sobota, 20 sierpnia 2016

Aż się chce esbebe

Trzeba przyznać, że konkurencja dzisiejszego wieczoru była poważna. W Gietrzwałdzie zagrało Raz Dwa Trzy, ale już ich widziałem 14 lat temu w ówczesnym OKOP-ie. Na zamku w Rynie z kolei występowało Stare Dobre Małżeństwo, ale na koncercie zespołu Krzysztofa Myszkowskiego byłem już kilkakrotnie, pierwszy raz 29 lat temu w krakowskim klubie Pod Przewiązką, jeszcze w składzie z Olą Kiełb. Olsztyńska propozycja była więc nie do przebicia, nawet nie uwzględniając tego, że SBB jeszcze nie miałem okazji posłuchać na żywo, co jest nie tylko dziwne, ale i oburzające. Od kilku lat zaglądałem na stronę zespołu, aż 20 marca zobaczyłem tam to, na co długo czekałem.


Od 2014 roku zacząłem zaglądać tym gorliwiej, że do zespołu wrócił Jerzy Piotrowski. Momentalnie wybaczyłem mu i grę w Kombi, i odłożenie pałeczek na dwadzieścia lat.


Data koncertu była znana, ale na uruchomienie sprzedaży biletów trzeba było jeszcze poczekać prawie dwa miesiące. Pojawiły się w końcu 10 maja. Kupiłem chyba dwa pierwsze, a potem jeszcze przez pewien czas obserwowałem zastój w sprzedaży. Na szczęście ostatecznie wstydu nie było, amfiteatr zapełnił się w dwóch trzecich (ale trzy dni wcześniej Wodecki wyprzedał całą widownię...).


Koncert zaczęli utworem „Odlecieć z wami” (do słów Franciszka Walickiego, który wiadomo jak zasłużył się dla SBB). Drugą wielką postacią z historii zespołu wspomnianą w pierwszych minutach przez Józefa Skrzeka był Czesław Niemen. W końcu w amfiteatrze jego imienia koncertował dziś zespół, który towarzyszył mu ponad 40 lat temu.


Nagłośnienie poprawne, ale przydałoby się jeszcze lepsze, żeby nie uronić żadnego dźwięku, żadnego słowa. Przesterowany bas Skrzeka wymaga obróbki dźwiękowej z najwyższej półki. A z tą półką w naszym amfiteatrze różnie bywa. Może akustycy siedzą za wysoko?


Nie było większych problemów z usłyszeniem gitary Apostolisa Anthimosa, nawet w tych sporych fragmentach, gdy grał w dalekim tle kolegów z zespołu.


SBB grało przeważnie jako trio, chociaż dwa ostatnie lata przed rozwiązaniem zespołu w 1980 roku skład zasilił zmarły w zeszłym roku Sławomir Piwowar. Muzycy mają tyle do przekazania, a ręce są tylko dwie... Dlatego Józef Skrzek zamieniał często bas na swoje rozbudowane instrumentarium klawiszowe. A może odwrotnie – zamieniał klawisze na bas?


Czasem zresztą grał na obydwu tych instrumentach jednocześnie. Niczym Ray Manzarek, przy czym nasz rodak jednak obsługiwał bas nożny.


Anthimosowi też za ciasno przy gitarze, więc zasiadł przy perkusji.


Przy drugim zestawie, bo Piotrowski swojego nie opuścił i tym sposobem mieliśmy dwie równoległe solówki na perkusji (ale za miesiąc zobaczę w Zabrzu King Crimson z trzema perkusjami na jednej scenie!).


Skoro już padła nazwa zespołu Roberta Frippa... Przez całe lata SBB było jednym z tych mitycznych zespołów z dzieciństwa i młodości, których zobaczenie na żywo wydawało się nierealne, niczym właśnie King Crimson. Tym bardziej, że na początku lat 80. oba zespoły nie istniały i trudno było spodziewać się, że się zejdą. Ale zeszły się. Karmazynowego Króla już widziałem w 2000 roku i zobaczę jeszcze 17 września. A SBB dziś. Dzięki.


Dzięki za możliwość posłuchania na żywo „Walkin’ Around The Stormy Bay”.


Dzięki za „Memento z banalnym tryptykiem”.


I jeszcze drobne wspomnienie. Siedem lat temu sto metrów stąd, też w zamkowej fosie, ale po drugiej stronie mostu, zagrał Jan „Kyks” Skrzek.