niedziela, 3 maja 2009

Ta karczma Bombay się nazywa

Przygotowując się do wyjazdu do Indii szukaliśmy różnych źródeł informacji. Był rok 1997, wiele w Internecie jeszcze nie było. Z olsztyńskich antykwariatów wykupiłem książki o tym subkontynencie, wszystkie jednak historyczne. O realiach tamtejszego życia wiedzieliśmy niewiele. To był rok 50-lecia odzyskania przez Indie niepodległości, więc w BBC była seria programów traktujących o kraju. Wśród nich największe wrażenie robił na nas cykl o kuchni indyjskiej. Program zrobił nam sporą krzywdę. Sądziliśmy, że trafimy na wysmakowane, zdrowe potrawy podawane w elegancki sposób. Ubrana w sari Angielka obiecywała nam naleśniki (pancake) posypywane kolendrą (green coriander). Mało brakowało, by w praktyce naszego budżetu i odporności psychicznej skończyło się niemalże na naleśnikach z karmelem ze słoika.


No nie, aż tak źle nie było. Trafiliśmy na różnego rodzaju pierożki samosa:


Skwierczący drób:


Drób w pikantnym sosie:


Pieczone w piecu tandoor podpłomyki naan (czym się różnią od ćapati czy roti pewnie nigdy nie zrozumiem):


Wszystko to w miarę ochoty nurzane w sosach chutney, najchętniej miętowym:

Wszystkich tych przysmaków prawdziwej hinduskiej kuchni zaznałem w restauracji Bombay:


Wprawne oko dostrzeże, że ten Bombay znajduje się przy ul. Partyzantów. I wprawdzie w Indiach różnej partyzantki nie brakowało (nawet po odzyskaniu niepodległości), to tę restaurację znalazłem w Szczecinie. W końcu też portowe miasto.