencja na koncercie.

Przegląd mód
Hala „Startu” zapełnia się wbrew TV już kilkadziesiąt minut przed występem. Służba porządkowa nie dopuszcza jeszcze ludzi do sceny, gdzie przygotowuje się Zaraza. Ludzi podnieca nawet granie na próbę, więc tańczą. Jest też silna grupa fanów Stomilu, którzy okrzykami gnębią nieobecną Jagiellonię. Przez cały koncert nie było na szczęście żadnej zadymy, porządkowi nie interweniowali.
Porządkowi puszczają ludzi pod scenę, tłum radośnie rusza w kierunku estrady. Przeważają nastoletnie dziewczyny. Ubiory tworzą barwny przegląd mód kontestacyjnych z ostatnich trzydziestu lat.

„Zarazie!”
O godz. 17:03 zaczyna Zaraza. Tłum przed sceną rytmicznie faluje. Piotr Szymański, gitarzysta grupy, określił graną przez grupę muzykę jako „lekki thrash”. Hm, na pewno jest to muzyka amerykańska. Słychać tam Pearl Jam oraz Doorsów (jak u „wszystkich” dzisiaj). Wokalista Piotr Sikorski przypomina Jima Morrisona trochę śpiewem, trochę zachowaniem na scenie. Wyróżnić też trzeba Cezarego Ozgę, gitarzystę. Zaraza została ciepło przyjęta przez publiczność, mimo że występuje w niej dwóch członków nielubianego powszechnie w Olsztynie nieistniejącego już zespołu I Want You. Grupa stawia pierwsze kroki, ale gra już bardzo sprawnie ostrą, dynamiczną muzykę. Zatem „Zarazie!”, jak zakończył występ grupy Piotr Sikorski.

Dwa starty w „Starcie”
- Witajcie w Olsztynie, witajcie na Warmii! Lubię tu przyjeżdżać na wakacje! - przywitał publiczność Muniek Staszczyk, po zagraniu na początek tytułowego utworu „King” z ostatniej płyty T.Love. Następnie grają starszy przebój „Pocisk miłości”. Publiczność rozgrzewa się do białości w czasie utworu „Nabrani”, gdy nagle Muniek przerywa występ z powodu braku odsłuchów. - Panowie zróbcie coś z tą techniką! To są jaja! - krzyczy do technicznych i schodzi ze sceny.
Wraca po kilku minutach. - Zaczynamy od nowa! - woła Muniek. Publiczność przyjmuje to z entuzjazmem. Zatem jeszcze raz „King”, „Pocisk miłości”, „Nabrani”. Z najnowszej płyty T.Love gra jeszcze „X”, „Dzikość serca”, „Stany” (- O kraju mlekiem i miodem płynącym - mówi z ironią Staszczyk), „He Was Born To Be A Taxi Driver” oraz „Pani z dołu” o trudnej starości kobiety, która walczyła w Powstaniu Warszawskim. Entuzjazm widowni wzbudzają także stare utwory: „Warszawa", „IV Liceum”, „(Wolny jak) taczanka na stepie”, „Kovalski (Autobusy i tramwaje)”.
To ostatnia trasa z gitarzystą Jankiem Benedkiem. Opinie, że stał się on twórcą stonesowskiego repertuaru grupy, potwierdzają się na estradzie. Benedek nie tylko gra riffy godne Keitha Richardsa, ale i porusza się jak gitarzysta The Rolling Stones. Gdy lekko przygarbiony i z papierosem w ustach sadzi richardsowskie akordy, podobieństwo jest prawie zupełne. No, może Benedek jest trochę przystojniejszy.
Koncert kończy rozbudowana wersja „Wychowania” z udanym udziałem publiczności, która razem z Muńkiem śpiewa:
Ojczyznę kochać trzeba i szanować
Nie deptać flagi i nie pluć na godło
Należy też w coś wierzyć i ufać
Ojczyznę kochać i nie pluć na godło.

Szkoda, że ta wersja pewnie nie trafi na powstającą właśnie płytę live zespołu, bo Muniek kilka razy się sypnął.
Na bis Muniek wychodzi sam i śpiewa razem z widownią „Karuzelę”. Utwór ten pochodzi z czasów starego, bardziej punkowego T.Love i zapewne obecnie grupa nie ma go nawet w repertuarze, dlatego Muniek śpiewał go bez zespołu.
Na drugi i ostatni bis wychodzi cały zespół i gra trzy obce kawałki: „No Woman, No Cry” Boba Marleya, „People Are Strange” The Doors oraz „Play With Fire” The Rolling Stones. Jeszcze pięć lat temu taki numer by nie przeszedł, dzisiaj młodzież nie tylko zna, ale i szanuje rockową tradycję.

środa, 8 września 1993

Koniec udanej kadencji

Nową komendantką Hufca ZHP ‰Rodło" w Olsztynie została w środę wybrana przewodnik Jolanta Rodziewicz. Zjazd udzielił absolutorium podharcmistrzowi Mariuszowi Bółkowskiemu, ustępującemu komendantowi oraz przyjął uchwałę programową na nadchodzącą roczną kadencję.
Hufiec ZHP „Rodło" obchodził w ubiegłym roku 25-lecie nadania imienia. Jego siłą jest młoda, aktywna i niepokorna kadra. Obecnie hufiec liczy 17 drużyn. Jak twierdzą druhowie z „Rodła" nie jest to mało, gdyż „liczy się jakość, a nie ilość". Mniejsza liczba drużyn wynika m.in. z tego, że część z nich odeszła w latach 1990-91 do Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej. ZHR powstał tuż przez rozpoczęciem obrad Okrągłego Stołu i miał być wyzwaniem rzuconym aparatowi partyjnemu, który rządził w ówczesnym ZHP.
Od dwóch lat nikt nie opuścił już szeregów ZHP w Olsztynie, co, jak tłumaczą harcerze z „Rodła”, świadczy o tym, że ZHP ma się coraz lepiej.
W czasie minionej kadencji władz Hufca ZHP „Rodło” sporo się wydarzyło. „Rodło” zostało wytypowane przez Główną Kwaterę ZHP do wizytacji przeprowadzonej w grudniu ubiegłego roku przez przedstawicieli Światowych Biur Skautowych (żeńskiego i męskiego).
Harcerze z Hufca „Rodło” wyjechali również na kolejną wyprawę międzynarodową. Drużyna „Szarpie” zorganizowała dziesięcioosobową eskapadę do Izraela i Egiptu.
Druhny z referatu żeńskiego Hufca „Rodło” zorganizowały żeński biwak podczas mającej miejsce w województwie pilskim XI. Polowej Zbiórki Harcerstwa Polskiego, w której uczestniczyło ponad 2,5 tys. harcerzy z całej Polski. Biwak druhen z „Rodła” odwiedził m.in. prezydent Lech Wałęsa, który w czasie wizyty na XI. PZHS objął honorowy protektorat nad Związkiem Harcerstwa Polskiego. Tradycja obejmowania przez głowę państwa protektoratu nad ZHP sięga grudnia 1920 r., kiedy to protektorem ZHP został Naczelnik Państwa Józef Piłsudski. Następnie 10.03.1924 r. protektoratem objął ZHP prezydent RP Stanisław Wojciechowski, a 13.12.1926 Ignacy Mościcki. Podczas wizyty prezydenta druhny z Olsztyna rozmawiały krótko z głową państwa, trochę dłużej z jego żoną. Po spotkaniu zostały druhnom pamiątkowe zdjęcia.

środa, 18 sierpnia 1993

Harcerze pod piramidami

18 sierpnia dziesięciu olsztyńskich harcerzy wyruszy na swą czwartą zagraniczną wyprawę. Byli już w Austrii, ZSRR (przeżyli pucz sierpniowy), na Mont Blanc. W tym roku odwiedzą Izrael i Egipt.
2 Olsztyńska Męska Drużyna Harcerska „Szarpie” powstała siedem lat temu. Od kilku lat organizuje letnie wyprawy zagraniczne. Zaczynali skromnie. W 1990 r. uczestniczyli w międzynarodowym zlocie skautowym w Austrii. Rok później wyjechali na Ural, gdzie brali udział w spływie katamaranami. W sierpniu 1992 r. już samodzielnie zorganizowali trzytygodniową wyprawę po zachodniej Europie. Jej kulminacyjnym punktem było zdobycie najwyższego szczytu w Europie. Wprawdzie w drodze powrotnej samochód odmówił posłuszeństwa pod Wiedniem i ściągał ich własnym samochodem komendant Hufca ZHP „Rodło” phm. Mariusz Bółkowski, ale nie zraziło to jednak olsztyńskich harcerzy do podjęcia kolejnego wyzwania. Już w kilka dni po pechowym powrocie z Austrii zapadła decyzja o wyjeździe do Egiptu.


O trudnych i ciekawych przygotowaniach do wyprawy rozmawiam z przewodnikiem Wojciechem Śmieszkiem, drużynowym „Szarpii”.
- Jak powstał plan wyprawy?
- Zamierzaliśmy przejechać własnymi samochodami cały Bliski Wschód. Niestety, nie udało się nam zgromadzić potrzebnej kwoty. Popełniliśmy kilka błędów, wydawało się nam, że Egipt jest tak blisko. Okazuje się, że taniej wypadłaby podróż do Indii. Myśleliśmy nawet o zmianie kierunku wyprawy, ale powstrzymały nas przed tym zobowiązania wobec sponsorów.
- Właśnie, skąd pieniądze na wyjazd?
- Pieniądze mamy z kilku źródeł. Sponsorów uzyskaliśmy już podczas organizowania zeszłorocznej wyprawy na Mont Blanc. Udało się nam podtrzymać te kontakty. Stomil Olsztyn SA dał nam w tym roku 10 milionów złotych oraz wyposażył nas w materiały reklamowe. W zamian mamy dotrzeć do dealera Stomilu w Kairze, pozdrowić go od dyrekcji. Zrobimy także rozeznanie rynku opon w Izraelu oraz wykonamy zdjęcia reklamowe.
Stomil pomagał nam też w inny sposób. Sfinansował nasz pobyt na Targach Poznańskich. Szukaliśmy tam kontaktów z firmami samochodowymi. Niestety, ich kondycja finansowa nie jest zbyt dobra i nie były one zainteresowane reklamowym wypożyczeniem nam samochodu.
Dużą pomocą służył nam Jerzy Kawa, szef marketingu Stomilu. Podsunął nam m.in. pomysł kolorowego folderu reklamowego. Wydaliśmy go w nakładzie 1000 sztuk.
Kolejnym naszym sponsorem były Zakłady Mięsne „Morliny”. Dostaliśmy od nich 5 milionów złotych. Od Banku Rozwoju Eksportu otrzymaliśmy 1,5 mln złotych. Bank Gdański dał nam milion złotych, zaś Bank Gospodarki Żywieniowej - reklamowe souveniry.
Największą kwotę uzyskaliśmy z Urzędu Rady Ministrów. Przeznaczył on dla nas 60 mln zł. Pieniądze te otrzymaliśmy w ramach dofinansowania wymiany młodzieży między Polską i Izraelem.
Dużo też pracowaliśmy. Zarabialiśmy m.in. przy komputerowym sprawdzaniu numerów dowodów osobistych w „Miliarderze”. Oprócz tego każdy uczestnik wyprawy musiał wpłacić po dwa miliony. Całkowity koszt wyprawy wyniesie ok. 160 mln zł.
- Jak wyglądały przygotowania do wyprawy? Co robiliście, żeby zrealizować Wasze marzenia?
- Po zdobyciu Mont Blanc nabraliśmy śmiałości. Chcieliśmy zwiedzić cały Bliski Wschód. Jednak w związku z trwającym od lat konfliktem bliskowschodnim dotarcie drogą lądową do Izraela od wschodu okazało się niemożliwe. Z żadnego kraju arabskiego, oprócz Egiptu, nie można wjechać do Izraela. Samochodami do Egiptu mogliśmy dostać się tylko promem z Grecji. W związku z tym, że nie udało się nam zdobyć pojazdów, zrezygnowaliśmy z tego sposobu dotarcia do Izraela. W maju zdecydowaliśmy się ostatecznie na podróż samolotem do Tel Awiwu. Ograniczyliśmy nasze plany do Izraela i Delty Nilu.
W minionym roku promowaliśmy drużynę. Ekipa z telewizyjnego programu „5-10-15” gościła u nas w harcówce, gdzie zrealizowała program o naszej drużynie. Zorganizowaliśmy spotkanie ze sponsorami naszej ubiegłorocznej wyprawy, podczas którego prezentowaliśmy slajdy oraz film wideo. W Agencji Wydawniczo-Fotograficznej „Mazury” prezentowaliśmy zdjęcia z wyprawy na Mont Blanc. Podczas otwarcia tej wystawy była Telewizja Gdańska.


- Jedziecie do dwóch bardzo różnych krajów. Są one także dość odległe kulturowo od Polski. Skąd czerpaliście informacje o nich?
- Początkowo, gdy zakładaliśmy zwiedzenie większej liczby krajów, każdy z nas zbierał informację na temat wybranego państwa. Z Głównej Kwatery ZHP uzyskaliśmy adresy organizacji skautowych w interesujących nas krajach. Na nasze listy z prośbą o pomoc odpowiedzieli tylko skauci izraelscy. Uzyskaliśmy od nich wiele informacji, załatwili nam noclegi, pomogli opracować trasę.
- Będzie, jak sądzę, dość standardowa. Jakie miejsca odwiedzicie?
- W Izraelu zwiedzimy Jerozolimę, Tel Awiw, Nazaret. Będziemy też nad Morzem Martwym i jeziorem Genezaret. Do Egiptu pojedziemy z Izraela zwykłym autobusem kursowym. W państwie faraonów będziemy improwizować. Tony Halik podpowiedział nam, że na lotnisku w Kairze możemy wypożyczyć samochody. Nie sądzę, żeby udało się nam zobaczyć w Egipcie więcej, niż Deltę Nilu.


- Wspomniałeś o Tony Haliku. Jak nawiązaliście z nim kontakt?
- Tony Halik był dla nas źródłem wielu cennych informacji. Napisaliśmy do niego w styczniu list prosząc o spotkanie. Wyjeżdżał właśnie na wyprawę do Kenii, gdzie m.in. kręcił film o lwach. Zaprosił nas na spotkanie dopiero w maju, po swoim powrocie z Afryki. Zarówno dom, jak i jego gospodarz, wywarli na nas duże wrażenie. W mieszkaniu znajduje się niezliczona liczba pamiątek, które Halik przywiózł ze swych licznych wojaży. W piwnicy swego domu Tony Halik ma studio, gdzie są nagrywane jego programy „Pieprz i wanilia”. Zaprosił nas tam i opowiadał długo o tym, czego możemy oczekiwać w Egipcie. Przede wszystkim jako turyści musimy być przygotowani na to, że wszędzie będą nas oblegały tłumy oczekujących darów dzieci. Pozbyć się ich można tylko dając im jakąś drobną monetę lub cukierki. W innym przypadku mogą obrzucać kamieniami lub wybić szyby w samochodzie.
Na ulicach Kairu i innych miast egipskich obowiązuje, ostrzegał nas Halik, prawo silniejszego. Ten, który jest silniejszy, jedzie.
Poważnym problemem jest również woda. Nie można jej pić całkowicie bezpiecznie nawet z miejskich wodociągów. Zaopatrzyliśmy się w tabletki chlorowe, którymi będziemy dezynfekować wodę przed piciem. Zaszczepiliśmy się również na cholerę.
Dużo lepiej powinniśmy czuć się w Izraelu. Jest to, jak nam powiedział Halik, państwo o zbliżonym do zachodniego stylu i poziomie życia.
Tony Halik ma duże wpływy z robienia filmów. W czasie swej ostatniej wyprawy do Kenii kręcił film o lwach. Telewizja zwraca mu 30 procent kosztów realizacji. Produkcje Tony Halika są prostsze i tańsze w porównaniu z filmami kręconymi przez stacje zachodnie. Powiedział nam, że podobny film o lwach kręciła niedawno BBC. Ekipa telewizji brytyjskiej liczyła trzydzieści osób, mieli kilka samochodów i kilka kamer, a całość zajęła im dwa lata. Środki Halika były nieporównywalnie skromniejsze, ale i tak, jak twierdził, zrobił lepszy film.
My nie mamy oczywiście ambicji sprzedaży naszego filmu stacjom zachodnim, ale zamierzamy nakręcić amatorski dokument z naszej podróży na Bliski Wschód. Prawdopodobnie uda się nam go pokazać w Telewizji Gdańskiej. Na zyski możemy liczyć jedynie ze sprzedaży kalendarza Ziemia Święta, do którego zdjęcia będziemy robili w Izraelu.
- Jedzie Was dziesięciu. Czy wyjazd jest formą nagrody?
- Drużyna liczy ponad trzydzieści osób. Nie wszyscy więc mogli pojechać. Część jest zresztą za młoda. Postawiliśmy przed chcącymi wziąć udział w wyprawie wiele wymagań. Oprócz tych wynikających z pracy w drużynie, podstawowym zadaniem była nauka języków obcych i udział w przygotowaniach do wyjazdu. Zwracaliśmy również uwagę na to, czy harcerze nie zaniedbywali swych obowiązków domowych i szkolnych. Ostatecznie jedzie nas dziesięciu i jest to minimalna liczba osób, która musiała pojechać. Gdyby zabrakło pieniędzy dla choćby jednego, odwołalibyśmy wyprawę.

środa, 19 maja 1993

Liberał na WSP

Jest druga połowa maja 1993 roku. Za dwa tygodnie jakiś poseł zatrzaśnie się w toalecie, spóźni na głosowanie i upadnie rząd solidarnościowy, otwierając drogę do powrotu do władzy postkomunistom. Póki co 19 maja 1993 roku premierem jest Hanna Suchocka, a jej rząd tworzy aż siedem partii. Na czele jednej z nich, Kongresu Liberalno-Demokratycznego, stoi Donald Tusk. Partii w koalicji jest tak dużo, że nawet ich szefom zabrakło miejsca w gabinecie. Donald jest więc jedynie posłem, ale oczywiście ważnym - rok wcześniej jest jednym z rozdających karty w czasie powoływania rządu Suchockiej.
19 maja 1993 roku gościliśmy tego ważnego posła na mojej ówczesnej Alma Mater, czyli Wyższej Szkole Pedagogicznej w Olsztynie. Poniżej opis spotkania z nim w tekście, jaki napisałem do GW. Dodam (w tekście tego nie ma), że Donald siedział na katedrze, którą zajmowali zazwyczaj moi wykładowcy, a na stopniu katedry przycupnął 11-letni wówczas Michał, jego znany później syn.

***
POLITYCZNE AMBICJE ZWIĄZKOWCÓW
Liberał na WSP
Aula Wydziału Humanistycznego WSP pękała w środę w szwach. Powód? Wizyta na uczelni przewodniczącego Kongresu Liberalno-Demokratycznego, posła Donalda Tuska. Lider Kongresu gościł w Olsztynie w ramach Tygodnia Liberałów.
Powitany oklaskami poseł wezwał przybyłe na spotkanie z nim osoby do „intelektualnej bijatyki”. Tak też się stało. Dyskusja zdominowana została bieżącymi wydarzeniami w kraju i komentarzem do nich (zarówno polityka, jak i słuchaczy).
W obecnym sporze sfery budżetowej z rządem poseł Tusk sytuację widzi tak: rząd jest słaby, związki zawodowe niebezpiecznie silne. Zdaniem Tuska musi dojść do porozumienia obu stron - zwycięstwo którejś z nich byłoby niekorzystne. „Solidarność”, według niego, jest w tej chwili klasycznym związkiem zawodowym, natomiast nie wyzbyła się jeszcze złudzenia, że jest ogólnonarodową świętością. Tusk powtórzył swój wygłoszony niedawno pogląd, że należy ograniczyć rolę związków zawodowych. Dodał też, że jest przeciwko sejmokracji, która utrudnia rządzenie krajem.
Polska okiem liberała wygląda dzisiaj tak: prezydent niszczy autorytet parlamentu jako instytucji; związkowcy mają wygórowane ambicje polityczne (bo ich koledzy zostali premierami, ministrami, a oni nie); wszystkie rządy postkomunistyczne były niekompetentne w sprawie reformy sfery budżetowej; wicepremier Goryszewski powinien odejść za stwierdzenie, że w Polsce nie musi być dobrobyt ani demokracja, ważne natomiast, żeby Polska była katolicka (nie jest bowiem, jak powiedział Tusk, wicepremierem od ewangelizacji, ale od przemysłu); uczciwy podatnik nie ma realnych szans, gdyż podatki są za duże, a w związku z tym rośnie „szara” sfera gospodarki.
Wiele emocji wzbudziła dyskusji o oświacie. Tusk jest zdania, że nie można jednocześnie utrzymać dotychczasowego poziomu zatrudnienia nauczycieli (które ocenia jako za duże o jedną trzecią) i podnieść płac. Natomiast chciałby, żeby jego partii udało się wywalczyć w sejmie taki zapis ustawowy, że oświata ma stały, niezmienny przez szereg lat, udział procentowy w budżecie. Poseł Tusk sądzi także, że znakomita większość absolwentów wyższych uczelni zdobywa wykształcenie nikomu nie potrzebne, bo po ukończeniu studiów nie pracuje w swym zawodzie, a wszystko to za państwowe pieniądze, co liberał nazwał „oczywistym absurdem”. Niemniej, jak zapewnił przewodniczący KLD, liberałowie wierzą w oświatę i stawiają na nią.
Na pytanie o program dla naszego województwa, Tusk odpowiedział, że trudno będzie zdobyć duże pieniądze potrzebne do rozwoju turystyki, która jest szansą olsztyńskiego.
Więcej czasu poświęcono rolnictwu, a zwłaszcza o upadającym PGR-om. Donald Tusk twierdzi, że nie mogą być dziś one konkurencyjne i że musi się znaleźć gospodarz, który zajmie się tą ziemią. Nie boi się natomiast powrotu na wieś instytucji parobka.
Jeden ze studentów (młody członek Stronnictwa Narodowego) zarzucił liberałom, że dążą do podsycania w kraju nastrojów nacjonalistycznych, aby w ten sposób skompromitować siły narodowe. W tym celu, zdaniem młodego narodowca, posługują się sprawą readmisji uchodźców z Niemiec. Poseł Tusk powiedział, że nie jest przeciwny przyjęciu uchodźców wydalonych z Niemiec, ale dodał też, że należy ich potem deportować (bo nie będą to uchodźcy polityczni, gdyż tacy zostaną za zachodnią granicą).
Zdaniem posła więcej pieniędzy należałoby dziś przeznaczyć na policję, urzędy celne, sądownictwo (aby aparat państwowy był bardziej skuteczny).

sobota, 3 kwietnia 1993

To nie mogło się tutaj zdarzyć

Primaaprilisowe żarty zakończyły się w olsztyńskiej filharmonii dopiero w sobotę, wraz z ostatnimi dźwiękami pieśni Lecha Janerki „Śpij aniele mój", wykonanej przez wszystkich występujących tego wieczora artystów. Wcześniej przez blisko 1,5 godziny liczni, młodzi wykonawcy bawili publiczność różnymi, najczęściej śmiesznymi, utworami. Już sam widok sceny przed występem pozwalał przypuszczać, że koncert nie będzie przebiegał konwencjonalnie. Nieład na estradzie, poprzewracane krzesła, znak drogowy zakazu postoju.
Oto wkracza młody człowiek z bębnem, za nim inni muzycy wykonujący tryumfalnego marsza. Za chwilę dołącza Samoleżny Nierządny Zespół Wokalny Lelum Polelum. Po wybrzmieniu marsza zabrał głos przewodniczący Związku Muzyków Niepoważnych Sławomir Słysiecki, który z ciepłem w głosie godnym Ojca Świętego przywitał przybyłą do filharmonii publiczność.
Koncert dedykowany był ojcowi wszystkich muzyków niepoważnych - Frankowi Zappie. Szef Lelum Polelum wykonał osobiście jego utwór „To nie może się tutaj zdarzyć”.
Wykonawcy występujący tego wieczora mieli po kilka wejść. Każde z nich było inne, a różniło się nie tylko rodzajem wykonywanej muzyki, ale także strojami artystów. Wspomniany już chór Lelum Polelum zaśpiewał kilka standardów muzyki rozrywkowej, m.in. „Rain Drops A Folling On My Head” czy wykonany w stylu muzyki renesansu utwór zespołu The Beatles „Can’t Buy Me Love”.
Najbardziej entuzjastycznie przyjmowane były wejścia czterech młodych chłopaków tworzących zespół pod wszystko mówiącą nazwą Cztery Gitary a Tyle Pięknej Muzyki. Wykonali oni m.in. moniuszkowskie „Prząśniczki” (w czterech na jednym fortepianie), „Lot trzmiela” (w interpretacji wokalnej), a na koniec swych występów utwór o proweniencji „chodnikowej”, w którym pojawiły się wreszcie cztery gitary z nazwy zespołu, z tym, że użyte raczej perkusyjnie.
Dobrze wypadł także kwartet mieszany Bagdad Café. On również oparł swój występ na standardach („Feeling”).
Jednym z bardziej interesujących był występ tria Head Up Acoustic, który wykonał wzruszającą i ciepło przyjętą wersję „Imagine” Johna Lennona, a następnie zagrał improwizowany kawałek oparty na solowych popisach członków zespołu.