piątek, 27 sierpnia 2010

Tańcz!

Reszel. Skądś znam to miasto... Aha, mieszkałem w nim pięć lat. Gdy sprowadziłem się tam w samym środku stanu wojennego, nieźle mnie zdołowało. Na dokładkę w tygodniku „Na przełaj” ukazał się wówczas reportaż z Reszla, przedstawionego jako smutne miejsce bez perspektyw dla młodzieży, czyli Miasto-w-Którym-Nic-Się-Nie-Dzieje. Odważny był ten tygodnik. Upadł dopiero na początku lat 90., zdążyłem jeszcze opublikować w nim artykuł o nauce religii, która właśnie wróciła do szkół. Ale nie to było powodem zamknięcie pisma. Jeśli już to, jak głosiła plotka, zupełnie inny reportaż o... Nie, aż taki odważny nie jestem :)

Koniec dygresji. Dziś odwiedziłem Reszel, żeby usłyszeć Mirosława Czyżykiewicza.


To był mój czwarty koncert tego artysty, a drugi solowy.


Dodam do tego przechowywaną z pietyzmem kasetę magnetofonową z 1989 roku z koncertem z Programu Trzeciego PR. Dodam nie bez powodu, bo połowę repertuaru znam właśnie z tej kasety. Ale przecież nie wszystkie piosenki są aż tak stare. Są i młodsze, np. „Tańcz!”.


Koncert miał trudne momenty techniczne (ponadgodzinne opóźnienie z powodu deszczu i przeniesienia z dziedzińca reszelskiego zamku do sali, sprzężenia, słaba akustyka) i wykonawcze (wyraźnie zmęczony artysta zapomniał tekstu), ale to wszystko nie ma większego znaczenia, gdy staje się oko w oko z prawdziwą sztuką.


Właśnie, sztuka miała dziś dwa znaczenia. Czyżykiewicz jest absolwentem warszawskiej ASP (wcześniej był studentem krakowskiej ASP). Na reszelskim zamku, gdzie odbył się koncert, można było oglądać obrazy twórców związanych z obiema uczelniami.


Jeden obraz pojawił się dla mnie jak na zamówienie. To sandomierski pejzaż Artura Nacht-Samborskiego.


Sandomierz? Skądś znam to miasto... Aha, mieszkałem pod nim osiem lat. Gdy sprowadziłem się tam w samym środku epoki Gierka, nieźle mnie rajcowało...

I nie słuchajcie już D...