piątek, 15 grudnia 2017

Na nowych śmieciach

Zmiana pracy czy żółknąca metryka były impulsem do decyzji o kupnie nowego mieszkania? Remont naszego starego gniazdka ponad siedem lat temu  dostarczył wystarczających wrażeń, by nie chcieć powtarzać tych doświadczeń, więc w rachubę wchodziło tylko mieszkanie gotowe do zamieszkania... Szukaliśmy go krócej niż ustawa przewiduje, bo w zasadzie Żona znalazła je PRZED podjęciem decyzji o kupnie. Tak sobie leżało w kilku serwisach ogłoszeniowych i czekało na nas... Owszem, zniechęcało pierwszą, drugą i trzecią cyfrą w cenie (głównie drugą), ale zachęcało szeregiem atutów, które teraz można śmiało wypowiedzieć na głos, skoro negocjacje cenowe dawno już zakończone:
- pierwsze piętro (duża winda też, a jakże),
- najbliżej stojąca (1 minuta) nad jeziorem kamienica, która zarazem ciągle jest w szerokim centrum Olsztyna (15 minut na piechotę pod zamek),
- grube wojskowe mury (grubsze w Olsztynie ma chyba tylko zamek), którym nie straszna będzie żadna z moich gitar, nawet basowa,
- garderoba,
- przypisane do mieszkania miejsce parkingowe za szlabanem (zresztą na dawnym placu apelowym, na którym dwie dekady temu pobierałem nauki jazdy),
- mieszkanie gotowe do zamieszkania z licznym wyposażeniem,
- spory balkon (bez niego cała transakcja nie miałaby sensu...) z niekrępującym widokiem na znaną olsztyńską agencję reklamową,
- kamienica z 1890 roku zrewitalizowana w 2011 roku.
To mieszkanie ma w zasadzie jedną wadę. Nazwę ulicy. Można sobie połamać język...

Wyćwiczeni w analizowaniu ogłoszeń na serwisach hotelowych nie mieliśmy większych problemów z lokalizacją mieszkania, zupełnie bez kontaktu z pośrednikiem (jeszcze do niego wrócimy...), zrobiliśmy dwie wizje lokalne, oceniając okolicę. Naszą uwagę zwrócił budynek dawnego internatu nieistniejącego już Liceum Wojskowego (pewnie kilku kolegów będzie z rozrzewnieniem wspominać tamte czasy).

Zlokalizowaliśmy mieszkanie, ale przecież sami nie wejdziemy... Nawiązujemy kontakt z pośrednikiem. Pierwsza wizyta, właścicielki... nie ma. Oglądamy tylko w towarzystwie pracownika biura nieruchomości. Dawno nie kupowaliśmy ani nie sprzedawaliśmy mieszkania, standardy, jak widać się, zmieniają.

Następne dwa tygodnie to marnowanie czasu. Po cholerę przerzucaliśmy się mailami z pośrednikiem, który kontaktował się z właścicielką, żeby dojść w końcu do ceny, jaką i tak z góry sobie założyliśmy? Załatwilibyśmy to sami w 15 minut w rozmowie twarzą w twarz ze sprzedającą. Pośrednik najwyraźniej sprzedawał nam usługę (żeby nie powiedzieć: wciskał), której nie potrzebowaliśmy. Potem zrozumieliśmy jego postępowanie. Inna sprawa, jakiej usługi potrzebowała od biura nieruchomości właścicielka, ale to ona ją kupiła, a nie my.

W końcu dobiliśmy targu. Byliśmy upierdliwi niczym niechciany kandydat na stanowisko unijne, wyciągając po kolei wszystkie prawdziwe i wyimaginowane słabości tego mieszkania. Kontynuując research w internecie znaleźliśmy kilka ciekawostek związanych z naszą przyszłą nieruchomością oraz jej otoczeniem i nie zawahaliśmy się ich użyć. Z jakimś tam skutkiem... Do końca dni swoich będę się zastanawiał, czy ugrane 5,2 proc. ceny to dużo czy mało.

Podpisanie umowy rezerwacyjnej odbyło się w miłej atmosferze, tym milszej, że z portfela ubył mi zaledwie tysiąc złotych, a poczułem się już prawie jak właściciel nowego mieszkania. No i końcu w obecności właścicielki.

Pora na wizytę w banku. W moim banku, który zarabia na mnie od początku swego istnienia, czyli od 2000 roku. Mój bank w realu okazał się niebankiem, lecz pośrednikiem bankowym, a dyskusję o kilkuset tysiącach złotych toczyliśmy łokieć w łokieć z babcią, której bankomat nie chciał wypłacić dwustu złotych, z ekipą wymieniającą ogromną szybę w lokalu (można w zasadzie powiedzieć, że kredyt negocjowaliśmy na świeżym marcowym powietrzu) oraz z szefem tejże ekipy popijającym kawkę tuż za naszymi plecami. W takich okolicznościach obnażaliśmy się mentalnie prezentując swe dochody, wydatki, potrzeby... A pani z banku niebanku usiłowała nas przekonać, że ona jest tu dla naszego dobra, a nie dla dobra swego banku niebanku. I że obniży nam marżę, gdy już bank niebank przyzna nam kredyt. Nie potrafiła tylko uzasadnić dlaczego miałaby to zrobić...

No to czas na umowę przedwstępną (czemu nie wystarczy samo „wstępną”?). Słodkie spotkanie zakończone bardzo gorzko... Umowa była już podpisana, za chwilę mieliśmy być lżejsi o kilkadziesiąt tysięcy zadatku, ale znienacka postanowiliśmy, że nie będziemy frajerami, którzy zapłacą kilka tysięcy pośrednikowi tylko dlatego, że wyciągnął nagle fakturę i umowę do podpisania, którą widzimy pierwszy raz na oczy. Zgodnie z Kodeksem cywilnym jest wolność podpisywania umów, nie można nikogo do tego zmusić. Więc jakim cudem pracownik biura nieruchomości sądził, że zmusi nas do podpisania totalnie niezindywizualizowanej umowy (wzorzec, z robiącymi nieprofesjonalne wrażenie literówkami, w którym nasze dane i stawka za pośrednictwo zostały wpisane długopisem), w której znalazły się takie oto kwiatki:
- zapis, że cena pośrednictwa została wynegocjowana (ciekawe kiedy negocjowaliśmy, bo nie zauważyłem...),
- preambuła umowy będąca peanem na część pośrednika (mamy podpisywać się pod ich marketingiem?),
- zapis, że pośrednik respektuje dobre zasady swej grupy zawodowej (czy ja umowę mam podpisać, czy to testimonials?),
- poświadczenie, że pokazali mi i że zapoznałem się z ich polisą OC (nie pokazali, więc siłą rzeczy nie zapoznałem się).
Całokształtu naszej irytacji dopełniła faktura, która od razu pojawiła się na stole. Może oni mają taką metodę, że stawiają kupujących pod ścianą i liczą na brak asertywności? Otóż my okazaliśmy się asertywni i zdecydowaliśmy, że kupując metaforyczny garnitur za 10 tys. zł nie dokupimy do niego krawatu za 1000 zł, tym bardziej, że w ogóle nie nosimy krawatów... I żebym nie wyszedł na cwaniaka, wyjaśnijmy rzecz do końca: pośrednik dostaje pieniądze od sprzedawcy mieszkania i działa w jego imieniu i na jego korzyść. Skoro interesy moje i interesy sprzedającego są sprzeczne (on chce drogo sprzedać, ja chcę tanio kupić), to jakim cudem może te sprzeczne interesy reprezentować ta sama osoba? Środowisko pośredników zresztą to doskonale rozumie, bo znaleźliśmy artykuł, w którym rzeczniczka stowarzyszenia pośredników czarno na białym stwierdza, że agent nie może brać pieniędzy od obu stron transakcji.

Wyposażeni w umowę przedwstępną oraz zaświadczenia o zarobkach, wzmocnione moją historią kolaboracji z bankiem oraz poświadczeniem z ZUS o zarobkach, wróciliśmy po kilku dniach do banku niebanku, żeby złożyć wniosek kredytowy. Debiloza stulecia – na wniosku jakieś 15 razy zaznaczałem zgody na przetwarzanie marketingowe moich danych osobowych, a pani z banku niebanku zarzekała się, że to nie to, co myślę...

Następne dwa tygodnie upłynęły na odbieraniu kolejnych:
- maili z banku niebanku, że już już dostaliśmy kredyt (za każdym razem zdublowanych – oddzielnie dla mnie, oddzielnie dla Żony),
- telefonów z banku niebanku, że potrzebny ten kwitek lub ten,
- telefonów z biura nieruchomości od naszego/nie naszego* (niepotrzebne skreślić) pośrednika usiłującego wywołać u nas wyrzuty sumienia (znalazł się dodatkowy powód do niepłacenia mu czegokolwiek – dowiedziałem się, że w rozmowie ze sprzedawcą mieszkania zaczął powątpiewać w naszą dobrą wolę w sprawie zakupu, czyli regularnie zaczął działać na naszą niekorzyść...),
- telefonów z biura nieruchomości od kobiety odpowiedzialnej za podpisanie aktu notarialnego z zapytaniami czy już mamy kredyt.

No i wisienka na torcie kontaktów z naszym/nie naszym* (niepotrzebne skreślić) pośrednikiem – zaczął wydzwaniać po obcych ludziach w poszukiwaniu kontaktu z Żoną, licząc, że będzie bardziej miękka. To już ociera się o dręczenie...

W końcu możemy iść do banku niebanku podpisywać kolejne dokumenty (kolejne, ale nie ostatnie przecież). Cały pożytek z tego banku niebanku taki, że pani zaproponowała nam tańszego o 600 złotych notariusza niż tego, którego podsuwało nam biuro nieruchomości (czyli chcieli nas jeszcze dodatkowo na ponad pół tauzena skroić...).

Kolejny telefon od pani z biura nieruchomości. Z tym samym pytaniem – jak sprawa kredytu? Widać mają niezawodną checklistę... Uprzejmie poinformowałem, że dziś podpisujemy umowę kredytową. Pani od razu chciała się umawiać na podpisanie aktu notarialnego, ale musiała wysłuchać mej złośliwości: „Ja pani nie zapraszam, ale oczywiście może panią zaprosić pani klientka. Bo nie skorzystamy z podsuwanego nam notariusza. Znaleźliśmy tańszego o 600 zł”. I nie umiałem sobie odmówić przywołania metafory z garniturem i krawatem.

Zgodnie z zapowiedzią – po południu podpisanie umowy kredytowej. Czynność bez historii, pani nam wyjaśniła najważniejsze punkty, ale przecież pani nie będzie dołączona do naszego egzemplarza umowy, więc jej słowa zostaną tylko słowami. W ostateczności będzie się liczyć tylko to, co zapisane. Małym druczkiem.

Na podpisanie aktu notarialnego wyznaczyliśmy sobie datę 30 maja. To historyczna data, mająca dla nabywców emocjonalne znaczenie. Podpisanie też z przygodami. Po przybyciu do notariusza okazało się po pierwsze, że w akcie nie ma pewnego ważnego zapisu. Biuro nieruchomości znów dało ciała (jakby brakowało powodów, by im nie płacić). Skomentowałem to na swój sposób, przeszedłem nad tym do porządku dziennego i już po kilku godzinach staliśmy się właścicielami nowego mieszkania. Trzeba było to uczcić, na co Casablanca jest najlepsza!


Biuro nieruchomości nie daje o sobie zapomnieć. Dzwonią z pytaniem, jak oceniam ich usługę. Nie ze mną takie numery... Uprzejmie wyjaśniam, że nie ja byłem ich klientem, lecz osoba sprzedająca mieszkanie. Podstęp się nie udał, nie dałem sobie wmówić, że wykonali na moją rzecz jakąś czynność. Bo nie wykonali.

Wizyta w Urzędzie Miasta. Muszę sam na siebie donieść, że mam nową nieruchomość, żeby oni mi łaskawie naliczyli podatek... Kwit do wypełnienia ma sześć stron i rozumiem w nim tylko to, gdzie mam się podpisać. Niedoczekanie, nie będę marnował najlepszych lat życia ślęcząc nad urzędniczą enigmą. Pakuję się do pokoju (na którego drzwiach napisane jest „Wchodzić na wezwanie”, co od razu budzi moją odrazę, bo nie wiem, kto, jak i dlaczego ma mnie wezwać, skoro w pobliżu żywego ducha i nie sądzę, by urzędnicy zza drzwi obserwowali mnie przez kamerę i mieli jakiś mikrofon czy coś…) i żądam wypełnienia. Wypełniają. Będę lżejszy o stówę rocznie. Przy okazji wychodzi na jaw, że wspaniałe biuro nieruchomości w swej wspaniałej usłudze nie przypomniało sprzedającej, że ona ma z kolei wyrejestrować swoją byłą już nieruchomość z Urzędu Miasta i nawet dostanie zwrot wpłaconego podatku. Faktycznie, profesjonalna obsługa...

W lipcu kolejne atrakcje – przeglądanie ruchów bankowych na koncie. Oczywiście okazało się, że raty są o 300 zł większe, niż miały być. Odkrywszy to późno w nocy, uprawialiśmy bujne życie analityczne przez godzinę, aż doszliśmy do przyczyny – do czasu wpisania nas do księgi wieczystej (co może trwać nawet trzy miesiące) oprocentowanie będzie podwyższone o 1,5 punktu procentowego. Czyli lekko licząc kolejny tysiąc złotych w plecy...

W lipcowy dzień z okazji urodzin małżonki taki przewrotny prezent dla niej – z mojego konta spłynęła pierwsza rata... I tak aż do emerytury.

Mieszkanie odebraliśmy, zgodnie z umową przedwstępną, na początku listopada. Zrobiliśmy pierwsze zdjęcie w nowym mieszkaniu i następnego dnia rano... polecieliśmy na urlop.


A potem się zaczęło: farby, peregrynacje po sklepach z meblami, lampami... Przygód tyle, że tetralogię można by napisać.


O, tu będzie kiedyś stół:


Podstawa to przygotowanie centrum zarządzania wszechświatem.


Jest w centrum dowodzenia miejsce i na gitary.


Gości zaczęliśmy podejmować jeszcze przed dzisiejszą przeprowadzką. Pierwsza była Bożena, drugi był Sikor (co widać na załączonym obrazku), trzecia Siudemka. Wszyscy wpadli potrenować przed koncertem. Nie zauważyłem, by sąsiedzi zaczęli się wyprowadzać, więc mury spełniają chyba swoją funkcję...


Kartony na starym mieszkaniu…


… nie różnią się zasadniczo niczym od kartonów po przeniesieniu na nowe mieszkanie. Cud!


Więc my od dziś na nowych śmieciach... Zwraca uwagę brak czwartego krzesła… Jak się okazuje, wybór czterech niekiwających się krzeseł z przebogatej oferty pobliskiego megasalonu meblowego jest wyzwaniem, które przerosło, póki co, zarówno nas, jak i, przede wszystkim, pracowników salonu („Ja to, proszę pana, pracuję w handlu od dwudziestu lat…”).


I stała się w naszym mieszkaniu światłość…