piątek, 14 lipca 2023

Janerka spod kaszkietu zerka

Gdy Lech Janerka stanął dziś przed mikrofonem i zaczął bezgłośnie poruszać ustami, bo „nie działały przody” (jak zauważył jakiś bystrzacha z widowni), przypomniał mi się jego olsztyński koncert z 1994 roku, który też miał swoją pozamuzyczną dramaturgię (tzn. mógł w ogóle nie dojść do skutku).


Na szczęście już po chwili dzielni akustycy podłączyli co trzeba z czym trzeba i zapomnieliśmy o tym drobnym incydencie. Muzyka bardzo szybko rzuciła nas na kolana, co było o tyle dobre, że dupa boli od siedzenia na tych twardych i żebrowanych zupełnie w oderwaniu o anatomii ławkach (niestety, to tylko metafora).

Początkowo miałem trochę trudności z odróżnieniem dźwięków elektrycznej wiolonczeli od gitary, ale albo akustyk się ogarnął, albo ja lepiej zsynchronizowałem ucho z okiem. Były momenty, że zespół brzmiał jak współczesny King Crimson, co jest o tyle niesamowite, że w nieistniejącym już chyba zespole Roberta Frippa ostatnio grało sześć osób, a tu mieliśmy cztery.

Janerka, ukryty pod mocno wysuniętym do przodu kaszkietem, zagrał chyba wszystko to, czego elitarna (wypełniona mniej więcej połowa amfiteatru) publiczność oczekiwała. Wszystkie „przeboje” i przeboje Klausa Mitffocha oraz ze swojej solowej kariery. Kto był, nie żałuje żadnej z 99 złotówek wydanych na bilet. Drogo? To tylko złotówka za minutę. Janerka grał prawie dwie godziny i „bisował” jakieś sześć razy (żart dla wtajemniczonych).


Archiwalny kącik prasowy, czyli zeznania Lecha Janerki dla miesięcznika „Non Stop” w 1985 roku:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz