piątek, 2 maja 2014

Wrocław dnia trzeciego

Już myślałem, że nic mnie nie zaskoczy we Wrocławiu po spotkaniu z kelnerem, który niczym kot Schrödingera był jednocześnie filosemitą i antysemitą oraz po rozmowie z taksówkarzem z muzyki znającym głównie Arkę Noego. Żeby się nie narazić na spotkanie z jeszcze gorszymi przypadkami, wsiedliśmy do tramwaju. A tam? Wyrośnięta nastolatka zwierza się koleżance, że pierwszy raz jedzie tramwajem... Może to jakaś metafora była?
Metaforą nie była kolejka do Panoramy Racławickiej. Dwadzieścia lat temu wszedłem, kupiłem bilet, zobaczyłem i wyszedłem. Dziś liczba miłośników polskiego zwycięstwa nad wojskami rosyjskimi jest dużo większa. Tak duża, że bilety kupiliśmy na jutro.
Nie tylko z powodu padającego deszczu wstąpiliśmy do pobliskiego Muzeum Narodowego. A tam kwintesencja tego, co stało się ze sztuką przez kilkaset lat. Kiedyś sztuka umiejętności:


Dziś sztuczka koncepcji:


Z muzyką przez ostatnie kilkadziesiąt lat stało się chyba coś dokładnie odwrotnego. Warsztat i technika zastąpiły koncepcję. Artystów, których zobaczyłem dziś wieczorem na Wyspie Słodowej rzecz oczywiście nie dotyczy. Ani Dawida Podsiadło:


Utwór "4:30" idealnie zabrzmiał mi w uszach pomiędzy "Kamieniami na szaniec" zobaczonymi kilkanaście dni wcześniej i "Powstaniem Warszawskim", które zobaczę za kilka dni:


Ani rodziny Waglewskich:


Tu się zgina "Dziób pingwina":


Ani Comy:


Nawet jeśli Piotr Rogucki, a może właśnie dlatego, sypnął się w "Spadam":