piątek, 24 sierpnia 2007

Od morza do morza

Nigdy jej nie przekroczyłem. Dowiedziałem się oficjalnie o jej istnieniu z młodzieżowego tygodnika „Razem”, będącego, o ile pamiętam, organem Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej. O tym, że jestem po jej mniej fajnej stronie, tygodnik już nie wspominał...
„Razem” opisywało żelazną kurtynę w 40. rocznicę jej zaciągnięcia przez Winstona Churchilla.
Od Szczecina nad Bałtykiem do Triestu nad Adriatykiem zapadła żelazna kurtyna dzieląc Europę. Poza tą linią leżą wszystkie stolice dawnej Europy Środkowej i Wschodniej. Warszawa, Berlin, Praga, Wiedeń, Budapeszt, Belgrad, Bukareszt i Sofia, wszystkie te słynne miasta i całe narody wokół nich leżą w czymś, co muszę nazwać sowiecką strefą i wszystkie razem są poddane, w tej czy w innej formie, nie tylko sowieckim wpływom, ale także wysokiej i rosnącej kontroli Moskwy.

W Szczecinie nie byłem, za to w Trieście trzy razy. Do Triestu chwilowo się nie wybieram, ale szczecińskie zaległości zamierzam odrobić.

1996. Pierwszy raz w drodze z Wenecji do Słowenii. Chcemy przekroczyć granicę włosko-słoweńską w Trieście. Nikt mi w to nie wierzy, ale na przebiegającej przez Triest autostradzie musiałem wyciągnąć latarkę, by odnaleźć drogę. Gdy w końcu docieramy do granicy, słoweńscy celnicy deliberują nad naszą wiarygodnością finansową. Nawet ich rozumiem. Oni, cztery lata po uzyskaniu (po raz pierwszy w historii) niepodległości nazywani są drugą Szwajcarią, a my podjeżdżamy im na granicę 23-letnią skodą 102. I cóż, że od strony Włoch. I cóż, że po kontroli na granicy austriackiej, po której pomyślnym przejściu wartość samochodu wzrosła dwukrotnie.

1999. Historia lubi się powtarzać. Ta sama trasa, te same kłopoty ze znalezieniem drogi ku granicy. GPS był wówczas jeszcze drogim gadżetem. Poznajemy właściwe znaczenia słowa „deviacione”. Co chwila trafiamy na jakieś małe wioseczki pod Triestem, gdzie ludność mówi na przemian po włosku, po słoweńsku, a czasem i po niemiecku. Od tego krążenia kończy się nam powoli benzyna, a stacji benzynowych nie widać.
Samochód lepszy i młodszy, ale celnicy słoweńscy nadal nieprzychylni Polakom nadjeżdżającym od strony Italii. Może to przez Cypka, który 100 metrów przed szlabanem przypomniał sobie, że ma paszport w bagażniku. Celnikom to wystarczyło, by nabrać podejrzeń. I jeszcze CB w środku samochodu (Komu ukradliście?), wypasiony aparat Cypka (Komu ukradliście?).


2007. Zupełnie inaczej. Do Triestu jedziemy ze Słowenii. Granicy w zasadzie już nie ma, za pół roku wejdzie w życie układ z Schengen. Samochód luksusowy, z klimatyzacją, zawodowy kierowca nie błądzi. W Trieście budzimy sensację, gdy ruszamy w harcerskich mundurach na tamtejszy zamek, gdzie Kasia A. będzie składać zobowiązanie instruktorskie.


Triestem rządzili Rzymianie, Włosi, Niemcy, Austriacy, Słoweńcy. To widać.


Na oświetleniu w Trieście nie oszczędzają.


Chociaż mają euro. Zupełnie jak Słoweńcy. Zupełnie jak Słowacy...


Co się właściwie stało z żelazną kurtyną? W 1946 roku zapadła. Po 1989 roku się podniosła. Wisi nadal?