Chciałem tylko, żeby gdzieś przekroczyć granicę, wszystko jedno którą, bo ważny dla mnie był nie cel, nie kres, nie meta, ale sam niemal mistyczny i transcendentny akt przekroczenia granicy.
(Ryszard KAPUŚCIŃSKI, „Podróże z Herodotem”)
Wiosenny Spacer z Marzanną był jedną z cyklicznych imprez „Swobodnych Elektronów”.
Siłą rzeczy chodziło się w sprawie dyskretnego pozbycia się Marzanny do Lasu Miejskiego. Impreza popularna, widać tu nie tylko przedstawicieli 155 OSDT „Swobodnych Elektronów”, ale i 275 ODH „Labiryntu”, 2 OMDH „Szarpie”, a może nawet i 32 LDH „Takselki” lub „Cztery Słonie” (jeśli jeszcze istniały).
21.03.1987 Wiosenny Spacer z Marzanną „Swobodnego Elektrona” Las Miejski – Olsztyn (nie byłem, ale się wypowiem)
Chyba najbardziej efektowna ze wszystkich „Wykapek”. Potem trudno było przebić poziom tego wariactwa…
W piątek wyruszyliśmy z Bartąga do Rusi, gdzie mogliśmy rozsiąść się spokojnie na noclegu, ale nie… Pociągnęliśmy uczestników do ciemnego lasu, gdzie straszyliśmy druhny i druhów wisielcami, nagrobkami usypanymi ze śniegu i wygłaszanymi ponurym głosem fragmentami prozy Edgara Allana Poego. Dołożyłem do tego jakiś swój rymowany dwuwiersz-makabreskę, ale na szczęście nie zachował się. Rano wyszliśmy kilka godzin przed rajdowiczami, bo było kilka spraw do przygotowania. Najważniejsza była świnia. Kupiona tydzień wcześniej „u chłopa”, sprawiona, oprawiona i przyprawiona centymetrową warstwą pieprzu ziołowego. Zapakowaną w pokrowiec od dychy przywiózł maluchem Bóła. W środek lasu nie wjechał, więc musieliśmy targać sto kilo martwej wagi przez dwa kilometry stromym i ośnieżonym lasem, w drodze na Łynę. W którymś momencie Bóła postanowił wrócić po coś do samochodu i zostawił mnie ze świnią na śniegu. Po kwadransie już na niej siedziałem… Świnia ostatecznie trafiła tam, gdzie jej miejsce, czyli na ognisko w okolicy leśniczówki Muchorowo.
W tym czasie uczestnicy rajdu przeprawiali się przez rzekę, by po drugiej stronie Łyny otrzymać dużo poważniejsze wyzwanie, godne roku 1987, epoki mało ekologicznej.
Każdy patrol musiał zamienić żywą kurę (też kupione „u chłopa”) w pieczyste… O, tak sobie radzą bartoszyczanie.
Dodam, że byłem wyznaczony do oceny tych, pożałowania godnych, wytworów polowej sztuki kulinarnej. Po spróbowaniu kilkunastu porcji czegoś, co trudno nazwać było „pieczystym”, a raczej „gumowo-wędzonym”, po wypiciu kilku litrów surowej wody z Łyny (o upieczonej na skwarkę świni nie wspominając), umierałem wraz ze swoją wątrobą nie tylko na noclegu w Gągławkach, ale jeszcze w domu.
W kwietniowym numerze „Na Tropie” zamieściłem krótką relację:
Kącik formalny, czyli tak wyglądało zaproszenie:
Ta wykapka pojawiła się we wspomnieniach podczas zlotu 40-lecia drużyny: