piątek, 19 września 1997

Striptease na środku drogi

Nepal to podobno najlepsze na świecie miejsce na rafting. Nic dziwnego, skoro góry przekraczają 8 tys. metrów. No nie, na takich wysokościach można by co najwyżej pozjeżdżać na bobslejach, a nie pontonach. Rzeka Trisuli, którą spływaliśmy pontonami, startuje na prozaicznej wysokości 625 metrów nad poziomem morza a kończy swój żywot wpadając do innej rzeki na wysokości 170 metrów. Trisuli ma 141 km, ale my w 3,5 godziny przepłynęliśmy pewnie tylko kilkanaście kilometrów.


Cała przygoda zaczyna się rano w stolicy Nepalu. Wyruszymy z Katmandu, spłyniemy rzeką, a na końcu trafimy do Parku Narodowego Chitwan. Dzielnica Thamel, gdzie mieszkaliśmy, jest zamknięta z powodu pogrzebu ważnej osobistości, więc nawet riksze nie mogą wjechać. Idziemy z tobołami kilkanaście minut do autobusu, który zabierze nas na rafting. Mamy ruszyć za 10 minut. Wszystko staje pod znakiem zapytania, bo Śmiechu zapomniał dokumentów i pieniędzy (które cały wieczór szczelnie pakowaliśmy w torebki foliowe i zaklejaliśmy taśmą). Trzymał je całą noc pod poduszką i rano nie wziął. Zgubiła go rutyna. Pędzi z Rybą do hotelu, a ja heroicznie walczę z kierowcą i międzynarodowym towarzystwem, by pojazd nie ruszył. Uff, udało się. 15 minut opóźnienia, wielkie mi co... Na nepalskiej prowincji czas odjazdu autobusów podaje się z dokładnością do pół godziny.


Dojeżdżamy na miejsce startu raftingu. Ubieramy kamizelki i kaski. Plecaki pakujemy do jakichś worków i oddajemy, pojadą samochodem. Hm, nie za dużo zaufania? Podręczne rzeczy zamykamy w beczkach, które popłyną z nami w pontonach przymocowane sznurkiem.


Zalewają nas fale, trzymamy się pontonu skaczącego 1,5 metra do góry tylko dużym palcem nogi za jakąś linkę, a nasz sternik krzyczy by wiosłować „sypo” (znaczy się „szybko”). Do naszego pontonu trafia mała (a są inne?) Japoneczka. Dzielnie wiosłuje razem z nami. Po spływie zastanawiamy się, czy nasze wiosłowanie faktycznie wpływa na losy pontonu czy też ma na celu zajęcia nas, byśmy się nie wpadli w panikę na kolejnym progu rzecznym...


Spływ trwa 3,5 godziny, w tym 1,5 godziny spędzamy na przerwach. Zatrzymujemy się na posiłek. Nasz opiekun wyciąga kapustę, jakieś konserwy i wspólnie robimy jedzenie. Z góry nadciągają dzieci z pobliskiej wioski. Jak wszędzie – ciekawskie, trochę nieśmiałe. Miejsce postoju jest stałe, więc dzieci wiedzą, że załapią się na pozostałości z naszego obiadu.


Koniec zabawy. Przebieramy się z mokrych ubrań, niemal na środku drogi robimy striptease. Po raftingu opiekun organizuje nam transport do parku. Polega to na tym, że wychodzi na szosę, macha i zatrzymuje przejeżdżającą cysternę. Ładujemy się do szoferki, w której oprócz kierowcy jest już dwóch pasażerów, razem jest więc nas dziewięć osób plus nasze niemałe bagaże. Aha, jest jeszcze pomocnik szofera – na dachu. Obsadę każdej ciężarówki stanowi kierowca i pomocnik, który zapewne przyucza się do zawodu. Pełni rolę żywego drogowskazu, wrzeszczy na mijane pojazdy lub stojących na drodze ludzi, jakimś tajemniczym kodem polegającym na stukaniu w dach szoferki porozumiewa się z kierowcą.


W tych ciekawych warunkach jedziemy około godziny. Jest 17.30. W wiosce czeka na nas od rana dwójka ludzi z parku Chitwan. Jeepem jedziemy 30 minut przez wieś, przez rzekę i przyjeżdżamy do parku, a właściwie hotelu przy parku. Ale to już zupełnie inna historia...