sobota, 7 kwietnia 1990

Morda w błocie

Około 1989 roku wyobraźnię żądnych ekstremalnych wrażeń harcerzy rozpalił Jacek Pałkiewicz i jego szkoła przetrwania. Pojawiły się liczne imprezy, w których zdaniem jednych chodziło o to, by maksymalnie umazać mordę w błocie, a zdaniem innych, by poradzić sobie w trudnej sytuacji. Prawda leży zapewne pośrodku, tzn. gdzieś między błotem a godnością człowieka.
Jedna z pierwszych takich imprez odbyła się jesienią 1989 roku na wyspie Herta na Jeziorze Tomaszkowskim. Nie byłem, ale widziałem obszerną relację wideo, którą z dumą prezentowali absolwenci tej „schola di sopravvivenza” (to włoskie sformułowanie miało wówczas krótką karierę, bo Pałkiewicz prowadzi swoją szkołę przetrwania w Italii).
W kwietniu 1990 roku zaczęliśmy na poligonie w Pieczewie, gdzie trochę pozjeżdżaliśmy na linach, potem zanocowaliśmy krótko w jakimś hangarze nad Skandą, a nad ranem ruszyliśmy do Jonkowa.


W Jonkowie zaatakowaliśmy tamtejsze bagna. Wersja light polegała m.in. na tym, że bagna były lekko przymarznięte. Nie znaczy to, że nie nurzaliśmy się po szyję i nawet głębiej, wręcz przeciwnie. Mróz oszczędził nam po prostu owadów i to było najprzyjemniejsze z całej imprezy.


Najbardziej ekstremalne było picie herbaty z bagiennej wody. Druhna Basia, dziś ceniona specjalistka od aseptyki szpitalnej, poddawała najpierw tę wodę specjalnym zabiegom, tzn. przesączała przez gazę.


Na finał upadlania się ruszyliśmy pod prąd rzeki w kierunku Biesala. Pojawiły się próby buntu. Zażegnane... Nocleg w poniemieckich bunkrach wydał się już relaksem. Do czasu, gdy Kowal rozpalił w środku ognisko i zarządził zadymienie...
Prezentowane tu zdjęcia odpowiadają niejako charakterowi imprezy. Film uległ prześwietleniu, więc korzystając z podręcznika do fotografii spróbowałem uratować materiał poprzez specjalną obróbkę. Efekt pseudosolaryzacji uzyskuje się dziś jednym kliknięciem w komputerze. A wtedy trzeba było męczyć się w ciemni...