środa, 24 kwietnia 2013

Woodstock odchodzi

Było siedem minut po godzinie siedemnastej, piętnastego sierpnia 1969 roku. Na scenę niedaleko Bethel w stanie Nowy Jork wszedł Richie Havens. Wszedł, a właściwie został wepchnięty, bo bałagan organizacyjny spowodował, że mający wystąpić wcześniej wykonawcy się spóźniali. Havens niezrażony tym, że staje naprzeciw półmilionowego tłumu swoją charakterystyczną grą na gitarze i równie charakterystycznym śpiewem otworzył słynny festiwal Woodstock. Generacja muzyków związanych z tym festiwalem odchodzi. W marcu zmarł reklamowany jako najszybszy gitarzysta świata Alvin Lee, który ze swoim zespołem Ten Years After dał jeden z najbardziej efektownych występów na tym historycznym festiwalu. W grudniu pożegnaliśmy Raviego Shankara, starszego o pokolenie, ale też mającego wpływ na legendę imprezy. Wczoraj przyszła wiadomość o śmierci Richiego Havensa. Tak się składa, że dwie największe żyjące gwiazdy Woodstock wystąpią w tym roku w Polsce, obie zresztą kolejny raz. W maju Joe Cocker, w sierpniu Carlos Santana. Żal przegapić.

(mój felieton z dzisiejszej "Gazety Olsztyńskiej")