poniedziałek, 22 sierpnia 1988

Panie, tu nie tartak!

To się pod rogatywką nie mieści, ale w tamtych bezkomórkowych czasach potrafiliśmy umówić się na wyjazd przebywając w kilku miejscach w Polsce, w dodatku w lesie. Skutek był taki, że w niedzielę wróciłem z obozu dziennikarskiego we Fromborku, a w poniedziałek ruszyłem z przedstawicielami harcerstwa akademickiego w Bieszczady.


Byłem najbardziej adekwatnym uczestnikiem tego Biwaku Harcerstwa Akademickiego, bo pół roku wcześniej wywalili mnie ze studiów. Ale mieliśmy też uczestnika bez matury, więc i tak byłem do przodu. Spędziliśmy tydzień w stanicy Chorągwi Krakowskiej w Suchych Rzekach koło Zatwarnicy. Stamtąd godzinka czy dwie na Połoninę Wetlińską. Dwa razy byłem na niej – to był ten pierwszy raz (następny 22 lata później).

Już nie pamiętam, czy spaliśmy w gościnnych namiotach, czy w tym oto budynku, z którym tyle osób ma mnóstwo bieszczadzkich wspomnień. Tego budynku już nie ma, został rozebrany w 2008 roku. Rozumiem żal wszystkich zakochanych w tym miejscu bieszczadników, ale obiektywnie patrząc, nie mógł się tam utrzymać budynek z epoki azbestu… Zdjęcie Radka Paszkowskiego, jednego z tamtejszych dużo częstszych niż ja (jednorazowych) bywalców, ma swój urok, bo Radek to mistrz kadru, ale widać na nim cały dramatyzm sytuacji. Dodam tylko, że w 1988 roku zupełnie nie zwracaliśmy na to uwagi (podobnie jak na tysiąc innych rzeczy…).

Budynek na pewno przydał się do dwóch rzeczy – w kotłowni suszyliśmy ubrania (przeważnie lało, oczywiście) oraz znaleźliśmy tam piłę typu „moja twoja”, której użyliśmy w bieszczadzkich ostępach. Nie, to nie był występek przeciwko przyrodzie. Wracając z wyprawy na Połoninę Wetlińską trafiliśmy na ścięte drzewo, którego metrowy przekrój nie dość, że miał kształt serca, to jeszcze bezczelnie wystawiał się tym przekrojem pod sam nos przy ścieżce. O, to było na tej ścieżce za zakrętem (czemu do cholery nie mamy zdjęcia serdecznego serca?)

Od razu wiedzieliśmy, że chcemy wziąć sobie na pamiątkę plasterek… Sobie, a właściwie dla Gosi Arendt, która nas wysłała w te Bieszczady. Godzina rżnięcia i już! W drodze powrotnej dbaliśmy o ten plasterek jak o największy skarb. „Panie, tu nie tartak!” – zaprotestował pracownik przechowalni bagażu na dworcu w Krakowie. W Krakowie, bo skoro gościła nas chorągiew krakowska, to wracaliśmy przez Kraków (tak, ten sam, w którym pół roku wcześniej studiowałem nie to, co trzeba).
Pobyt w Bieszczadach odnotowaliśmy w kronice kształtującego się również tam Kręgu Instruktorskiego „Szarpie”.








15-22.08.1988
Biwak Harcerstwa Akademickiego
Suche Rzeki-Kraków

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz