Chciałem tylko, żeby gdzieś przekroczyć granicę, wszystko jedno którą, bo ważny dla mnie był nie cel, nie kres, nie meta, ale sam niemal mistyczny i transcendentny akt przekroczenia granicy.
(Ryszard KAPUŚCIŃSKI, „Podróże z Herodotem”)
Od premiery sztuki „Erotyczne immunitety, sex i transformacja” w Teatrze Jaracza minął już ponad tydzień i szczerze mówiąc jestem zdumiony, że Olsztyna nie rozpaliły jeszcze do czerwoności emocje, kontrowersje i protesty.
Kilkadziesiąt lat temu właśnie zmieniałem swój status dziennikarza z „amator” na „profesjonalista”, gdy Polska żyła aferą Anastazji Potockiej, też poniekąd dziennikarki. Pomyślałem, że wybrałem ciekawy zawód. Nie przypuszczałem oczywiście wówczas, że czterech prezydentów i kilkunastu premierów oraz trzy premierki później wybiorę się do teatru na sztukę opartą na tej historii.
Pogranicze polityki, mediów i seksu to samograj. Każdy (?) chce z wypiekami na twarzy zajrzeć pod tę kołderkę. A tam mizoginistyczni napaleńcy o każdej orientacji politycznej, obłudni przedstawiciele suwerena i femme fatale o naturze perfidnej ofiary. Publicystyka w kostiumie historycznym (bohaterowie „Pamiętnika Anastazji P.” już raczej nic nie znaczą w polityce albo wręcz nie żyją) jest stosunkowo bezpieczna. Chętnie bym obejrzał taką sztukę dziejącą się tu i teraz.
Dramaturgicznie chciałbym dostać coś więcej, ale do pracy aktorów nie mam zastrzeżeń. Pełen profesjonalizm w każdej sytuacji. W każdej.
PS Co dziś z Anastazją P.? Jedna z plotek mówi, że żyje w Japonii. Japonia, mówicie? Potrzymajcie mi sake…
Już od radykalnie przeredagowanej inwokacji wiadomo było, że z olsztyńskiej inscenizacji „Pana Tadeusza” uczniowie chcący szybko opanować treść dzieła Adama M. pożytku mieć nie będą.
Jak przerzucić kładkę między Soplicowem a starożytną Grecją? O, to proste domino: „Pan Tadeusz” – Adam Mickiewicz – romantyzm – lord Byron – Grecja. Albo jeszcze prościej: „Pan Tadeusz” – Adam Mickiewicz – philáretos. Albo najprościej – bo reżyser tak chciał.
Olsztyński Teatr Jaracza nie przestaje mnie w ostatnich latach zaskakiwać (co niekoniecznie przekłada się na liczbę wizyt, ale staram się). Wystawienie „Pana Tadeusza” w starożytnym anturażu rozbudziło mój apetyt na intelektualną przygodę, w czasie której będę pławił się w aluzjach do relacji grecko-rzymskich a może nawet grecko-perskich (czytaj: polsko-rosyjskich), odniesieniach do greckich mitów (Robak niczym Odyseusz?), nawiązaniach do Platona czy Arystotelesa (Sędzia miał sporo do powiedzenia). Cóż – albo nie taki był zamysł reżysera, albo do intelektualnych przygód muszę jeszcze dorosnąć... Dorastałem przyglądając się z przyjemnością Soplicowie kręcącemu się w kółko w greckim amfiteatrze. A tam kilka ciekawych dramatis personæ (cholera, to łacina, a nie greka) – przerysowany Bocian, rozerotyzowana Telimena, przebiegły Robak, podminowany Gerwazy, krotochwilny Hrabia (zestawcie sobie kreacje Marcina Tyrlika i Marka Kondrata). Gdybym jeszcze tylko wszystkich dobrze i wyraźnie słyszał… Może zasłaniał mi ekran perkusisty zespołu Mateusza Cwalińskiego. Bo, jakby wszystkich cudownych wariactw było mało, to jest spektakl w konwencji musicalu!
Zanim wyznaczę peregrynującemu Horacemu cele na 2026 rok, podsumuję realizację planów na zakończony wczoraj rok 2025.
1. Dwa wyjazdy zagraniczne, w tym jeden do nowego kraju. TAK
Udało się! Ciekawy tydzień w Palmie na Majorce, czyli w Hiszpanii oraz dwa tygodnie w Hanoi i okolicach, czyli w Wietnamie (to 39. kraj na mojej liście peregrynacji).
2. Dwa weekendy krajowe. NIE
Wprawdzie było tradycyjne wrześniowe byczenie się na Mazurach, ale na drugi wypad zabrakło już czasu.
3. Co najmniej 25 tłumaczeń, w tym dokończenie dwóch albumów The Beatles. TAK
Udany rok, aż 36 tłumaczeń, a dwa albumy Beatlesów zgodnie z planem.
„Yellow Submarine” w 56. rocznicę wydania, album nie tylko przetłumaczony, ale i nagrany w całości:
Ziuk pociągiem wraca, teraz to się zacznie Ponownie użyłem muzyki z 2020 roku (ale taki był plan, bo to utwór w dwóch częściach, a w ogóle fragment większej, trzynastoczęściowej całości).
I przecież są jeszcze trzy utwory, których teksty napisałem wprawdzie w styczniu 1988 (!), ale muzykę dokończyłem, poprawiłem dopiero w minionym roku.
5. Jakikolwiek występ publiczny. TAK
Po latach znów Fa w Kulce. Dla odmiany fragment, w którym to ja jestem akompaniatorem, czyli wspieram Jacka na basie:
6. Co najmniej 15 koncertów w kraju i za granicą. NIE
Nie wiem, jak do tego doszło, ale 14 to jest mniej niż 15… Nie będę kombinować i nie dodam spektaklu w wodnym teatrze lalek (gdzie było dużo muzyki na żywo). Koncert roku? Trudno wybrać, bo udało się być na samych fajnych występach, więc przez szacunek wskażę SBB, oglądanych i słuchanych z pierwszego rzędu.
7. Co najmniej 3 wizyty w teatrze, w tym w Olsztynie. TAK
Skoro nie policzyłem sobie wodnego teatru lalek w Hanoi do koncertów, to śmiało zaliczam go do tej kategorii. Oprócz tego w Olsztynie w Teatrze Jaracza „Krzyżacy” w reżyserii Jana Klaty, a w Warszawie w Studio Buffo „Mistrz i Małgorzata” w reżyserii Janusza Józefowicza.
8. Jeden nowy odcinek historii Polski. TAK
To już IX część cyklu, w którym pierwsze słowo postawiłem w 2013 roku!
9. Utwór z cyklu Horacje Peregrynacje. NIE
Miałem ambitne plany związane z Wietnamem, ale ostatnią rzeczą w tak intensywnym mieście, jak Hanoi jest pisanie tekstów…
10. Rejestracja co najmniej 20 nowych piosenek. TAK
Moje domowe studio nagraniowe pracowało pełną parą: - 37 zupełnie nowych nagrań, - 26 utworów zarejestrowanych ponownie.
Różne są powody nowych nagrań: - upamiętnienie zmarłego niedawno artysty (co zdarza się ostatnio coraz częściej…), - rocznica mojego tłumaczenia (sam dla siebie jestem już klasykiem, obchodzę własne dziesiąte rocznice), - przygotowanie po latach w końcu w miarę poprawnej wersji (człowiek się ciągle uczy, uczy, uczy...), - od kilku dni – przygotowanie wersji z perkusją.
Ostatnie nagranie 2025 roku, instrumentalne:
Realizacja 70 proc. Słabiej niż przed rokiem, ale bywało gorzej, choć i lepiej (mam rozstrzał od 40 do 80 proc.).
Plany na rok 2026, nic oryginalnego.
1. Dwa wyjazdy zagraniczne.
2. Dwa weekendy krajowe.
3. Co najmniej 30 tłumaczeń, w tym połowa The Beatles.
4. Co najmniej trzy własne utwory.
5. Jakikolwiek występ publiczny.
6. Co najmniej 15 koncertów w kraju i za granicą.
7. Co najmniej 3 wizyty w teatrze, w tym w Olsztynie.
Czasem wyrusza się 3 tys. km od domu (pozycja 5.), czasem 10 tys. (pozycja 1), a czasem do zażycia relaksu wystarczy: - 1 km – Stare Miasto w grudniu (Warmiński Jarmark Świąteczny)
- 1,5 km – Jezioro Krzywe we wrześniu
- 30 km – jezioro Kalwa w kwietniu
- 40 km – jezioro Świętajno we wrześniu
- 100 km – Frombork w lipcu
Na miejscu 13.: Debitels
To się w głowie nie mieści (a nawet w żółtej łodzi podwodnej), że zespół, który rozpadł się 55 lat temu, nadal jest WSZYSTKIM i WSZĘDZIE.
Także dla mnie! Dowody: - 26 moich tegorocznych tłumaczeń to utwory The Beatles, - ukończyłem tłumaczenia w całości dwóch kolejnych albumów („Yellow Submarine” i „Help!”), - zauważyłem 30-rocznicę „Anthology 1” oraz premierę „Anthology 4” (tłumaczenia trwają), - obejrzałem odnowiony serial „The Beatles Anthology” (dziewięć fascynujących odcinków, w tym jeden nowy o tym, co działo się w połowie lat 90.), - obejrzałem w kinie film „One to One: John & Yoko”, - nagrałem 27 utworów Beatlesów (19 pierwszy raz, 8 ponownie), - wymieniłem się z żoną mikołajkowymi upominkami (zupełnie bez uzgadniania!):
I zdarza się czasem zaśpiewać coś z repertuaru The Beatles na żywo:
Na miejscu 12.: Rock not dead
Kolejny rok, w którym żyłem rockiem. Owszem, mam świadomość, że sytuacja jest schyłkowa, ale ciągle jest czym się jarać – mnóstwo herosów rockowych utrzymuje w różnej postaci aktywność: Paul McCartney, Ringo Starr, The Rolling Stones, Bob Dylan, Eric Clapton, Neil Young, Deep Purple, Metallica, Carlos Santana, trzech panów z Pink Floyd, Robert Plant, Uriah Heep, AC/DC, Scorpions, Sting, nawet okrojone The Who, nawet okrojony Jethro Tull. W radiu (patrz pozycja 10.) największe emocje budzą listy przebojów ze starymi utworami, a na nich króluje klasyczny rock, chociaż tutaj też widać atak nowości, co uwidoczniłem na wykresie podsumowujacym miniony Top Wszech Czasów Radia 357:
Ciągle wychodzi „Teraz Rock” (mam wszystkie numery od 1991 roku!):
Rynek wydawniczy też nie odstaje. W tym roku wzbogaciliśmy gospodarstwo domowe o pięć książek, które nie powstałyby, gdyby nie rock and roll (szósta książka załapała się na to zdjęcie przypadkowo i dotyczy pozycji 1.).
W kinie (patrz pozycja 9.) też można trafić na rock.
A w przestworzach? Proszę bardzo, „Mrs. Robinson” na wysokości 39 tys. stóp brzmi oczywiście… odlotowo!
Nawet w nieulubionych muzycznie latach 80. potrafię coś odnaleźć po latach (40 lat po Live Aid).
Zawsze można też zrecenzować płytę kolegi (rockową, oczywiście!), a potem zagrać z nim utwór z opisywanej płyty (co nie przystałoby profesjonaliście żadnej z obu stron umownej barykady „dziennikarz muzyczny-muzyk”, ale przecież nie jestem już profesjonalnym dziennikarzem, a tym bardziej nie jestem profesjonalnym muzykiem).
Na miejscu 11.: Instrumentarium
W tym roku w moim kąciku muzycznym pojawił się nowy instrument. Aeroband Pocketdrum 2 to prezent urodzinowy, który wykorzystałem niemalże od ręki.
Jeden instrument dla odmiany zniknął. To gitara Alvaro Cutaway 800 EC, która od poprzedniego roku miała już zmienniczkę. Stara gitara poszła za pośrednictwem Pawła Jarząbka na aukcję w Biesalu, dzięki czemu WOŚP wzbogacił się o 650 zł.
Na miejscu 10.: Radioamator
Może trzeba było pójść za sugestią Władysława Jeżewskiego, znakomitego olsztyńskiego aktora i pedagoga teatralnego, który na warsztatach dziennikarskich w 1992 r. poddawszy mnie testowi lektorskiemu, widział dla mnie miejsce raczej w radiu. Cóż, następne ćwierć wieku uprawiałem dziennikarstwo prasowe, a dziś, gdy mam to już za sobą, mogę raz do roku pobawić się w radiowca.
W tym roku w UWM FM pod hasłem Radio Babel:
Radio stale jest obecne w mojej przestrzeni. Weźmy chociaż dwa zestawienia w Radiu 357: - Top tłumaczeń 2025
Wszystko było pięknie, gdyby nie to, że dźwięk w tych filmach w kinie zawsze mnie rozczarowuje. Jest po prostu trzy razy ciszej niż na przeciętnym rockowym koncercie. A przecież można przywalić z grubej rury – w tym roku widziałem w kinie „F1” z Bradem Pittem i otwierająca scena z wykorzystaniem „Whole Lotta Love” wciskała w fotel.
I aneks – pod choinką m.in. ta książka, która, jak to ładnie marketingowo napisano na okładce, była inspiracją dla wiadomego filmu.
Na miejscu 8.: Krzyżacy, diabeł i dymy na wodzie
Dwie, a nawet trzy wizyty w teatrze. Wiem, niedużo. Ale za to jakie dzieła!
W Olsztynie w Teatrze Jaracza „Krzyżacy” w reżyserii Jana Klaty. Takiego teatru chcemy.
W Warszawie w Studio Buffo „Mistrz i Małgorzata” w reżyserii Janusza Józefowicza. Mieliśmy szczęście, bo obsada zmienna – tego wieczora w roli Małgorzaty pojawiła się Natasza Urbańska, a w Wolanda wcielił się Józefowicz. Wieczór zakończyliśmy w niedalekim SPATiF-ie, gdzie zamówiłem drinka o zapewne przypadkowej nazwie „Mistrzowska Małgorzata”. Osobista koincydencja – kilka miesięcy wcześniej wysłuchałem „Mistrza i Małgorzaty” w interpretacji Wiktora Zborowskiego (przypadkowo, nie miałem w planach wizyty w Studio Buffo).
Do kompletu Nhà Hát Múa Rối Thăng Long, czyli wodny teatr lalek w Hanoi. Niby komercja dla turystów, ale jak zawsze w takich przypadkach różnice kulturowe nie pozwalają mi o tym przesądzić.
Na miejscu 7.: Pod samą sceną
Fajny koncertowo rok. Czternaście różnych koncertów, w tym pięć w Hanoi.
To nie był napad Kolejna piosenka z cyklu politycznego, tym razem inspiracją było niesławne spotkanie Donalda Trumpa i Wołodymyra Zełenskiego w Białym Domu.
Trzy rzeczy nowe i stare zarazem, to premiery po latach. Wszystkie trzy piosenki powstały w styczniu 1988 r. na stacji na Borku Fałęckim w Krakowie, a melodie stworzyłem, dokończyłem i poprawiłem przed okazją, jaką była pozycja 2.
I rzecz niewłasna, czyli polski miejski folk lat 70. na melodię światowego przeboju instrumentalnego w związku z dywagacjami muzycznymi dotyczącymi pozycji 1.
Na miejscu 5.: Marcowa Palma
Siedem lat nie byliśmy w Hiszpanii, a na Majorce nigdy.
Nie udało się dobić do pół tysiąca tłumaczeń, grudzień kończę na 495 przekładach piosenek. Rok zaliczam do udanych, bo 36 tłumaczeń to najlepszy wynik od pięciu lat. Po raz pierwszy coś z niemieckiego i po raz drugi coś z węgierskiego. I pierwszy raz przetłumaczyłem utwór wykonawcy polskiego (chociaż to Walijczyk). Aha, zrezygnowałem z asekuracyjnego nazywania swoich tłumaczeń swobodnymi...
To lekkie przyspieszenie wynika m.in. z dwóch albumów Beatlesów, które chciałem skończyć w tym roku, publikując je w rocznicę wydania: „Yellow Submarine” (17 stycznia 1969) „Help!” (6 sierpnia 1965)
Motywacja szła też ze strony dwóch albumów Beatlesów z dyskografii dodatkowej. W całości ich nie ukończyłem, ale zauważyłem w przypadku pierwszego rocznicę, a w przypadku drugiego premierę: „Anthology 1” (20 listopada 1995) „Anthology 4” (21 listopada 2025)
Na miejscu 3.: Fa w Kulce na bis
Sztab zlotu (patrz pozycja 2.) wyraźnie sobie tego zażyczył, więc po dziewięciu latach ponownie zagraliśmy z Jackiem Aumüllerem w Kulce. Wsparł nas niezawodny Karol, gościnnie wystąpili Dżozef oraz Wertepiusz, a dzielnym asystentem ds. przerywników był Kędzior. Koncert trwał trzy godziny, co w skrócie wygląda tak:
Dla mnie to była okazja do zaprezentowania m.in. czterech nowych własnych piosenek.
Swoje nowe utwory z recenzowanej przeze mnie kilka tygodni wcześniej debiutanckiej autorskiej płyty zaprezentował też Jacek.
Z przerywników dowiedzieliśmy się, że w czasie wyprawy instruktorskiej w 1999 r. odwiedziliśmy „dziewięć stolic w siedmiu krajach” (dziwne, Nikozji i Jerozolimy nie było na trasie).
I mieliśmy zabójczy finał:
Na miejscu 2.: Był jedenasty listopada
To nie wydarzyło się jedenastego listopada… To tylko przypomnienie, że w październiku spotkaliśmy się z okazji 40-lecia zawiązania się 2 Olsztyńskiej Męskiej Drużyny Harcerskiej „Szarpie”, co w legendarnych przekazach miało miejsce 11.11.1985 r.
W zlocie 40-lecia uczestniczyło ponad 50 osób. Czy za 10 lat będzie odwrotnie?
Jadę pierwszą klasą, żeby demonstrować na Wielkim Marszu Patriotów. Z braku lepszego zajęcia, rozmyślam…
W słuchawkach The Doors. Jim Morrison pewnie miałby gdzieś emocje związane z wyborem między jakimiś dwoma facetami. Śpiewał przecież jednak również o rozstrzelanym nieznanym żołnierzu i krwi lejącej się na ulicach Chicago w 1968 roku.
Pod Grób Nieznanego Żołnierza dziś nie pójdę i mam też nadzieję, że nie będzie dzisiaj żadnej masakry, chociaż w dwóch przeciwnych kierunkach pójdą dziesiątki tysięcy ludzi, którzy są na dobrej drodze, by stać się oddzielnymi narodami. Bo różnymi plemionami już są.
Dobra, ja też przecież jestem w jednym z tych plemion... Jadę do Warszawy, bo tam bije polityczne serce Polski. Ale w porównaniach lubię konsekwencję – gdzie zatem Polska ma swoją wątrobę, gdzie płuca, gdzie mózg, a gdzie żołądek, że o końcu układu pokarmowego nie wspomnę?
Jadę pierwszą klasą, żeby demonstrować. W myślach mam podróż do Warszawy w 1985 roku. 40 lat temu jechałem na jednej nodze w przepełnionym, ale za to śmierdzącym korytarzu. Ci, którzy pójdą dziś na południe, mówią, że to nasze korzyści z niebycia na wschodzie. Ci, którzy pójdą na północ, twierdzą, że sprzedaliśmy się zachodowi za luksusowe pociągi. Bo przecież dzisiaj wszyscy znają się na geopolityce. I na zdrowiu, lotnictwie, muzyce, leśnictwie, ekonomii, marketingu, prawie.
Jadę pierwszą klasą, żeby demonstrować. W tejże klasie poseł, nawet nie wiem czy były czy obecny (nastąpiła jakaś inflacja wartości tej funkcji, nie znam swoich posłów), ale potrafię jeszcze odróżnić, czy pójdzie Marszałkowską czy Nowym Światem.
Za oknem rzeka, chyba Narew. Od razu mi się kojarzy ta przypowieść o patriotyzmie – który z dwu kandydatów rzuciłby się dla dobra ojczyzny wypić ją całą, aż by pękł, a który przychodziłby codziennie przez całą kadencję, by wychylić szklaneczkę za zdrowie Polski?
Jadę pierwszą klasą, żeby demonstrować. Na stoliku leży moja przeczytana już „Polityka” z twarzami kandydatów. Wszyscy inni z nosami w komórkach, niezależnie od wieku. Może czytają coś o losach naszej ojczyzny, a może przeglądają memy o tym, jak jeden Polak zaorał drugiego Polaka. A może już tylko interesują ich obrazki z kotkami.
Jadę pierwszą klasą, żeby demonstrować. Morrison śpiewa (a raczej mówi na koniec „Celebration of the Lizard”), że jutro wejdzie do miasta, w którym się urodził i że chce być na to gotowy. Ja za chwilę wjadę do miasta, w którym się nie urodziłem, ale „gdzie Hitler i Stalin zrobili, co swoje”... Jeszcze Warszawa Wschodnia. Wpada dziewczyna z plastikowym workiem, by posprzątać. Bez takich metafor proszę, niech mi Mickiewicz do spółki z Soplicą takich rzeczy nie podpowiadają, że tu trzeba kraj czyścić…
Wysiadam z pierwszej klasy, żeby demonstrować. Na antresoli przy peronach kamera telewizyjna stacji, której nie oglądam. Tak, mam odruch, by się przyczepić, by skomentować, by dać wyraz, ale wiem, że tylko na to czekają, a ja nie chcę być bohaterem reportażu „Nienawiść przyjechała Kolbergiem”.
Poruszam się Marszałkowską, żeby demonstrować. Na marszu entuzjazm, hasła, okrzyki. Wzajemne serdeczności. Wiadomo, jesteśmy tu we własnym gronie. Każdy to brat w liberalnej wierze, każda to siostra w demokratycznych przekonaniach. Ale odejdź parę kroków w stronę dworca i już nie poznasz swój czy nie swój, bo każdy przecież ma taką samą flagę, więc na wszelki wypadek patrzysz nieufnie.
Czasem w identyfikacji pomaga przypadek. Oto dwóch lekko wstawionych z jedną flagą. Ten z prawej ma spodnie tak nisko, że odsłaniają pół tyłka. Nie jest już w wieku hip-hopowym, ale był w latach 90., gdy pewnie oglądał w MTV młodzieńców z Kris Kross. W roli przypadku wystąpił wyrosły na przejściu dla pieszych poseł z opozycji. Byli hip-hopowcy rozpoznali w nim swojego i witają się z nim wylewnie, choć ubolewają, że ich marsz chyba mniejszy. „Pokora i praca” – odpowiada na to poseł Dobra Rada, ignorując stan psychofizyczny swego elektoratu i czym prędzej odchodzi ku świetlanej przyszłości Polski.
Zademonstrowałem, wracam pierwszą klasą…
PS
Wracając do przypowieści z piciem wody z rzeki (w oryginale była to chyba Wisła w Krakowie), zwracam uwagę, że to już moja trzecia szklanka: - pierwsza 4.03.2023 - druga 1.10.2023.