czwartek, 29 czerwca 2017

Niedaleko pada poezja od Dyjaka

Na Spotkaniach Zamkowych nie byłem sześć lat, a Marka Dyjaka podglądałem (to chyba najlepsze słowo) trzy lata temu. Dziś miałem dwa w jednym, czyli Dyjaka na zamku.



Na Śpiewajmy Poezję nie chodzę z litości. Nie, nie dla wykonawców, ale dla publiczności. Bo co pójdę, to pada... Nie inaczej było w tym roku. Przepraszam, musiałem przyjść, bo był Dyjak, najszczerszy polski artysta estradowy. Tu się zgadzam z Jackiem, wielkim jego fanem, który też dziś stanął na dziedzińcu olsztyńskiego zamku, by podziwiać swego faworyta (a jutro w zupełnie odwrotnej roli pojawi się w olsztyńskim planetarium).


Koncert prowadził Bogusław Sobczuk, może już nie tak dobitnie akcentujący słowa, jak przed laty, ale ciągle niepozwalający oderwać uszu od tego, co mówi. To są coś więcej niż tylko zapowiedzi.


Do występującej przed gwiazdą wieczoru młodzieżą konkursową mam ambiwalentny stosunek. Owszem, czasem drażnią mnie te wytrzeszczone oczy i czarne stroje, ale mam szacunek dla każdego przejawu twórczości, no i sam bym wyszedł na taką scenę powytrzeszczać oczy. Podmiotów konkursowych było dziś osiemnaście. Niektórych artystów zapamiętałem, a niektórych nie...


Trudno nie zapamiętać pierwszego, więc nie mówcie, że pierwsi mają przerąbane. Zespół Cztery Pory Miłowania z Wejherowa (Michał Miotke, Małgorzata Grabowska, Patryk Wendrowski i Patryk Zajk) w piosence, że życie coś tam coś tam...


Klaudia Szarowska z Sieradza. Szpicbródka znów się chyba zakocha...


Karolina Świętochowska z Sokołowa Podlaskiego.


Angelika Stosio z Marek.


Grzegorz Paczkowski z Warszawy. Jeden z trzech facetów, którzy dziś zaśpiewali. Nie licząc Dyjaka.


Żona nawet zdecydowała się uchwycić tę chwilę, licząc na przeżycia jak z 2003 roku, gdy zobaczyliśmy Piotra Roguckiego. Ją pytajcie, czy się zawiodła, czy nie...


Marta Horyza z Wrocławia. Gdybym był w jury... Ale nie byłem. Była Basia Raduszkiewicz, Mirosław Czyżykiewicz i Jerzy Satanowski. Ufam im.


Paulina Serwatka z Zakroczymia.


Paulina Talarska z Zambrowa.


Gabriela Kundziewicz z Wasilkowa. Dostrzeżona już na ubiegłorocznym festiwalu. Jedyna dziś dziewczyna z gitarą. Ale nie jedyna instrumentalistka. Piosenka napisana chyba na odreagowanie sytuacji damsko-męskiej...


Matylda Staneyko z Olsztyna. Z przyczyn oczywistych drugie większe brawa dzisiejszego wieczora (pierwsze były dla Marty).


Nastia Smirnova z Linowa koło Świecia nad Osą, studentka biznesowej filologii rosyjskiej, z akompaniamentem Zbigniewa Poliszuka. Od tego momentu brawa osłabły, co nie ma związku z poziomem artystycznym, utrzymującym się przeważnie na jednakowym poziomie. Po prostu zaczął padać deszcz, w związku z czym naszły mnie refleksje ksenofobiczne, извините.


Weronika Sydow z Gdyni. Dziewczyna za fortepianem.


Marika Klarman.


Alicja Juszkiewicz z Olsztyna, choć już nie z Olsztyna od dawna. Jestem nieobiektywny, bo 21 lat temu akompaniowałem tej bardzo nieletniej wówczas artystce na rozstrojonej enerdowskiej gitarze. Zdjęcia z tego wydarzenia jeszcze nie wyciągnę, poczekam na Oscara...


Łukasz Jędrys, trzeci i ostatni dziś artysta związany z Olsztynem. To nie pierwszy jego raz na Spotkaniach Zamkowych. Niedawno ukradli mu gitarę, ale nie sądzę, by miało to wpływ na jego występ. O, przestało padać.


Natalia Zaręba z Wólki Kozodawskiej.


Dorota Kuziela z Gdańska. Śpiewać i grać jednocześnie na skrzypcach to nie jest spotykane połączenie. Ja kiedyś grałem jednocześnie na gitarze i jakiejś trąbce, ale nie mówmy o artystycznych dewiacjach.


Izabela Szafrańska i Paweł Sokołowski z Białegostoku. Będąc trochę już zmęczonym może początkowo nie doceniłem orientalno-podlaskiego klimatu tej piosenki, ale, jak już pisałem, ufam jury...


Jutro drugi koncert konkursowy (nie będę, bo będę gdzie indziej), a teraz pora na Marka Dyjaka. Pisać o jego występach, to jak tańczyć o architekturze, że podeprę się Frankiem Zappą. Raz już pisałem, wystarczy. Zauważę tylko, że interpretacje piosenek Mirosława Czyżykiewicza w niczym nie ustępują wykonaniom oryginalnym, a pod pewnymi względami (tylko jakimi?) nawet je przewyższają. „Pierwszy śnieg” to płyta, którą trzeba mieć.


Co do tekstów, to Marek Dyjak podpierał się kartkami, ale go to w końcu samego zirytowało, bo nie wiedział, czy ma śpiewać z głowy, czy z pulpitu. I ilu właściwie Dyjaków jest na scenie. Rozdwojeniu jaźni zapobiegło zrzucenie tekstowej partytury...


Dyjakowi towarzyszył skład prawie identyczny jak trzy lata temu, gdy pojawił się kilkadziesiąt metrów stąd, w zamkowej fosie. Więc przede wszystkim Jerzy Małek na trąbce. Ćwierć klimatu robił on, pół bohater wieczoru, a pozostałe ćwierć reszta zespołu (no mówiłem, że Zappa miał rację...).


Marek Tarnowski – pianino, akordeon.


Michał Jaros – kontrabas.


No i Mateusz Modrzejewski, dzikie zwierzę za perkusją.


W kąciku filmowym polecam „Rebekę”...


...oraz „W samą porę”.


Do zobaczenia, może już nie na zamku. Chociaż przecież tak naprawdę miejsce nie ma znaczenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz