niedziela, 4 maja 2014

Wrocław dnia piątego

Ostatniego dnia we Wrocławiu potykałem się o resentymenty. Do tej prawie czterdziestoletniej tablicy na wrocławskim Dworcu Głównym trudno się przyczepić bez popadnięcia w rewizjonizm, który to zresztą rewizjonizm jest pojęciem przynależnym do peerelowskiego sztafażu i dziś trudno nim straszyć. Umówmy się jednak, że dziś tekst na tej tablicy inaczej byśmy zredagowali.


Czy aktora, który prawie wszystkie role zagrał za Gomułki (zaraz do niego wrócimy) nie powinniśmy nazywać peerelowskim? Moglibyśmy, o ile Eugeniusza Bodo nazywalibyśmy aktorem sanacyjnym... (do sanacji też zresztą zaraz wrócimy).


Gomułka, chwilę przed tym, zanim popadł w niełaskę za odchylenie prawicowo-nacjonalistyczne, miał swe chwile triumfu na Wystawie Ziem Odzyskanych we Wrocławiu, która odbywała się m.in. wokół Hali Stulecia (wówczas Hali Ludowej).


Również w 1948 roku w Hali Ludowej odbył się Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju. No, kto nie powie, że jest za pokojem? Każda kandydatka na miss to wie, że pokój jest najważniejszy.


Żył jeszcze Gomułka (ale oficjalnie jakby nie istniał, taki peerelowski Matrix), gdy Wałęsa rzucił hasło budowy drugiej Japonii. Mistrz paradoksu – chciał wprowadzić u nas Zachód za przykładem państwa z Dalekiego Wschodu.


Druga Japonia u nas nie powstała, bo sushi to nie wszystko. Liczy się też sanacyjna zagrycha.


I peerelowski klimat. Czemu knajpy z gierkowskim czy gomułkowskim wystrojem cieszą się taką popularnością? Jedni wchodzą tam z ulgą, że to tylko na niby. Drudzy szukają swej młodości. Nie znajdą, nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, choćby to była Odra. Koniec z tym Wrocławiem, wyjeżdżam.