piątek, 9 września 2016

Piękno flamenco

Gdy w maju 1995 roku oglądałem w Olsztynie (w nieodżałowanym kinie Kopernik) występ słynnego andaluzyjskiego śpiewaka Rafaela de Huelvy, nie wiedziałem czy to hiszpańska cepelia, czy autentyczny przejaw twórczości ludowej. Za duża różnica kulturowa, by to zrozumieć. Swoimi wrażeniami podzieliłem się nawet z czytelnikami „GW”, w której wówczas pracowałem. Podobne odczucia miałem dziś w Barcelonie, oglądając pokaz flamenco.


Bo skąd mam wiedzieć, biedny misiu, czy to, co nam pokazują, jest prawdziwe, czy to erzac dla turystów. Różnica może taka, że dziś siedziałem z autentycznie opadającą szczęką. Nie, żeby ze starości...


Co oni mają w tych gardłach śpiewaków, w tych nogach tancerzy, w tych palcach gitarzystów... Popatrz, posłuchaj...


Występowały dwie solistki, ale gwiazdą wieczoru była chyba Azahara.


Chociaż ta druga wydała mi się bardziej archetypiczna.


Ale jednak za spojrzenie Azahary można by dać się pokroić...


Miejsc z flamenco w Barcelonie nie brakuje, mimo że przecież nie jest to tradycja katalońska (na marginesie przypomnijmy sobie tę oczywistą prawdę, że niekatalońskie flamenco jest nie tylko andaluzyjskie, ale nawet w pewnym sensie andaluzyjsko-hinduskie, skoro przynależy do kultury tamtejszych Cyganów; na stosownym koncercie zespołu Indialucia udawadniającym tę tezę byłem w 2009 roku w Olsztynie). Ale czego nie robi się dla turystów. Na odbywające się codziennie o godz. 20.30 w klubie Tarantos przy Plaça Reial pokazy flamenco solidna kolejka ustawia się kilkadziesiąt minut wcześniej.


Warto kupić bilet w internecie, unika się kolejki i jeszcze wchodzi przed wszystkimi, co zapewnia najlepsze miejsca.


Wybraliśmy miejsce możliwie najprostsze, żeby nie musieć rozpraszać się kulinariami. Za całą konsumpcję wystarczyła zimna sangria (cóż, że cena w lokalu ma 600 proc. przebitki w stosunku do marketu, a różnicy w smaku nie ma...).