piątek, 21 czerwca 2013

Czterdzieści lat na ciebie czekałem!

Taki na wpół spontaniczny, a na wpół teatralny okrzyk pożyczony z „Samych swoich” wyrwał mi się, gdy dwa lata temu oglądałem w Sali Kongresowej występ Ringo Starra, pierwszego Beatlesa, który odwiedził Polskę. Jeszcze nie zaplanowałem jakie dźwięki będę wydawał z siebie jutro o godzinie 21.00, gdy na scenę Stadionu Narodowego wskoczy Paul McCartney. „Wskoczy” to chyba najlepsze słowo. Sir Paul ma od trzech dni 71 lat, ale na scenie ten największy w historii geniusz muzyki pop jest nie do zdarcia.
Niektórzy czekali dłużej, nawet pół wieku. Pokolenie Polaków urodzonych tuż po wojnie marzyło o wizycie Beatlesów nad Wisłą od 1963 roku, od pierwszych przebojów słuchanych w państwowym radiu w reglamentowanych godzinach (o Radiu Luxemburg niech się wypowiedzą starsi koledzy). John, Paul, George i Ringo byli w różnych miejscach na świecie, ale za żelazną kurtynę nigdy nie dotarli. Do niegodziwości komunizmu dołóżmy więc i tę, że odcięła nas od pełnego przeżywania tego, co było udziałem młodzieży w wolnym świecie, czyli rewolucji popkulturowej lat 60. Na szczęście nie byliśmy odcięci aż tak bardzo, jak powiedzmy młodzież chińska odczuwająca wówczas na własnej skórze zgoła inną rewolucję – kulturalną.
Beatlesi do bloku wschodniego nie dotarli, ale udało się to Rolling Stonesom, którzy po prostu szukali guza, czyli skandalu. Najpierw chcieli lecieć do Moskwy, ale Breżniew nie życzył sobie w ZSRR długowłosych skandalistów. Jaggerowi i kolegom została więc Polska. Gomułka wpuścił Stonesów, ale nie z miłości do rock and rolla, tylko podobno ze słabości do swoich wnuczek, które wymusiły na nim zgodę. Prośba o wizytę Beatlesów pewnie na nic by się nie zdała, choćby z tego powodu, że grupa zaprzestała szybko koncertów. Zagadką pozostanie dlaczego McCartney nie odwiedził Polski po 1989 roku... Może czekał na Stadion Narodowy?

(mój felieton z dzisiejszej "Gazety Olsztyńskiej")