niedziela, 14 czerwca 2009

Od ćwierć wieku jestem masochistą

Festiwal w Opolu to jest taki nałóg wyniesiony z dzieciństwa, natręctwo właściwie. Jak człowiek trzydzieści kilka lat się przyzwyczajał, to trudno zerwać z nałogiem. Używka coraz mniej smaczna, ale brać trzeba. Za każdym razem z nadzieją, że wrócą te fajne dreszcze sprzed lat.
Nie wracają. Prawdę mówiąc od ćwierć wieku oglądam Opole z perspektywy masochisty. Wiem, że nic ciekawego nie będzie, ale może jednak... Więc się męczę. Ten festiwal stracił po prostu sens po 1981 roku. Sens odpłynął do Jarocina i Rozgłośni Harcerskiej, potem do MTV, by ostatecznie rozpłynąć się w kilku stacjach radiowych i dziesiątkach kanałów telewizyjnych. Już nikt nigdy przez żaden festiwal opolski ukształtowany muzycznie nie będzie... Od decentralizacji mediów nie ma odwrotu.

Scentralizowane i podporządkowane komunistycznej partii media nie były oczywiście takie fajne, jak można by sądzić po perełkach typu „Jaskółka uwięziona” wykonywana przez Stana Borysa w Opolu w 1973 roku. Po prostu ambitni artyści mają dziś lepsze kanały dotarcia do ambitnych odbiorców niż skomercjalizowana telewizja publiczna. 20, 30 lat temu nie mieli za bardzo wyboru.

Dziś najlepsze, co zdarza się na festiwalach opolskich to koncerty wspominkowe. Właśnie oglądam koncert Duety (Jarocka z Kupichą to akurat połączenie starego kiczu z kiczem współczesnym).

A debiutanci podpierają się zazwyczaj starym repertuarem. Celują w tym wokalistki wszelakiej maści. Refleksja od lat ta sama – za dużo nawiedzonych wokalistów płci obojga, za mało zdolnych kompozytorów i mających coś do powiedzenia autorów.

Wczoraj „Jaskółkę” dosiadł zespół The Falcons. I co z tego? Takich wokalistek mamy w Polsce kilka tysięcy. A lepszych kilkaset. Śpiewaczek mamy dość. Królestwo za repertuar!