piątek, 10 października 1997

Człowiek. Siła. Koło.

Najpierw była lektyka, znana pewnie we wszystkich kulturach świata. Znana, ale siłą rzeczy dostępna tylko wybrańcom. Pewną demokratyzację przyniosło wynalezienie w XIX wieku w Japonii rikszy czyli lektyki z dorobionymi z jednej strony kółkami. A właściwie dzinrikszy, czyli urządzenia, w którym mamy człowieka (dzin), jego siłę (riki) i koło (szia).

W Delhi wygląda to mniej więcej tak:

Rikszy pieszej w przewozie osobowym nie widziałem. W Indiach występują jeszcze w Kalkucie, ale tam nie dotarłem.

Gdy po upowszechnieniu się pojazdów silnikowych riksze piesze zaczęły podupadać, ratunek przyszedł ze strony rowerów, pojazdów zasadniczo jednoosobowych (Agra):


Dwuosobowość rowerów bywa dyskusyjna, a na pewno nie nadaje się do wykorzystania komercyjnego (Agra):


A wystarczy przecież połączyć ciągnięty przez człowieka wózek z rowerem, by powstała klasyczna riksza, prawie jak z polskich filmów wojennych (Delhi):


Taka riksza służy do wszystkiego, np. przewozu towarów (Delhi):


Może być też pojazdem szkolnym, tu w wersji zakrytej (Delhi):


A tu wersja odkryta (Delhi):


Podstawowa funkcja to jednak przewóz ludzi. Zapewniam, że dalej poszedłem na piechotę (Agra):


Ortodoksi mówią, że riksza może być tylko piesza lub rowerowa, ale bez silnika daleko się nie zajedzie. A na pewno niezbyt szybko. Mamy więc tu rikszę motorową (Hindusi nazywają je nadal rikszami, w Tajlandii mówią na nie tuk-tuk, może kiedyś sprawdzę). Do tej wchodzi kierowca i trzech Europejczyków lub sześciu Hindusów (Delhi):


Z tylnej kanapy widok dość marny:


A to już prawdziwy krążownik indyjskich szos czy riksza sześcioosobowa (miejscowi tradycyjnie podwajają jej pojemność). Po oznakowaniu można by sądzić, że jesteśmy na Ukrainie, ale to na pewno Delhi:


W tak dużym mieście jak Bombaj nie wystarcza nawet riksza motorowa. Trzeba sięgnąć po taksówkę (marki chyba ambassador). Pojemność? Kierowca, sześciu Europejczyków plus plecaki.


Wracam do transportu prywatnego, choć nadal wieloosobowego. Wyemancypowana kobieta plus rodzinny motorower (Goa czyli jedyny katolicki stan w Indiach):


W Delhi na polu emancypacji kobiet jest jeszcze wiele do zrobienia. Kask tylko dla głowy rodziny.


I co z tego, że jadę bez kasku? Jesteśmy na Goa, tu wszystko wolno...


Kolejne dwa zdjęcia na dowód, że Indie to potężny rynek zbytu wszystkiego, co służy do przemieszczania się (Delhi):


Rządzą póki co skutery (Delhi):


To nie pożar. To tylko wizualizacja problemu biednych krajów, w których wszyscy chcą się zmotoryzować czyli kłopot z jakością pojazdów (Delhi):


Na koniec wracamy więc do natury. W Agrze jako środek lokomocji sprawdza się wielbłąd, choćby zaprzęgnięty do wózka.


A na głębokiej prowincji (park narodowy w nepalskim Chitwan) dobrze trzymają się nie tylko rowery, ale i słonie. „A czym jeździcie do pracy? Jak wozicie dzieci do szkoły?” – zapytał w zdumieniu nasz przewodnik, młody i wykształcony człowiek, gdy wyznaliśmy mu ze wstydem, że zasadniczo nie mamy w Polsce słoni...